Była urzędniczka: mój mąż był koordynatorem, nie było konfliktu interesów
- Teraz klaszczemy… - teatralny szept dało się słyszeć w sali sądowej tuż po tym, jak sędzia Justyna Koska-Janusz ogłosiła zakończenie wczorajszej rozprawy. Gdy sąd opuścił salę na krótko przed godziną 15, zgromadzona publiczność zaczęła bić brawo.
W ten sposób oddane grono wspierających podziękowało oskarżonej Karolinie Ś. za kolejnych pięć godzin jej wyjaśnień dotyczących afery w Funduszu Sprawiedliwości. To była 11. rozprawa w tym procesie i piąta, której bohaterką była wyłącznie Ś.
Tym razem urzędniczka musiała nie tylko przedstawiać drobiazgowo przygotowane, tak zwane swobodne wyjaśnienia, ale także odpowiadać na pytania. Zadawali je zarówno adwokaci - w tym jej własny obrońca mec. Adam Gomoła - jak i sąd. Jako że Ś. nie znała wcześniej treści pytań sędzi Koski-Janusz, po raz pierwszy usłyszeliśmy ją wahającą się, a chwilami nawet nerwową.
Pytania tak, ale nie od prokuratora
Przypomnijmy: w tym procesie (spraw w sądach jest więcej) wokół nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości oskarżonych zostało sześć osób, w tym pięcioro byłych urzędników resortu Zbigniewa Ziobry i jego znajomy ksiądz Michał Olszewski, prezes Fundacji Profeto. Prokuratura zarzuca im ustawianie konkursów z Funduszu. W przypadku Karoliny Ś., Urszuli D. i księdza Olszewskiego zarzutem jest też udział w zorganizowanej grupie przestępczej, a sam duchowny odpowiada również za pranie brudnych pieniędzy.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.