Szara szachownica nad Warszawą. Debiut, na który wojsko czekało lata
Przez lata polska armia jeździła głównie tym, co zostało po Układzie Warszawskim. Ustawa o obronie Ojczyzny z 2022 r. i kontrakty podpisane z Koreą Południową i Stanami Zjednoczonymi to zmieniły: w tym roku na obronność pójdzie ponad 200 mld zł, czyli 4,8 proc. PKB - najwięcej w NATO, przy średniej sojuszniczej poniżej 3 proc. Cztery lata temu było to 2,2 proc. Sprzęt, który dotąd znaliśmy głównie z komunikatów MON, w piątek wyjedzie na ulice.
Lista braków wciąż jednak jest długa-– i widać ją zwłaszcza na wodzie. Ale to, co przejedzie Wisłostradą i przepłynie przez Zatokę Gdańską, po raz pierwszy od dawna wygląda jak armia, która nie musi się z niczym kryć.
Defilada ruszy Wisłostradą w sobotę o godz. 12. Parada morska w Gdyni zacznie się wcześniej, o 11.30 (a najlepszy widok będzie ze Skweru Kościuszki). Wisłostrada jest zamknięta już od piątku od godz. 16 na odcinku od mostu Skłodowskiej-Curie do Gagarina, a w sobotę między 11.30 a 13.30, podczas przelotu samolotów, wstrzymany zostanie ruch także na moście Śląsko-Dąbrowskim. Transmisję i relację na żywo z obu wydarzeń poprowadzimy na stronie głównej Wirtualnej Polski.
Abramsy, K2 i Borsuk. Co przejedzie Wisłostradą
Wisłostradą przejadą oba typy czołgów, które w ostatnich latach zbudowały polską broń pancerną od nowa: amerykańskie Abramsy i południowokoreańskie K2. Weszły do służby w miejsce postradzieckich T-72 i PT-91, z których większość Polska przekazała Ukrainie po 2022 r.
Ważący blisko 67 ton Abrams to czołg ciężki - "pancerna pięść" armii. Rozmieszczenie mówi, do czego ma służyć: trafiają głównie do 18 Dywizji Zmechanizowanej, osłaniającej kierunek białoruski i centralną Polskę. Docelowo ma ich być 366: 250 najnowocześniejszych M1A2 SEPv3 i 116 używanych M1A1FEP, kupionych szybciej, żeby zdążyć wyszkolić załogi.
Jeśli Abrams to pięść, to K2 są odpowiedzią na inne pytanie: jak szybko odbudować liczebność. Umowę z Hyundai Rotem podpisano w lipcu 2022 r. Pierwsze wozy stanęły w Polsce jeszcze przed świętami tego samego roku. Takiego tempa nie oferował wtedy żaden europejski producent - i to w dużej mierze przesądziło o kontrakcie.
K2 mają osłaniać kierunek północno-wschodni, w tym przesmyk suwalski. Trafiają do 16 Dywizji Zmechanizowanej z Elbląga - dziś stoją w Braniewie, Giżycku i Bartoszycach, wkrótce mają dojechać do Ostródy. Z pierwszej umowy Polska odebrała już 180 wozów. Druga, podpisana pod koniec 2025 r., obejmuje kolejnych 180, z czego ponad 60 ma powstać w Bumarze-Łabędach w wersji K2PL
Żołnierze mówią o nich jak o zmianie pokoleniowej. - Elektronika, moc, zasięg ognia sprawiają, że są nieporównywalne ze starszymi maszynami typu PT-91 - mówi czołgista Piotr z 9 Braniewskiej Brygady Kawalerii Pancernej.
Wymienia dwie rzeczy, których postradzieckie wozy nie miały. Tryb "hunter-killer" pozwala dowódcy wyszukiwać kolejny cel, gdy działonowy zwalcza jeszcze poprzedni - czołg bije szybciej i celniej. System zarządzania polem walki BMS Legion daje z kolei załodze obraz tego, co dzieje się poza zasięgiem wzroku. - Pozwala budować większą świadomość sytuacyjną - dodaje.
Do tego zawieszenie hydropneumatyczne: K2 może płynnie regulować prześwit i nachylenie kadłuba, żeby obniżyć sylwetkę i ukryć się podczas obserwacji z miejsca.
Uwagę przyciągnie też bojowy wóz piechoty Borsuk z Huty Stalowa Wola. Ma zastąpić BWP-1 - konstrukcję z lat 60., której polskie egzemplarze mają dziś po kilkadziesiąt lat i są jednym z najbardziej przestarzałych elementów wyposażenia wojsk zmechanizowanych.
Na kołach pojadą lekkie pojazdy rozpoznawcze Bóbr, część z nich w osłonach przeciwdronowych - kratownicach chroniących przed dronami i pociskami kumulacyjnymi. To rozwiązanie, które na dobre weszło do użytku dopiero podczas wojny w Ukrainie.
Debiutem tegorocznej defilady będą natomiast systemy antydronowe MEROPS. Polska dostała je od Amerykanów jesienią 2025 r., po nocy z 9 na 10 września, gdy do polskiej przestrzeni powietrznej wleciały rosyjskie drony, a do ich strącania trzeba było użyć rakiet z myśliwców - jedna z nich prawdopodobnie uderzyła wtedy w dom w Wyrykach-Kolonii. MEROPS wykrywa bezzałogowce i niszczy je kinetycznie.
Zagraniczni goście i debiut F-35. Wojsko chce samolotów transportowych?
W powietrzu główną atrakcją będą F-35 "Husarz". To pierwszy przelot polskich egzemplarzy nad defiladą - maszyny dotarły do 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach w czerwcu, a docelowo ma ich być 32. Zbudowane w technologii stealth, mają być najbardziej zaawansowanym elementem polskiego lotnictwa bojowego.
O ocenę różnic między F-16 i supernowoczesnymi F-35 poprosiliśmy jednego z pierwszych polskich pilotów "Husarzy", podpułkownika Krzysztofa Woelke z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku. Rozpoczyna on od słów, że oba samoloty były zaprojektowane do całkiem innych zadań/misji. Ich pilotaż różni się tylko w szczegółach, bo dalej w ten sam sposób poruszają się w przestrzeni.
"Pilotażowo nie tak przyjemny". Pilot F35 opowiada o nowym samolocie Sił Powietrznych RP
F-16, jak mówi oficer, jest samolotem stworzonym do walk na bliskim dystansie – walk powietrznych 1 na 1, z czasem ze względu na jego bardzo dobre osiągi aerodynamiczne, stał się samolotem wielozadaniowym i świetnie się sprawdza w tej roli. Pilotażowo jest bardzo przyjemny dla pilota "w prowadzeniu" i daje mu dużą swobodę manewrowania, a bardziej zarządzania energią w locie.
- Natomiast F-35 jest samolotem, którego zadaniem jest bycie "trudno wykrywalnym", czasami nawet kosztem osiągów aerodynamicznych. Ta przewaga pozwala eliminować zagrożenia na odległościach na których żaden samolot 4. generacji nawet nie jest w stanie się bezkarnie zbliżyć, co na współczesnym polu walki jest niepodważalnym atutem, a wręcz dominacją w powietrzu. Pilotażowo nie jest tak manewrowy i przyjemny jak F-16, ale posiada swoje atuty nawet w walce 1 na 1, co nie jest pożądanym rozwiązaniem na współczesnym polu walki - mówi ppłk Woelke.
Opisuje też dodatkowo przewagę, jaką F-35 ma nad innymi samolotami użytkowanymi. A jest nią system pozyskiwania, zobrazowania i analizy danych taktycznych, który zmniejsza obciążanie pracą pilota w kabinie o 80%, a zarazem zwiększa jego świadomość sytuacyjną o 100 proc. w porównaniu do samolotów 4. generacji.
- Ta ilość informacji jest czynnikiem, który w szkoleniu stawia wysokie wymagania pilotom-operatorom pod względem zastosowania odpowiedniej taktyki i decyzyjności w krótkim okresie czasu lub natychmiast. W środowisku "naszpikowanym" zestawami obrony powietrznej oraz samolotami przeciwnika ten kto jest pierwszy wygrywa, uzyskuje przewagę lub jest w stanie przeżyć - podsumowuje podpułkownik.
Oprócz nich nad Wisłostradą pojawią się znane już F-16, szkolno-bojowe M-346 Bielik i koreańskie FA-50. Łącznie MON zapowiada ponad 60 statków powietrznych.
F-35 przeleciały już nad Wisłostradą w 2024 r. Były to jednak maszyny amerykańskie, przebazowane na tę okazję z Niemiec - polskich wtedy jeszcze nie było. W sobotę nad Warszawą pojawią się samoloty z naszą szachownicą.
Tyle że szachownica na F-35 nie jest biało-czerwona, lecz szara - jako jedyna w polskim lotnictwie. Powód jest techniczny: kadłub pokrywa powłoka pochłaniająca fale radarowe, a nałożenie na nią zwykłej farby w pełnych barwach naruszyłoby tę warstwę. Stealth nie oznacza niewidzialności - samolot nadal da się wykryć, tylko z dużo mniejszej odległości i przy znacznie większym wysiłku. To wystarczy, by zmienić układ sił nad Bałtykiem.
Warto cofnąć się o rok, bo to, co leciało nad Warszawą w 2025 r., okazało się zapowiedzią przyszłych zakupów. Poza myśliwcami gości - Eurofighterami, francuskimi Rafale i szwedzkimi Gripenami - pojawiły się wtedy maszyny znacznie większe: australijski Boeing E-7 Wedgetail, przebazowany wówczas do Łasku w ramach wsparcia wschodniej flanki NATO, a przede wszystkim latający tankowiec Airbus A330 MRTT.
Ta latająca cysterna potrafi też przewozić ładunek i ludzi. Rok temu nad Warszawą przeleciał egzemplarz francuski, w asyście polskiego F-16. Być może w nadchodzących latach takie maszyny zobaczymy już w polskich barwach, bo ich zakup zapowiada MON.
Bez tankowców polskie myśliwce są zależne od lotnisk, albo wsparcia sojuszniczego. Każda dłuższa misja oznacza powrót po paliwo. MRTT to zmienia - wydłuża czas operowania w powietrzu i zasięg działania, a przy okazji sam potrafi przewieźć ładunek i ludzi. To jedna z najbardziej widocznych luk polskiego lotnictwa i jedna z tych, których nie da się zastąpić kupowaniem kolejnych myśliwców.
W tym roku, nad Wisłostradą przeleci inny Airbus: transportowy A400M Atlas na próbie generalnej w barwach hiszpańskich. Sama obecność maszyny niczego jeszcze nie przesądza - sojusznicy pokazują swój sprzęt co roku. Jak jednak ustaliła Wirtualna Polska, A400M są w orbicie zainteresowania armii. Nieoficjalnie mówi się o ośmiu, a nawet dziesięciu maszynach. Bardziej prawdopodobne, że skończy się na czterech.
A400M zabiera ok. 37 ton ładunku - kilkakrotnie więcej niż C-130 Hercules, na których dziś opiera się polski transport wojskowy. Oprócz tylnej rampy ma boczne drzwi desantowe, więc może służyć też do zrzutów spadochroniarzy. Polska armia ma dziś bardzo ograniczone możliwości samodzielnego przerzutu ciężkiego sprzętu na większą odległość. To luka co najmniej równie dotkliwa jak brak tankowców.
Na wodzie wciąż biednie
W Gdyni - bo w tym roku parada morska przeniosła się spod Helu na Zatokę Gdańską - w morze wyjdzie ponad 20 okrętów. Nie będzie wśród nich ORP Orzeł. Rok temu jedyny polski okręt podwodny jeszcze płynął w szyku - dziś jest niesprawny i nie wiadomo, kiedy wróci do linii.
Reszta wiadomości z Marynarki Wojennej brzmi lepiej. Kilka dni temu w Gdyni ochrzczono "Wichra" - pierwszą z trzech fregat programu Miecznik. W budowie są dwa okręty rozpoznania radioelektronicznego z programu Delfin, przyszłe ORP Jerzy Różycki i ORP Henryk Zygalski, oraz okręt ratowniczy. Na okręty podwodne ze Szwecji trzeba będzie jeszcze poczekać kilka lat.
Trzy fregaty programu Miecznik mają dać Marynarce Wojennej zdolności, których dziś nie ma. Powstają na brytyjskim projekcie Arrowhead 140, mierzą ok. 140 metrów i wyporność blisko 5,7 tys. ton - to będą największe okręty bojowe w historii polskiej floty. Uzbrojenie ma obejmować pociski przeciwokrętowe, torpedy i wyrzutnie pionowego startu Mk41, znane z amerykańskich niszczycieli.
To jednak plan rozpisany na lata. "Wicher" ma wejść do służby w 2029 r., "Burza" w 2030, "Huragan" w 2031. Do tego czasu trzon floty stanowić będą dwie fregaty przejęte po wycofaniu z marynarki USA. Cały kontrakt opiewa na około 15 mld zł.
Jest jednak problem, o którym mówi się rzadziej: fregaty Miecznik mają hangar i pokład dla śmigłowca, ale Polska nie ma maszyny, która mogłaby z nich operować. Na starych fregatach bazowały SH-2G Super Seasprite - konstrukcje wiekowe, wycofywane ze służby. Postępowania na ich następców wciąż nie rozstrzygnięto, choć pierwszy Miecznik ma wejść do linii w 2029 r.
Realną siłą Marynarki Wojennej pozostaje dziś Morska Jednostka Rakietowa, która ma zostać rozwinięta do szczebla brygady. Jej wyrzutnie pocisków NSM przejadą przez Warszawę - to broń zdolna razić cele w znacznej części Bałtyku z lądu, bez wychodzenia okrętów w morze.
Defilada pokaże armię, jakiej Polska nie miała od dekad. Pokaże też, ile z tego dopiero powstaje: fregata bez śmigłowca, tankowce w cudzych barwach, okręt podwodny, który nie wypłynie. Jedna trzecia tegorocznego budżetu obronnego to zresztą dług Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych. W sobotę zobaczymy, za co zapłaciliśmy.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.