Punch2027: Ex-Sokoto dep gov urges North to back TinubuThe Jerusalem PostLiberman calls for Netanyahu treason probe over alleged attempt to start war to delay electionsCNN TürkAsrın inşası ABD'nin gündeminde: "Üretim, saatte 23 konut hızına eşdeğer"InquirerITCZ to bring rain to parts of Mindanao until WednesdayESPNSuffocating defense, JSN lift Seahawks to victoryBollywood HungamaDaler Mehndi controversy ends as Uttarakhand Minister Subodh Uniyal apologises; Mika Singh’s team reacts한겨레충북 경찰 대전 나이트클럽서 추태로 입건GhaflaZuchu Explains Why Diamond Platnumz’s Baby Mamas Remain Part Of Her FamilyZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioSky TG24Le prime pagine dei quotidiani di oggi 26 ottobre: la rassegna stampaGIGAZINE老化した血液細胞を神経幹細胞に変換すると細胞が少しずつ若返るとの研究結果The Sydney Morning HeraldGood Food Guide Awards LIVE updates: Hussein Sarhan, Alex Tong take out joint Chef of the Year award; Three Blue Ducks Burradoo wins New Restaurant of the Year as crowd gives standing ovation to Sydney icon Peter Gilmore
The Daily Newsstand · Free, Always
Monday, October 26, 2026

Tajemnicze zaginięcie, kolekcjoner kamienic i mafia reprywatyzacyjna. Co się stało z doktorem Gładysiem?

Translate

Wieloletni wykładowca Politechniki Warszawskiej dr Sylwester Gładyś wyszedł na spacer do Parku Młocińskiego i zniknął bez śladu. Wirtualna Polska ustaliła, że dzień wcześniej zeznawał w CBA w związku ze śledztwem dotyczącym mafii reprywatyzacyjnej. Prokuratura nie łączy tych dwóch zdarzeń. Policja skłania się ku wersji o samobójstwie. Osoby z otoczenia zaginionego naukowca mówią wprost: "nie wierzymy, że odebrał sobie życie".

  • Dr Sylwester Gładyś zaginął 24 lutego 2026 r., po spacerze w Parku Młocińskim. Kamery zarejestrowały, jak wchodzi do parku, ale żadne z przeanalizowanych nagrań nie pokazuje, by z niego wyszedł.
  • Dzień wcześniej naukowiec zeznawał w CBA w sprawie reprywatyzacji. Z relacji, które przekazał bliskim, wynika, że pytano go o pełnomocnictwa udzielone Jackowi Ż., dotyczące roszczeń do nieruchomości przy ul. Pańskiej 80 i 82 w Warszawie.
  • Jak się okazało - roszczenia do Pańskiej przechodziły przez serię zastanawiających transakcji. Część z nich trafiła do Marka M., nazywanego w mediach "czyścicielem kamienic". W 2015 r. złożono wniosek o odszkodowanie za Pańską 80, oparty na umowach dotyczących tych roszczeń.
  • Wątpliwości dotyczą m.in. pełnomocnictwa, na podstawie którego miały zostać sprzedane udziały Gładysia. Prokuratura poinformowała jednak WP, że badanie podpisu przez biegłego "nie było" konieczne.
  • Policja od początku skłaniała się ku wersji samobójstwa. Bliscy nie wierzą w ten scenariusz.
  • Prokuratura nie widzi związku między tymi sprawami. Śledztwo dotyczące roszczeń do Pańskiej trwa, a zaginięcia nadal nie wyjaśniono.

Ostatni spacer

Wtorek, 24 lutego 2026 r., warszawskie Bielany. Krótko przed godz. 16 Sylwester Gładyś wychodzi z mieszkania. Nic nie wskazuje na to, żeby zamierzał opuścić je na dłużej.

Na biurku zostaje włączony komputer z wykładem, nad którym pracował. Obok szklanka po herbacie. Drzwi balkonowe są otwarte – mieszkanie ma się przewietrzyć, zanim gospodarz wróci.

Przy samochodzie wszystko odbywa się według rytuału. Gładyś wyjmuje kijki trekkingowe, a do auta wkłada torbę na basen – jak w każdy wtorek po spacerze ma popływać. Wyrzuca śmieci. Rusza.

WIDEO

Zabójstwo generała Papały. "Czekaliśmy, że ktoś po nas przyjedzie"

Ma 71 lat, 185 cm wzrostu, waży ok. 105 kg. Siwe włosy, wąsy, broda, okulary. Tego dnia zakłada czerwoną kurtkę z żółtym napisem na piersi, granatowy kaszkiet w delikatną kratę, dżinsy i granatowe buty trekkingowe. Od lat choruje na Parkinsona, ale dzięki lekom żyje samodzielnie. Leki zostają w domu – to również świadczy o tym, że niedługo miał wrócić.

Kamery monitoringu rejestrują, jak tuż po godz. 16 naukowiec wchodzi do pobliskiego Parku Młocińskiego i kieruje się w stronę Wisły. Z wyliczeń rodziny wynika, że nad rzeką mógł być między godz. 16.10 a 16.30. Żaden z przeanalizowanych później zapisów z kamer nie pokazuje, jak z parku wychodzi.

O godz. 17.28 jego telefon po raz ostatni loguje się do sieci w rejonie parku. Kolejnych logowań brak.

Co działo się przez tę godzinę? Do dziś nikt tego nie wie. Nikt też początkowo nie łączy spaceru z tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia.

Dzięki
Dzięki zapisom z kamer monitoringu wiadomo, jak Sylwester Gładyś był ubrany w dniu zaginięcia © Archiwum prywatne

Zapiski w kalendarzu

W deszczowy poranek 23 lutego 2026 r. o godz. 9 Sylwester Gładyś stawia się w stołecznej delegaturze CBA. Został wezwany na przesłuchanie w związku ze śledztwem prowadzonym przez Prokuraturę Regionalną we Wrocławiu dotyczącym warszawskiej reprywatyzacji. Sprawa obejmuje wątki wielu nieruchomości w stolicy, w tym działek przy ul. Pańskiej 80 i 82.

Po wizycie w CBA Gładyś rozmawia z członkami rodziny i kilkoma znajomymi. Relacjonuje przebieg przesłuchania. Mówi, że pytania dotyczyły przede wszystkim pełnomocnictw, których miał udzielić Jackowi Ż. To kuzyn byłej żony doktora, przez lata reprezentujący rodzinę w sprawie zwrotu nieruchomości przy Pańskiej. Funkcjonariusza CBA szczególnie interesowało to, czy naukowiec podpisał określone pełnomocnictwo przed konkretnym notariuszem.

Bliskim Gładyś opowiada, że zobaczył ten dokument pierwszy raz. Miał też zapowiedzieć, że przejrzy dokumenty i własne zapiski, aby dokładniej odtworzyć przebieg wydarzeń. Następnie wróci do CBA i uzupełni informacje.

Jeszcze tego samego dnia siada do kalendarza, który od lat prowadzi niezwykle skrupulatnie. Na górze strony odnotowuje:"pełnomocnictwo bez sprzedaży" i numer dokumentu z 1999 r. Niżej daty, nazwiska, notariusz w Raszynie. Część notatek zrobiona jest dwoma różnymi długopisami, jakby wracał do kartki kilka razy. Pismo jest nierówne – choroba utrudniała doktorowi pisanie odręczne.

Na dole strony stoi zdanie, jedno z ostatnich, jakie zdążył zapisać:

"Ja tego nie podpisywałem".

Rzeka nie oddaje

Następnego dnia Sylwester Gładyś wychodzi na spacer.

We wtorek wieczorem jego telefon nie odpowiada. W środę też. Bliscy są rozproszeni, część z nich mieszka poza Warszawą. W piątek, 27 lutego, ktoś z rodziny jedzie z kluczami do jego mieszkania. Jest puste.

Sprawa trafia na policję. Według relacji naszego informatora zgłoszenie początkowo nie zostaje potraktowane poważnie: zaginiony mężczyzna co prawda choruje na Parkinsona, ale jest samodzielny i mógł przecież gdzieś wyjechać.

Wiadomość o zniknięciu szybko rozchodzi się w sieci. W sobotę bliscy, studenci oraz harcerze ruszają do Parku Młocińskiego. Przeczesują też Las Bielański i sąsiednie rejony Warszawy. Nie trafiają na żaden ślad.

W okolicy pojawiają się ogłoszenia o zaginionym. Rodzina apeluje do okolicznych mieszkańców i wspólnot mieszkaniowych o udostępnienie nagrań z monitoringu. Część z nich udaje się dostać. Bliscy składają z nich obraz: Gładyś wszedł do Parku Młocińskiego, ale z niego nie wyszedł.

Dopiero wtedy do poszukiwań włącza się policyjna grupa poszukiwawcza.

W niedzielę 1 marca – sześć dni od zaginięcia – zostają ściągnięte psy, które podejmują trop i prowadzą do skarpy nad samą rzeką. Tam ślad się urywa. Psy wyszkolone do szukania zwłok, puszczone w las, nie wskazują niczego.

Skarpa, na której psy zgubiły trop
Skarpa, na której psy zgubiły trop © Archiwum prywatne

Policja, jak słyszymy, od początku skłania się ku wersji związanej z samobójstwem. Rodzinie przedstawia scenariusz: usiadł na ławce, przemyślał swoje życie, a gdy zaszło słońce, poszedł nad rzekę. Był chory, było mu ciężko. Nie pożegnał się, bo ludzie czasem się nie żegnają.

– Oczywiste jest to, że ludzie popełniają samobójstwa. Ale kto skacze z trzymetrowej skarpy do rzeki? Mimo choroby Parkinsona, która dzięki lekom nie była bardzo uciążliwa, on miał świadomość swoich możliwości. Nie podszedłby nad sam brzeg. To człowiek, który wszedł na Mont Blanc, na Kilimandżaro. Nie wierzę, że wzięła go mała skarpa nad Wisłą – przekonuje nasze źródło z najbliższego otoczenia rodziny.

– Gdyby chciał odejść po swojemu, to zostawiłby nam poukładane sprawy, list, cokolwiek. Nie rozpłynąłby się, zostawiając nas z zagadką. Nie zrobiłby nam tego – mówi córka zaginionego.

Jest jeszcze jeden szczegół. Jak słyszymy, dr Gładyś zwykle nie zakładał kijków trekkingowych na nadgarstki. Gdyby wpadł do wody, przynajmniej jeden powinien pozostać na brzegu albo zostać wyrzucony przez rzekę. Nie znaleziono ani kijków, ani kaszkietu, ani żadnych innych elementów ubioru.

– Większość ciał, które wypływają z Wisły, nie ma na sobie znacznej części garderoby – głównie kurtek, które wypływają zwykle w innych miejscach. Nawet gdyby te kijki były założone na nadgarstki, to one jako pierwsze by się odczepiły. Nurt rzeki jest zbyt silny – argumentuje nasz rozmówca.

Bliscy, którzy szukali dr. Gładysia w pierwszych dniach po zaginięciu, mają zastrzeżenia do działań poszukiwawczych policji. Twierdzą, że funkcjonariusze patrolowali park z samochodów, tylko po głównych alejkach. Kilka tygodni zajęło im zorganizowanie łodzi z sonarem, która sprawdziła brzeg na Młocinach – tymczasem ciało mogło być już dziesiątki kilometrów dalej.

Komenda Stołeczna Policji na pytania Wirtualnej Polski odpowiada ogólnikowo. Poszukiwaniami zajmują się funkcjonariusze różnych pionów Komendy Rejonowej Policji Warszawa V. Sprawdzono m.in. placówki medyczne oraz nagrania z monitoringu, a także informacje przekazywane policji po publikacji materiału o zaginięciu na stronie internetowej. W poszukiwaniach wykorzystano psy służbowe, dron oraz e-sonar.

Szczegółów policja podawać jednak nie chce, gdyż działania "mają charakter operacyjny".

– Policjanci współpracują również z innymi służbami. Czynności poszukiwawcze nadal trwają – zapewnia nas podinsp. Elwira Kozłowska z Komendy Stołecznej.

Od marca do sierpnia rodzina i wolontariusze przemierzają dziesiątki kilometrów wzdłuż Wisły. Brodzą w woderach po płyciznach, sprawdzają łachy, które odsłania susza. W poszukiwaniach nie ustają też służby. Na wodzie pracują łodzie, sonary, drony, psy szkolone do szukania ludzkich szczątków, ratownicy, strażacy, płetwonurkowie. Z bliskimi Gładysia pływa Daniel Dymiński, ojciec, który od dawna przeszukuje Wisłę w poszukiwaniu własnego syna.

Rzeka zwykle oddaje ciała. Ale nie dr. Gładysia. W kwietniu, podczas jednej z pieszych akcji, poszukujący natrafiają na zwłoki innej zaginionej osoby. 25 kwietnia, w czasie dużej akcji na wodzie – na ciała dwóch kolejnych.

Od czasu zaginięcia naukowca wyłowiono z Wisły 26 ciał. Za każdym razem rodzina dzwoniła do ratowników i na policję, ale słyszała: "To nie on".

– Wiem, że niektóre ciała nie wypływają. Ale on ważył 105 kilogramów, miał 185 centymetrów wzrostu. Jest susza, niski stan rzeki. Miał na sobie czerwoną kurtkę. Całe wakacje ludzie byli na wodzie. Ktoś by go zobaczył – słyszymy.

Na stronie internetowej, na której rodzina koordynuje poszukiwania, można przeczytać ostrożne zdanie: bardzo prawdopodobne, że zaginiony poślizgnął się i wpadł do rzeki. Oficjalnie córka dr. Gładysia podkreśla, że nie ma dowodów na związek zaginięcia z innymi sprawami i odsyła z pytaniami do policji.

W ciągu ostatnich miesięcy powstały dziesiątki artykułów o tajemniczym zniknięciu warszawskiego naukowca. W żadnym nie pojawia się jednak informacja, że dzień przed zaginięciem Sylwester Gładyś zeznawał w CBA.

Żeby zrozumieć, dlaczego ma to znaczenie, trzeba się cofnąć o prawie sto lat.

Pańska 80 i 82

Przed wojną właścicielami nieruchomości przy Pańskiej 80 i 82, czyli w samym centrum stolicy, byli Roman Ż. i jego żona Karolina.

Roman zmarł w lipcu 1939 r., na kilka tygodni przed wybuchem wojny. Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze Warszawy z 26 października 1945 r. – tzw. dekret Bieruta – odebrał rodzinie grunt. W latach 50. Karolina zażądała wydania nieruchomości. Bezskutecznie. Od tamtej pory kolejne pokolenia walczą o Pańską.

Spadek po Romanie rozdzielono na siedmioro dzieci. Całość po Karolinie przypadła z kolei na mocy testamentu jej córce, Janinie S. Jedna z sióstr Janiny, Maria, zmarła bezdzietnie. Jej mąż także nie miał dzieci ani bliskiej rodziny. Do jego śmierci w grudniu 1990 r. opiekowali się nim córka Janiny S. wraz ze swoim ówczesnym mężem Sylwestrem Gładysiem. Oboje odziedziczyli po nim po połowie udziałów.

W ten sposób Sylwester Gładyś – inżynier, adiunkt Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej, specjalista od modelowania ruchu lotniczego, pasjonat historii uczelni i genealogii własnej rodziny – stał się stroną w jednej z wielu warszawskich spraw dekretowych.

Według naszych ustaleń jego udziały w całości roszczeń do parceli przy Pańskiej były niewielkie, bo wynosiły prawdopodobnie poniżej 4 proc. To jednak nie wielkość była najważniejsza. Istotne jest to, że nawet najmniejszy udział wystarczy, by blokować rozporządzanie całością.

W tym miejscu trzeba wyjaśnić, na czym polegał mechanizm reprywatyzacji. "Dekret Bieruta" zostawiał dawnym właścicielom jedną furtkę: w ciągu sześciu miesięcy mogli złożyć tzw. wniosek dekretowy o przyznanie im prawa do gruntu, później przekształconego w użytkowanie wieczyste.

Większość takich wniosków władze PRL odrzucały albo przez dekady pozostawiały bez rozpatrzenia. Po 1989 r. właśnie złożenie "wniosku dekretowego" okazało się kluczem do wszystkiego.

Jeśli przodek złożył go w terminie, spadkobiercy mogli podważyć dawną decyzję odmowną jako wydaną z naruszeniem prawa. Wtedy urząd musiał ponownie rozpatrzyć wniosek. Gdy grunt był wolny, mogli odzyskać go w naturze, w formie użytkowania wieczystego, często razem z kamienicą i mieszkającymi w niej lokatorami. Gdy terenu nie dało się oddać, bo np. stała na nim szkoła, przebiegała ulica albo mieszkania dawno wykupili lokatorzy, wnioskującym o odzyskanie nieruchomości przysługiwało odszkodowanie, liczone według dzisiejszej, rynkowej wartości.

Kto wniosku w terminie nie złożył, co do zasady nie miał nic.

Rzeczniczka warszawskiego ratusza Marzena Gawkowska poinformowała nas, że dawne nieruchomości przy Pańskiej 80 i 82 wchodzą dziś w skład dwóch działek ewidencyjnych należących do miasta. Według planu miejscowego jedna przeznaczona jest pod drogę, druga pod usługi z zabudową wielorodzinną (dziś jest na niej parking).

Walkę o Pańską 80 spadkobiercy Romana i Karoliny Ż. przegrali już dawno. W marcu 2010 r. prezydent Warszawy odmówił im prawa użytkowania wieczystego, bo w terminie nie złożono właśnie "wniosku dekretowego". W czerwcu 2013 r. ostatecznie potwierdził to Naczelny Sąd Administracyjny.

W sprawie Pańskiej 82 toczą się w ratuszu dwa postępowania: o użytkowanie wieczyste, wszczęte jeszcze w latach 90. oraz o odszkodowanie, o które spadkobiercy – w tym Sylwester Gładyś – wystąpili w kwietniu 2016 r. Oba są zawieszone, bo urząd wciąż ustala "pełen krąg stron".

Tyle że zanim do tego doszło, roszczenia rodziny – jak się okazało – od dawna krążyły po rynku.

Sprzedane roszczenia

W latach 90. Jacek Ż. – jeden ze spadkobierców i kuzyn byłej żony dr. Gładysia – zaczyna prowadzić sprawę Pańskiej w imieniu rodziny. Według naszego źródła zbiera pełnomocnictwa do prowadzenia sprawy od całego starszego pokolenia, a od części krewnych za niewielkie pieniądze skupuje roszczenia. Projekt pełnomocnictwa przedstawia też Sylwestrowi Gładysiowi i jego żonie.

Naukowiec pokazuje dokument zaprzyjaźnionemu adwokatowi. Ten odradza podpis w takiej formie. Powód: zakres umocowania jest za szeroki, a interesy mocodawców – źle zabezpieczone.

Żona Gładysia ufa Jackowi Ż. i podpisuje pełnomocnictwo. Jej mąż tego nie robi.

Jak wynika z naszych informacji, naukowiec udziela Jackowi Ż. innego, znacznie węższego pełnomocnictwa, które pozwala w praktyce pisać jedynie pisma do urzędu i dowiadywać się o stanie sprawy. Dokument wprost wyklucza sprzedaż praw i roszczeń, zrzeczenie się ich oraz przeniesienie na inną osobę.

To prawdopodobnie ten dokument miał na myśli Sylwester Gładyś, odnotowując w kalendarzu dzień przed zaginięciem: "pełnomocnictwo bez sprzedaży".

Około 2014–2015 r. część spadkobierców – w tym Sylwester Gładyś – zatrudnia prawnika, który występuje do miasta o dostęp do akt własnościowych Pańskiej, aby móc ubiegać się o odszkodowanie. Po kilku miesiącach przychodzi niespodziewana odpowiedź: wszystkie roszczenia zostały sprzedane.

Wśród nabywców szczególną uwagę zwraca jedno nazwisko.

Dr Sylwester Gładyś w swoim gabinecie
Dr Sylwester Gładyś w swoim gabinecie © Biuletyn PW

Dzika reprywatyzacja

"Kolekcjoner kamienic", "handlarz roszczeniami", "czyściciel kamienic" – tak najczęściej był określany w mediach Marek M. Ten warszawski antykwariusz i przedsiębiorca stał się symbolem "dzikiej reprywatyzacji" w stolicy. To w jego ręce trafiały nieruchomości w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach w Warszawie – m.in. przy ul. Hożej, ul. Floriańskiej, ul. Francuskiej czy Krakowskim Przedmieściu.

Metoda Marka M. była prosta: odszukiwał spadkobierców przedwojennych właścicieli i odkupował od nich prawa do nieruchomości za symboliczne kwoty, a potem występował do miasta o zwrot lub odszkodowanie. Przykładowo przy ul. Dynasy 4 – według prokuratury – od jednej spadkobierczyni kupił za 300 zł roszczenia warte ponad milion złotych, a od drugiej za 500 zł prawa o tej samej wartości. W innej sprawie nabył prawa do kamienicy za 800 zł, a następnie zażądał od miasta 3 mln zł odszkodowania za utracone zyski.

Po przejęciu danej kamienicy Marek M. wielokrotnie podwyższał lokatorom czynsz, a gdy ci nie byli w stanie go płacić, składał pozwy o eksmisję. To z tego powodu antykwariusz szybko zaczął cieszyć się sławą człowieka bezwzględnego i skutecznego. Sam przekonywał jednak publicznie, że dla niego "to nie jest biznes, tylko przywracanie prawa".

Najbardziej znanym przykładem jego działalności było to, co wydarzyło się w sprawie kamienicy przy ul. Nabielaka 9 na Mokotowie. W styczniu 2006 r. budynek trafił do trojga spadkobierców oraz do Marka M., który część praw odkupił za bezcen od pozostałych. Kamienicą zarządzał wspólnie z Hubertem M. Wtedy – jak opowiadali lokatorzy – zaczął się koszmar. Podwyżki czynszu, zastraszanie, a nawet próba siłowego wejścia do jednego z lokali przy użyciu szlifierki. Chodziło o mieszkanie Jolanty Brzeskiej, współzałożycielki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

Mimo nacisków kobieta nie chciała się wyprowadzić. Uczestniczyła w protestach związanych z realizacją wyroków eksmisyjnych. Udzielała też wsparcia innym osobom, które znajdowały się w podobnej sytuacji. Często uczestniczyła też w obradach warszawskiej Rady Miasta, domagając się przyjęcia i realizacji postulatów związanych z ochroną lokatorów. W odpowiedzi była nękana procesami. Doszło do tego, że w pewnym momencie miała po kilka rozpraw w miesiącu.

1 marca 2011 r. Jolanta Brzeska opuściła mieszkanie, nie zabierając z niego torebki i telefonu. Jeszcze tego samego dnia jej spalone ciało spacerowicze znaleźli w Lesie Kabackim. Przez pierwsze miesiące śledczy badali przede wszystkim wersję samobójstwa. Marka M. i Huberta M., których nazwiska świadkowie podawali od początku, przesłuchano dopiero po ośmiu miesiącach.

Sprawę umorzono w 2013 r. Trzy lata później ją wznowiono, a w 2024 r. umorzono ponownie. Prokuratura ogłosiła, że zebrane dowody są jedynie poszlakami i nie pozwalają przesądzić, czy doszło do zabójstwa, samobójstwa, czy nieszczęśliwego wypadku.

W sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej nikt nigdy nie usłyszał zarzutów.

Podejrzane transakcje

Jak wynika z dokumentu Biura Spraw Dekretowych z 2018 r. – który widziała Wirtualna Polska – na przestrzeni lat doszło do szeregu dziwnych transakcji dotyczących nieruchomości przy Pańskiej.

W maju 1999 r. Jacek Ż., działając jako pełnomocnik pięciorga członków rodziny, zawarł umowę sprzedaży ich praw i roszczeń do Pańskiej 80 i 82. Kupującą była jego żona, Elżbieta Ż. Prawdopodobnie nie wiedział o tym nikt z rodziny.

28 czerwca 2013 r. Jacek Ż. sprzedaje udziały w spadkach po dwojgu członkach rodziny Markowi M. To wtedy po raz pierwszy "kolekcjoner kamienic" pojawia się w tej sprawie. W jaki sposób antykwariusz nawiązał kontakt z Jackiem Ż.? Tego nie wiadomo. Był to dopiero początek całej serii zastanawiających transakcji:

– 25 lutego 2014 r. Jacek Ż. sprzedaje Markowi M. kolejne roszczenia do Pańskiej.

– już dzień później Marek M. odsprzedaje Elżbiecie Ż. 9/10 tego, co właśnie nabył.

– z kolei 18 marca Elżbieta Ż. sprzedaje Markowi M. 1/10 praw, które sama miała nabyć na mocy umowy z 1999 r. zawartej ze swoim mężem.

Roszczenia krążą jak na karuzeli. 22 października 2014 r. Jacek Ż. zawiera z Markiem M. umowę-zlecenie. Na jej podstawie antykwariusz ma się podjąć tego, w czym się wyspecjalizował, czyli dochodzić "roszczeń dekretowych" w urzędzie miasta.

Według podpisanego dokumentu ma działać we własnym imieniu, ale na rzecz Jacka Ż. Ten sprzedaje mu przy okazji kolejne ułamki praw.

14 sierpnia 2015 r. do ratusza wpływa wniosek o odszkodowanie za Pańską 80. Kto go składa? W piśmie opublikowanym na stronach Biuletynu Informacji Publicznej m.st. Warszawy dane są zanonimizowane, a ratusz – powołując się na RODO – odmawia Wirtualnej Polsce podania nazwiska wnioskodawcy.

Z treści pisma wynika jednak, że wniosek złożyła osoba, która swoje prawa wywodzi wyłącznie z przytoczonych wyżej umów. Jedynym nabywcą uczestniczącym we wszystkich tych umowach (poza pierwszą, tą zawartą w 1999 r.) był Marek M.

"Okoliczności tego nie wymagały"

Sytuacja komplikuje się w 2015 r., gdy – jak już wspominaliśmy – część spadkobierców (w tym Sylwester Gładyś) zatrudnia prawnika. Ten ustala, że roszczenia do Pańskiej zostały sprzedane, więc słyszy w urzędzie, że nie reprezentuje nikogo, kto ma do nich prawa.

W tej sytuacji adwokat przesyła do ratusza pisma podważające pierwszą transakcję z 1999 r. dokonaną przez Jacka Ż. (i tym samym wszystkie, które nastąpiły później z udziałem Marka M.). Podkreśla w nich, że Jacek Ż. nie był uprawniony do podejmowania samodzielnej decyzji o sprzedaży roszczeń.

Najbardziej zastanawiający jest jeden fakt: jakim cudem sprzedane zostały udziały Sylwestra Gładysia? Przecież jego pełnomocnictwo udzielone Ż. zostało specjalnie skonstruowane w sposób wykluczający taką możliwość.

W sierpniu 2016 r. wybucha na dobre afera reprywatyzacyjna. Głównym punktem zapalnym okazuje się seria artykułów "Gazety Wyborczej" opisujących, jak warszawscy handlarze roszczeń przejęli działkę przy ul. Chmielnej 70 wartą 160 milionów złotych za ułamek tej kwoty.

Rusza lawina. W grudniu 2017 r. Prokuratura Regionalna w Warszawie zgłasza swój udział w "postępowaniu administracyjnym" dotyczącym Pańskiej 80 i 82. Dzieje się to na wniosek ratusza, który "uznał za zasadne" powiadomienie prokuratury o tym postępowaniu.

Oficjalny powód: wątpliwości urzędników wzbudził fakt, że do 2014 r. Jacek Ż. reprezentował w postępowaniach administracyjnych spadkobierców Pańskiej – czyli działał w imieniu osób, których prawa, przynajmniej na papierze, sprzedał już w 1999 r. swojej żonie.

21 sierpnia 2018 r. funkcjonariusze CBA na polecenie Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu zatrzymują Marka M. Zarzuty dotyczą przywłaszczenia praw majątkowych do dwóch innych warszawskich nieruchomości – przy Opoczyńskiej 4B oraz Folwarku Służewiec – wartych łącznie co najmniej 11,5 mln zł. Ponadto prokuratura zarzuca antykwariuszowi oszustwo na szkodę dwóch pokrzywdzonych w związku z nabyciem praw i roszczeń do nieruchomości położonej przy ul. Dynasy 4.

Decyzją sądu "kolekcjoner kamienic" zostaje osadzony w areszcie. Wyjdzie z niego dziesięć miesięcy później po wpłaceniu 3 milionów złotych poręczenia.

W październiku 2018 r. akta Pańskiej 80 i 82 wyjeżdżają z ratusza. Wypożycza je w związku ze śledztwem przeciwko Markowi M. delegatura CBA w Warszawie. Jeszcze przed pandemią CBA przesłuchuje kilkoro spadkobierców Pańskiej. Pytania dotyczą głównie tego, kiedy i jakich pełnomocnictw udzielali Jackowi Ż.

Potem na kilka lat zapada cisza. Dopiero w lutym 2026 r. na przesłuchanie zostaje wezwany Sylwester Gładyś.

Jak przekazał później bliskim, funkcjonariusz CBA miał mu pokazać drugie pełnomocnictwo, które rzekomo wystawił Jackowi Ż. i które najprawdopodobniej umożliwiło mu przejęcie roszczeń. Gładyś nie przypominał sobie jednak, żeby kiedykolwiek takie pełnomocnictwo podpisywał.

Czy to oznacza, że mogło zostać sfałszowane?

Pytania w tej sprawie wysłaliśmy do Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu. Śledczy nie informują o szczegółach postępowania, ale przyznają, że przesłuchanie Sylwestra Gładysia dotyczyło m.in. pełnomocnictw udzielonych przez niego w sprawie nieruchomości przy Pańskiej.

Na nasze pytanie o to, czy podpis dr. Gładysia na kwestionowanym pełnomocnictwie poddano badaniom biegłego z zakresu pisma ręcznego, prokuratura odpowiedziała, że "okoliczności sprawy tego nie wymagały".

Śledczy zaznaczyli też, że "po wykonaniu czynności nie planowano ponownego przesłuchania". To stoi w sprzeczności z relacją samego naukowca, który przekazał bliskim, że po uzupełnieniu dokumentów ma się ponownie stawić w CBA.

O zaginięciu Gładysia Prokuratura Regionalna we Wrocławiu wie tylko tyle, że poszukiwania prowadzi policja. Oficjalne zgłoszenie do niej nie wpłynęło, gdyż – jak podkreśla – nie jest właściwą jednostką do podejmowania czynności w sprawie o zaginięcie.

Kwestię dotyczącą analizy potencjalnego związku między obiema sprawami śledczy ucinają jednym zdaniem: "Treść zeznań świadka oraz okoliczności sprawy nie wskazują, by mogły pozostawać w jakimkolwiek związku z jego zaginięciem".

Nieuprawniony wnioskodawca

Dopiero w grudniu 2025 r. ratusz odrzuca wniosek w sprawie odszkodowania za Pańską 80 złożony w 2015 r. na podstawie umów sprzedaży roszczeń, których beneficjentem był m.in. Marek M.

W uzasadnieniu urząd miasta stwierdza, że wniosek został złożony przez osobę "nieuprawnioną" – czyli taką, która nie jest bezpośrednim spadkobiercą. A według obecnych przepisów tylko taka ma do tego prawo.

Oddzielne postępowanie toczy się w sprawie odszkodowania za Pańską 82. Tutaj wnioskodawcami są już prawowici spadkobiercy, w tym rodzina Sylwestra Gładysia. Jak już informowaliśmy, ratusz przekonuje, że sprawa stoi, ponieważ najpierw musi zakończyć się postępowanie o ustanowienie prawa użytkowania wieczystego, a do tego potrzebne jest ustalenie wszystkich spadkobierców, czego nie udało się zrobić do dzisiaj.

Wciąż otwarte pozostaje śledztwo we Wrocławiu. Jeśli faktycznie doszło do sfałszowania pełnomocnictwa Sylwestra Gładysia, to osobom za to odpowiedzialnym mogą grozić zarzuty karne.

Bez odpowiedzi

Zaginięcie Sylwestra Gładysia mogło być efektem nieszczęśliwego wypadku. Rodzina do dziś przeczesuje Wisłę z nadzieją, że uda się odnaleźć ciało i rozwiać wszelkie wątpliwości.

– W przypadku Jolanty Brzeskiej też na początku mówiono o samobójstwie. Za jej śmierć nikt nigdy nie odpowiedział. Nie mówię, że tak jest też w tym wypadku. Ale niech ludzie znają przynajmniej wszystkie okoliczności. Bo jeżeli ktoś mu zrobił krzywdę, to nie można w tej sprawie milczeć – mówi nasze źródło.

Minęło ponad osiem miesięcy. Ścieżka nad rzeką, na której psy zgubiły trop, wciąż prowadzi wzdłuż skarpy. Na jednej z działek przy Pańskiej nadal parkują samochody. Akta od lat są w rękach śledczych. Prokuratura twierdzi, że zeznania naukowca nie mają związku z jego zniknięciem. CBA milczy, a policja zasłania się czynnościami operacyjnymi. Kluczowego dla sprawy dokumentu nikt nie przekazał biegłemu. Jego wiarygodności nie chce też oceniać urząd miasta.

Wiadomo tylko, co na ten temat miał do powiedzenia jedyny człowiek, który mógł o tym przesądzić. Zapisał to w kalendarzu po powrocie z CBA:

"Ja tego nie podpisywałem".

Jacek Ż. nie odpowiedział na naszą prośbę o rozmowę. Skontaktowała się z nami jego żona Elżbieta Ż. Twierdzi, że dopiero od nas dowiedziała się o zaginięciu Sylwestra Gładysia. Ze względu na toczące się śledztwo nie chce się jednak wypowiadać na temat Pańskiej.

Pytania do Marka M. przekazaliśmy jego pełnomocnikowi. Do momentu ukazania się artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Chcesz skontaktować się z autorem? Napisz: mateusz.baczynski@grupawp.pl

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.