Była na Rynku z dziećmi, gdy padły strzały. "Leżały ciała przy ciałach"

- Wyszliśmy z restauracji, weszliśmy na ten rynek. Leżały ciała przy ciałach, kogoś reanimowali - relacjonuje w rozmowie z Wirtualną Polską pani Klaudia, turystka z Łodzi. W momencie ataku w Krakowie przebywała z mężem i dziećmi w podziemnym lokalu. Od tragedii dzieliło ich zaledwie dziesięć minut.
Najważniejsze informacje:
- Reporter WP Mateusz Urban rozmawiał z turystką, która przyjechała do Krakowa na krótki, rodzinny wypoczynek.
- Kobieta wraz z bliskimi przebywała w podziemnej restauracji w trakcie ataku 24-latka na Rynku Głównym, więc nie słyszała strzałów.
- Świadkini opowiada o wstrząsającym widoku po wyjściu z lokalu oraz o próbie chronienia dzieci przed drastycznymi obrazami ze środka miasta.
Reporter Wirtualnej Polski Mateusz Urban dotarł do kobiety, która przyjechała z Łodzi na weekend do Krakowa razem z mężem, znajomymi oraz grupą dzieci. Rodzina spędzała w sobotę czas w ścisłym centrum miasta.
- Zwiedziliśmy cały ten rynek w kółko z dziećmi i o godzinie 14 poszliśmy do restauracji zjeść obiad. Ta restauracja akurat była pod ziemią, więc my nic nie słyszeliśmy - relacjonuje pani Klaudia.
O godzinie 15:10, tuż po zakończeniu masakry dokonanej przez 24-latka z Ostrowca Świętokrzyskiego, rodzina opuściła lokal i wyszła na Rynek Główny, natrafiając na widok wprost z miejsca zbrodni. - Leżały ciała przy ciałach, była straż miejska i karetka. Widziałam, że kogoś reanimowali. Ktoś leżał przykryty foliami - opisuje straszne sceny turystka.
W okolicy zapanował chaos. Ludzie przekazywali sobie szczątkowe informacje i plotki o oddawaniu strzałów z jadącego samochodu, jednak nikt nie wiedział dokładnie, co się stało.
Chronienie dzieci i ucieczka do hotelu
W obliczu przerażających widoków głównym celem rodziców było jak najszybsze oddalenie się z miejsca tragedii, by chronić najmłodszych. - Chcieliśmy po prostu odejść jak najdalej, żeby dzieci nie widziały takich rzeczy - podkreśla rozmówczyni WP.
- Powiedzieliśmy, że jest policja i karetka i że ratują ludzi. Młodsze dzieci jeszcze nie rozumieją, co się dzieje. Starsze, siedmioletnie dziewczynki rozumiały już troszkę więcej. Chodzą do szkoły, a ostatnio były tam omawiane wydarzenia związane z tym, co robić, gdy ktoś strzela - wyjaśnia pani Klaudia.
Turystka dodała, że ze względu na potężne zdezorientowanie i narastające doniesienia o zamachu, rodzina zdecydowała się niezwłocznie wrócić do swojego hotelu.
Dziesięć minut od tragedii
Dopiero w bezpiecznym miejscu, po zapoznaniu się z oficjalnymi doniesieniami i relacjami telewizyjnymi, turyści z Łodzi w pełni zrozumieli skalę zagrożenia. Od uzbrojonego napastnika dzieliły ich minuty.
- Byliśmy przerażeni. Tak naprawdę dziesięć minut wcześniej, jakbyśmy wyszli z tej restauracji, to moglibyśmy tam być z dziećmi. Szczerze nie wyobrażam sobie jako matka biec i uciekać z dziećmi przed strzałami. To po prostu straszne - podsumowuje wstrząśnięta turystka.
Kobieta przyznaje, że ta rodzinna wycieczka była starannie planowana od kilku tygodni, a Kraków dotychczas uchodził w ich oczach za bezpieczne i spokojne miasto.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.