Panie Trump, pan tupnie nogą. Podszepty czy plotki?
Czuję się w obowiązku, aby do poniższego komentarza wprowadzić z miejsca kilka zastrzeżeń.
Nie wiemy, jaką dokładnie propozycję prezydent Donald Trump złożył Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi podczas ich krótkiego spotkania w Waszyngtonie w marcu br. Nie wiemy, co odpowiedział polski wicepremier.
Czy rzeczywiście padła sugestia, iż minister obrony powinien zmienić front i wejść w koalicję z Prawem i Sprawiedliwością? Czy nagrodą za tę woltę miałaby być jakaś seria dyplomatycznych gestów i konkretnych decyzji ze strony Białego Domu (np. tej o budowie stałej amerykańskiej bazy w Polsce)?
WIDEO
Trump, Xi i Putin chcą resetu. Niemcy rozmawiają z Rosją. Co z resztą świata? | BEZ DOKTRYNY #31
WIDEO
"Fantastic guys" vs. liberałowie
Media sprzyjające obecnej koalicji rządzącej relacjonują tę zagadkową rozmowę w tonie zaniepokojenia, niekiedy przechodzącego w zażenowanie. Media sprzyjające prawicy wręcz przeciwnie: niektóre wyrażają satysfakcję, iż oto Wuj Sam tupnął nogą i za chwilę doprowadzi do epokowego przełomu w polskiej polityce.
Jedno jest pewne: tego rodzaju podszepty w ostatnich miesiącach płynęły z ust niektórych spin doktorów PiS w kierunku Trumpa i jego najbliższych współpracowników. A że amerykański przywódca zna polską scenę partyjną i parlamentarną jedynie pobieżnie (dość zauważyć, że nie jest w stanie przypomnieć sobie nazwiska prezydenta RP, choć co jakiś czas go chwali, mówiąc o nim per "fantastic guy"), to tym łatwiej przekonać go, iż taka roszada byłaby dla Polski wspaniałą wiadomością. Jak również najlepszym rozwiązaniem z punktu widzenia relacji Waszyngtonu z Warszawą.
Do władzy wróciliby "fantastic guys", a odsunięci od niej zostaliby ci straszni, antyamerykańscy, proeuropejscy, łamiący wolność słowa liberałowie, na czele z Donaldem Tuskiem, swego czasu bezczelnie obrażającym i kpiącym ze swojego imiennika zza Atlantyku.
Z drugiej strony obecna amerykańska administracja nie ma najmniejszych oporów, aby wskazywać, kto powinien wygrać wybory i rządzić w tym czy innym kraju. W sposób mniej lub bardziej stanowczy. W ekstremalnym wariancie porywając z Caracas prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro. W wersji łagodniejszej wspierając finansowo Javiera Milei w Argentynie, wysyłając wiceprezydenta JD Vance’a na wiec wyborczy Viktora Orbána w Budapeszcie albo sugerując, że jedynym ratunkiem dla Niemiec jest Alternative für Deutschland.
Karykatura demokracji
Widzimy więc tutaj wyraźną synergię między zakusami Donalda Trumpa a aspiracjami polskiej prawicy. Tym samym trudno wykluczyć, iż pogawędka prezydenta USA i polskiego wicepremiera miała właśnie taki przebieg, o jakim huczy większość gazet i portali.
Kolejne zastrzeżenie: moje osobiste zdanie na temat obecnego rządu jest zapewne równie krytyczne, jak opinia liderów PiS. Kompletny brak wizji rozwoju państwa, gigantyczny wzrost zadłużenia, upadek edukacji, skandale w służbie zdrowia, niemal codzienne kompromitacje Ministerstwa Cyfryzacji. Prezes Rady Ministrów, który nie ma niczego ciekawego do powiedzenia, za to wyspecjalizował się w trollingu. Minister spraw zagranicznych wyzywający głowę państwa od "kiboli". Niekompetentni fanatycy na czele resortów sprawiedliwości czy klimatu.
Niestety, takie figury zostały wyniesione na najwyższe stanowiska przez samych Polaków. Chciałeś demokracji, Grzegorzu Dyndało, to teraz musisz z nią żyć.
Tyle że demokracja, w której naród najpierw wybiera swoich przedstawicieli, a następnie są oni odwoływani przez przywódców… innego narodu, przestaje być demokracją. Staje się jej karykaturą.
I tak jak Ursula von der Leyen, Manfred Weber czy Guy Verhofstadt nie powinni wyrażać swoich sympatii politycznych i mówić nam, kto powinien być naszym premierem, tak samo nie powinni tego czynić Donald Trump, JD Vance czy Marco Rubio. Polscy politycy zaś – po obu stronach barykady – nie mogą dowolnie szafować swoją lojalnością.
Namawianie prezydenta USA, aby ingerował w polską politykę, byłoby – mówiąc najdelikatniej – wyrazem historycznej amnezji, nieprzyzwoitego cynizmu, a być może także zwykłej głupoty.
Ja, choć nie młodnieję, przed amnezją bronię się rękoma i nogami. O utratę historycznej pamięci trudno też podejrzewać Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS wspominał niegdyś, jak bardzo irytowało go zachowanie ambasadora USA w Warszawie, Johna R. Davisa, który sprawował swoją funkcję w czasach obrad Okrągłego Stołu i podobno próbował sterować ówczesną transformacją, łącznie z personalnymi nominacjami.
Może warto przypomnieć dzisiaj tę opowieść. Rozgrzanym głowom, ku przestrodze.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.