Zatrudnienie w górnictwie leci na łeb na szyję. Więc czemu politycy i górnicy nie lamentują o kryzysie?
Na naszych oczach dzieje się tragedia. "Czarne złoto" i "dar od Boga", jak o węglu mówił w tym roku pewien ekspert PiS, odchodzi w zapomnienie.
Jak wynika z niedawnej analizy think tanku Instrat, wydobycie węgla kamiennego spadło w poprzednim roku o 2,7 proc., a zatrudnienie w górnictwie – o 3,7 proc. To jednak nic w porównaniu z katastrofą, która ma miejsce obecnie.
Polska Grupa Górnicza i Jastrzębska Spółka Węglowa to dwa największe przedsiębiorstwa w sektorze, które zatrudniają łącznie 55,5 tys. górników (70 proc. wszystkich). A raczej zatrudniały, bo w tym roku rozpoczął się masowy exodus.
Wielka górnicza katastrofa…
Zarówno PGG, jak i JSW prognozują, że do końca roku stracą po 4,3 tys. etatów. Dla pierwszej spółki oznacza to zmniejszenie zatrudnienia o 12 proc., a dla drugiej – aż o 21 proc. Jak wskazuje Instrat, oznacza to sześciokrotnie szybsze tempo redukcji niż wynosiła średnia z ostatnich czterech lat. W rezultacie łącznie w ciągu jednego roku pracę straci 12 proc. polskich górników.
Przecież to proszenie się o kryzys, katastrofę i energetyczne piekło. Politycy wszelkiej maści od lat wmawiali nam, że Polska potrzebuje węgla, bo to nasza suwerenność, niezależność i bezpieczeństwo. Może i jesteśmy ostatnim krajem w Unii Europejskiej wydobywającym węgiel kamienny, ale to nic złego. Wręcz przeciwnie – powinniśmy być dumni, że nie poddajemy się zachodnim trendom.
Gdzie są więc ci politycy, którzy wkładali nam to do głów przez te wszystkie lata? Co robi Donald Tusk, który bronił węgla w kampanii parlamentarnej? Co robi Karol Nawrocki, który to samo robił w kampanii prezydenckiej? I wreszcie co robią górnicze związki zawodowe i spółki, według których bez węgla w Polsce ani rusz?
Odpowiedź jest prosta: dogadują się za publiczną kasę.
…która każdemu jest na rękę
Dlaczego zwolnienia w górnictwie tak mocno przyspieszyły? Bo jest za to dobry pieniądz.
1 stycznia weszła w życie nowelizacja ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego. Rząd przyjął ją jesienią 2025 r., a prezydent podpisał w połowie grudnia. W ramach nowelizacji górników objęto szerokimi instrumentami osłonowymi.
I tak doświadczeni górnicy, którym zostało do emerytury najwyżej pięć lat, mogą spędzić ten czas na płatnym urlopie, otrzymując 80 proc. pensji. Z kolei ci, którym do emerytury pozostało więcej czasu, mogą odejść z zawodu i otrzymać jednorazową odprawę w wysokości 170 tys. zł netto. Co więcej, odprawa ta będzie zwolniona i z PIT, i ze składki zdrowotnej. By skorzystać z tych warunków, wystarczy mieć za sobą przynajmniej trzyletni staż pracy.
Nowelizacja ustawy zakłada, że w ciągu dekady na programy osłonowe dla osób zatrudnionych w spółkach górniczych zostanie przekazane ponad 11 mld zł.
Węgiel już nie złoto?
Gdy pojawiły się pieniądze, zaczęła się magia.
Nagle okazało się, że cenniejsze od "czarnego złota" są roczne odprawy i płatne urlopy. Że spadek aż o kilkanaście procent zatrudnienia w tak ważnym sektorze to żaden kryzys czy katastrofa, tylko zwykła realizacja umowy. I że polska energetyka bez górników jakoś sobie jednak poradzi.
Brutalna prawda jest taka, że tysiące górniczych etatów już od dawna było zupełnie niepotrzebnych. Wydobycie węgla i udział tego surowca w produkcji prądu spadają od wielu lat, bo muszą spadać. I nie chodzi nawet o politykę klimatyczną, lecz zwykłą ekonomię.
W żadnym kraju na świecie wydobywanie węgla nie kosztuje tak dużo, jak w Polsce. Dzieje się tak, bo - w przeciwieństwie do wielu innych miejsc na świecie - musimy kopać węgiel bardzo głęboko, czyli w niezwykle skomplikowany i kosztowny sposób. Co być może jeszcze ważniejsze, polski górnik wykonuje trudną pracę, w bogatym państwie i z osłoną związków zawodowych. W skrócie: zarabia bardzo dobrze.
Efekt? Jak wylicza Instrat, każda wydobywana w Polsce tona węgla przynosi 255 zł straty. Bez dopłat z budżetu państwa, znaczy naszych pieniędzy, interes ten zostałby zlikwidowany już dawno.
Wystarczył pieniądz
Żeby było jasne – możliwe, że sytuacji w górnictwie nie dało rozwiązać się inaczej, niż "zachętami finansowymi". Można się oburzać, że są one tak duże (co czynię), ale i zrozumieć, że inne opcje były znacznie bardziej atomowe (co rozumiem).
W historii polskiego węgla nie oburza mnie więc to, jak się kończy, lecz jak do tego końca doszliśmy. Złości mnie wieloletnie zwodzenie opinii publicznej i udawanie przez kolejne rządy i górnicze związki zawodowe, że węgiel to "polska racja stanu".
Co smutne, ale prawdziwe, w polityce i debacie publicznej nie liczą się fakty i ekonomia, lecz emocje i narracje. A jak pokazuje porzucenie bajek o "czarnym złocie", emocje i narracje mogą zmienić się bardzo szybko.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.