Błąd nie oznacza zła [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Monika Horna-Cieślak, o czym pisałem dla Wirtualnej Polski, moim zdaniem nadużyła władzy i niezależnie od swojej argumentacji zachowała się ponad-standardowo wobec rodziców dziecka. Jej decyzje i działania realnie zaszkodziły dziecku i naruszyły zaufanie do instytucji państwowych, a - wiele na to wskazuje - były także złamaniem reguł prawnych. I nie zmienia tego fakt, że rodzina miała niebieską kartę czy to, że sądy - jej zdaniem - działały zbyt opieszale. Owszem to wyjaśnia jej motywy, ale wcale nie sprawia, że jej model działania stał się bardziej uzasadniony.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Od tej – dość jasno wyłożonej przeze mnie (i wielu innych komentatorów) tezy – do oskarżenia o to, że jest "złym człowiekiem" (o czym mówił i pisał Krzysztof Stanowski, a przed czym bronił jej Piotr Trudnowski) jest jednak dość daleka droga. Ludzie nie muszą być źli, by się mylić, popełniać błędy czy nawet nadużywać władzy; dobrzy ludzie, niekiedy kierując się dobrymi intencjami, czynią zło, a niekiedy dobrymi intencjami – jak mówi polskie przysłowie – jest piekło wybrukowane. Świat i ludzkie działania są o wiele bardziej skomplikowane, niż chcieliby internetowi populiści.
Z chrześcijańskiego punktu widzenia zaś - warto to niezmiennie przypominać, bo to jest dobra antropologiczna zasada - człowiek w ogóle nie ma takiego wglądu w innego, jego motywacje, zaangażowanie czy "serce", by to oceniać. Taką ocenę może przeprowadzić tylko Bóg, bo jedynie On ma wgląd w tajemnicę człowieka. Każdy inny tego rodzaju osąd jest niezgodny z Ewangelią, w której jasno powiedziane jest, byśmy nie sądzili innych. "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą"(Mt 7,1) - mówi Jezus do uczniów.
Ale zostawiając na boku religię, warto zauważyć, że tego rodzaju oskarżenia w istocie uniemożliwiają poważną rozmowę i debatę, a nawet zrozumienie drugiego człowieka. Jeśli po drugiej stronie jest "zły człowiek", to nie ma żadnych powodów, by słuchać jego argumentacji, by spróbować zrozumieć jego decyzje (nawet polemizując z nimi) czy spróbować zmienić jego myślenie. Obelga unieważnia nie tylko jego działania, ale i jego samego. Wyklucza go z debaty i oznacza w istocie odrzucenie wszystkiego, co za nim stoi, bo ze złem nie da się dyskutować.
Kłopot z takim rozumowaniem jest taki, że w efekcie przestajemy dostrzegać to, co w działaniu kryło w sobie nie tylko coś prawdziwego, ale i coś dobrego. Przemoc wobec dzieci jest zła i trzeba na nią reagować, co rzeczniczka zrobiła. Obojętność także nie jest dobra, a z całą pewnością Monika Horna-Cieślak nie jest obojętna. I wreszcie o tym, jak reagować w takich sytuacjach, trzeba rozmawiać, a nie unieważniać samą reakcję przez uznanie, że to czyn osoby złej.
Ale to nie wszystko, bo efektem takiego zachowania jest także, co do zasady, uniemożliwienie zmiany czegokolwiek i sprowadzenie wszystkiego nie do krytyki, ale do hejtu. Jeśli ktoś sądzi, że rzeczniczka praw dziecka zmieni cokolwiek w swoim zachowaniu po tym, jak usłyszy, że jest złą osobą, to jest w błędzie.
My albo oni
Inna rzecz, że przecież nie o zmianę tu chodzi, a o to, by maksymalnie mocno uderzyć, by zdobyć poklask i by wyrazić swoje emocje. Tego rodzaju moralizm nie służy zmianie, ale zebraniu pod sztandarem innych oburzonych i dokonaniu medialnego linczu. Linczu, po którym "dobrzy ludzie" będą się czuć jeszcze lepsi, choć ostatecznie skutkiem ich działania będzie tylko morze nienawiści wylane na ludzi, z którymi się nie zgadzają.
Medialne i moralne wzmożenia, z jakimi mamy do czynienia w przypadku rzeczniczki, nie są zresztą niczym zaskakującymi ani właściwymi tylko jednej stronie debaty. Unieważnianie poglądów poprzez uznanie ich nosicieli za "złych", "głupich", "ograniczonych" czy "niemoralnych" ma długą tradycję i właściwe jest wszystkim stronom i wszystkim debatom. I po każdej stronie nie prowadzi to do niczego dobrego, bo w istocie uniemożliwia rozmowę, spotkanie, dialog i wspólne bycie w tym samym kraju…
Jeśli po drugiej stronie są "źli", "zdrajcy" czy "Judasze" – to, jak napisał mi jeden z oburzonych jednym z moich tekstów czytelników – "nie możemy żyć w jednym kraju… My albo On" czy też szerzej "my albo oni". Tyle że troska o dzieci, przeciwdziałanie przemocy, a wreszcie Polska nie jest ich ani nasza, ale wspólna i będziemy w niej razem, czy się to komuś podoba, czy nie. I choćby dlatego warto rozmawiać, a nie okładać się obelgami.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.