Zadyszka prezydentury Karola Nawrockiego [OPINIA]
Wkraczając w roku 2025 z impetem na polską scenę polityczną, Karol Nawrocki nie tylko sięgnął po najwyższy urząd w państwie, ale roztoczył także wokół siebie nimb przełamującego stare schematy, silnego człowieka polskiej polityki. Stworzył sprawne polityczne zaplecze, przejął z rąk prezesa Kaczyńskiego pałeczkę głównego antagonisty premiera Tuska, nawiązał osobisty kontakt z prezydentem najsilniejszego państwa świata, wreszcie zaproponował wyrazisty i bezpośredni ton politycznej komunikacji, nawiązujący chwilami bardziej do egotycznego stylu Donalda Trumpa niż do koncyliarnego ducha prezydentury, jaki unosi się nad polską konstytucją.
W efekcie wspiął się szybko prezydent Nawrocki na szczyty sondażowej popularności, stając się nadzieją podzielonej polskiej prawicy i przechodząc przez cały rok– w zasadzie bez większego szwanku – przez rozmaite potyczki, zawirowania czy błędy. Nawet tak ewidentne jak weto ws. programu SAFE.
Żaden jednak miodowy czas nie trwa w polityce wiecznie. Oto więc w kilku różnych odczytach nastrojów politycznych (CBOS, Pollster, OGB) pojawił się we wrześniu regres lub cień na prezydenckiej popularności. A o tym, jakie wrażenie zrobiło to na Pałacu Prezydenckim, może świadczyć dość jednak nerwowy i zaskakujący zwrot ws. ustawy o podatkach od koncernów paliwowych, którą – pomimo wcześniejszej krytyki – prezydent ostatecznie zdecydował się podpisać.
Wśród przyczyn tej politycznej zadyszki zwykle wskazuje się zmęczenie wyborców wetami prezydenta w ważnych – i dla państwa, i dla Polaków – sprawach, blokowanie nominacji personalnych, także w związanych z bezpieczeństwem służbach, cień afery Zondacrypto, który położył się nad całą prawą stroną polskiej polityki, czy ostatnie niejasności, związane z oferowaniem "pakietów sponsorskich" podczas wydarzeń z udziałem prezydenta. Wydaje się jednak, że wszystkie te sprawy czy epizody nie są źródłami sondażowych spadków prezydenckiej popularności, a jedynie je odsłaniają. Zwróćmy uwagę na dwa przynajmniej z nich.
W okowach politycznego szablonu
Pierwszy – by tak rzec – strukturalny problem prezydentury Karola Nawrockiego, który wyłania się zza większości wymienionych wyżej przypadków, to jej szablonowość. I nie chodzi tu o to, że ma prezydent wyraziste poglądy, ambicje czy polityczną werwę, wykraczające czasem poza wąskie ramy zapisów konstytucji; lub że wbrew duchowi ustawy zasadniczej chce de facto współrządzić Polską, wraz z rządem. To esencja twardej gry na przesuwającej się w prawo scenie politycznej, a jej ocena zależy od przyjętej perspektywy politycznej. Problem, na który wskazujemy, tkwi raczej w politycznej taktyce, zręczności i finezji. A właściwie, w ich braku.
Gra o szerokie prezydenckie wpływy, zwłaszcza w głęboko podzielonym demokratycznym społeczeństwie, wymaga bowiem trudnej sztuki balansu między mobilizującą własne szeregi wyrazistością a zmysłem politycznej świeżości, oryginalności i niesztampowości, które politycznych rywali utrzymują w niepewności, a opinię publiczną w przekonaniu, że gra się wprawdzie twardo, ale o dobro wspólne całego państwa. A nie tylko o partykularny interes czy o popularność we własnych tylko opłotkach.
Polska konstytucja pozostawia prezydentowi całą gamę narzędzi formalnych i personalnych, by taką zręczną grę na różnych fortepianach prowadzić. A jej wirtuozem był zapewne w swoim czasie Aleksander Kwaśniewski. Rzecz w tym, że nie sposób dostrzec jej jak na razie w urzędowaniu prezydenta Nawrockiego. Podporządkowując niemal wszystko twardej walce z rządem i koncentrując swą polityczną uwagę niemal wyłącznie na elektoracie, na prawo od PiS, uczynił on bowiem swą prezydenturę schematyczną i jednowymiarową.
A to znaczy także podatną na zręczne rozgrywanie przez obóz rządowy i znużenie opinii publicznej. Jakie są tego koszty polityczne, przekonuje się właśnie Pałac Prezydencki, w jakimś sensie przymuszony do odwrotu ws. ustawy paliwowej.
Pułapka zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki
Problem drugi, który wyłania się zza wszystkich kłopotów prezydenta Nawrockiego, to dobrze znana w polityce pułapka zawieszonej zbyt łatwo i zbyt wysoko poprzeczki politycznych wobec siebie oczekiwań. O tym, jak może być ona zwodnicza, przekonał się w swoim czasie marszałek Szymon Hołownia.
Silny człowiek polskiej polityki, prezydent Nawrocki, i w swej kampanii wyborczej, i w pierwszych miesiącach urzędowania, nieco wbrew architekturze polskiego systemu politycznego, przekonywał wyborców, że zagoni "rząd do pracy". A wśród polityków prawicy pojawiło się przekonanie, że jest prezydent Nawrocki nowym prawicowym hegemonem. I właściwie tylko on może ułożyć i poprowadzić do wiktorii nad Donaldem Tuskiem rwące się do władzy, ale coraz bardziej skłócone prawicowe hufce.
Rzecz jednak w tym, że polityczna rzeczywistość zaczyna te nazbyt łatwo roztaczane zamysły i koncepty weryfikować. Wspomniana wyżej parlamentarno-gabinetowa architektura polskiej polityki, a także determinacja premiera nie dają bowiem prezydentowi– poza relacjami z USA – żadnego realnego wpływu na kierunek kluczowych politycznych decyzji. A jego energię i determinację przekierowują na ślepy politycznie tor niezrozumiałego politycznego uporu i permanentnej negacji.
Z kolei nadzieje na skuteczne przywództwo prezydenta po prawej stronie sceny politycznej dość mocno nadszarpnie polityczny kryzys związany z aferą Zondacrypto. To bowiem sytuacje kryzysowe, a nie wzniosłe gesty czy deklaracje, pokazują faktyczne przywódcze zdolności i kwalifikacje potencjalnych liderów. Każdy zatem kolejny tydzień, w którym prezydent
Przyglądał się ostrożnie z boku kryzysowi prawicy w tej sprawie, nie wskazując publicznie odpowiedzialnych, nie rysując planów naprawczych i nie oferując ich realizacji, pogłębiać musiał po prawej stronie pytanie, czy jest prezydent Nawrocki rzeczywiście gotów i czy ma kompetencje, by zastąpić w roli prawicowego kingmakera prezesa Kaczyńskiego.
Trudna gra bez struktur i bez parlamentarnych szabel
Jest oczywiście zdecydowanie zbyt wcześnie, by ogłaszać porażkę lub choćby poważny, nieuchronny kryzys błyskotliwej dotąd kariery Karola Nawrockiego. I sam prezydent, i jego kreatywni współpracownicy zrobią też zapewne wszystko, by już w najbliższych dniach zatrzeć wrażenie politycznej zadyszki, które tu opisujemy.
Jeśli jednak prezydent Nawrocki myśli o swym przywództwie poważnie i na dłuższą metę, to już dziś wraz ze swym otoczeniem przemyśleć powinien – jak się zdaje – i przemodelować same strategiczne założenia swej prezydentury.
Czyniąc ją mniej sztampową, bardziej otwartą na rzeczywistość polityczną i społeczną współczesnej Polski, a także dopasowaną do tej oto prawdy – o której przekonali się wszyscy jego poprzednicy – że w obecnych realiach ustrojowych nie zastąpi prezydent partii politycznych. A i własnej prezydenckiej partii, otwierającej drzwi do rządu i parlamentu, raczej nie zbuduje.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.