Ziemie Czarnobylskie pod uprawę. Mińsk wydał dekret, eksperci alarmują
Jak informuje centrumeuropy.pl, premier Białorusi Alaksandr Turczyn podpisał decyzję Rady Ministrów, na mocy której z listy obszarów niebezpiecznych radiologicznie wykreślono rejony: brahiński, buda-koszelowski, wietkowski, mozyrski i czeczerski w obwodzie homelskim.
W sumie chodzi o 374 hektary, które ze skutkiem natychmiastowym mają powrócić do użytkowania gospodarczego przez państwowe kołchozy i leśnictwa – oficjalnie pod "kontrolą radiologiczną produktów".
DLA CIEBIE
GAC EMZOOM - poznaj jego możliwości
DLA CIEBIE
To jednak dopiero początek administracyjnego "oczyszczania" kraju. Zgodnie z dokumentem zatwierdzonym przez Alaksandra Łukaszenkę, od 1 stycznia 2027 r. status terenów czystych zyskają także miasta Iwie, Łuniniec i Homel oraz około 180 okolicznych wsi.
Ziemia "czysta" tylko na papierze
Za urzędniczym optymizmem kryją się bolesne cięcia socjalne. Jak zauważa telewizja Biełsat, wykreślenie miejscowości z listy stref skażonych pozbawi mieszkańców przysługujących im dotąd świadczeń – w tym darmowych pobytów sanatoryjnych i wyżywienia dla dzieci czy preferencyjnych warunków urlopów macierzyńskich.
Co gorsza, powrót do uprawy ziemi budzi ogromny sprzeciw niezależnych ekspertów, którzy ze względu na represje mogą dziś ostrzegać jedynie z emigracji.
– Z radiochemicznego punktu widzenia uznanie gleby za czystą tylko z powodu upływu 40 lat od katastrofy jest fałszywie naukową manipulacją – podkreśla chemik-radiolog dr Siarhiej Biesarab. Naukowiec przypomina, że okres połowicznego rozpadu groźnego cezu-137 wynosi 30 lat, a strontu-90 około 29 lat. W praktyce oznacza to, że w glebie wciąż zalega blisko 40 proc. tych izotopów.
Prawdziwą bombą z opóźnionym zapłonem jest jednak ameryk-241 – silnie toksyczny emiter promieniowania alfa, powstający z rozpadu plutonu. Jego stężenie w obwodzie homelskim wciąż rośnie, a szczyt koncentracji przypadnie dopiero na 2060 r.
Ryzyko onkologiczne i skażona żywność
Przed katastrofalnymi skutkami zdrowotnymi ostrzega również lekarz Stanisłau Saławiej, wiceszef resortu spraw społecznych w Zjednoczonym Gabinecie Przejściowym Białorusi na uchodźstwie. Jego zdaniem przywrócenie na tych obszarach produkcji rolnej grozi trafieniem skażonej żywności na stoły. Nie ma też czegoś takiego jak "bezpieczna dawka promieniowania".
– Mówiąc bardzo prosto: gdyby nie doszło do katastrofy czarnobylskiej, człowiek walczący dziś z rakiem żołądka spotkałby się z nim dopiero za lat pięć albo nigdy – tłumaczy medyk, wskazując na bezpośredni związek promieniowania z falą chorób nowotworowych i krążeniowych.
Analitycy zwracają uwagę także na absurd ekonomiczny: homelskie kołchozy już teraz borykają się z drastycznym brakiem rąk do pracy. Istnieje poważna obawa, że do prac polowych i wycinki lasów na skażonych terenach reżim skieruje więźniów politycznych oraz żołnierzy zasadniczej służby wojskowej.
Katastrofa w Czarnobylu
Katastrofa w Czarnobylu najciężej dotknęła właśnie Białoruś. Poziom cezu-137 przekraczający normy objął aż 23 proc. terytorium państwa (4,66 mln hektarów), a podwyższone promieniowanie odnotowano na dwóch trzecich powierzchni kraju. Z użytku rolniczego wyłączono wówczas 265 tys. hektarów, a skażeniu uległa jedna czwarta białoruskich lasów.
Władze w Mińsku forsują dziś narrację o sukcesie "działań dezaktywacyjnych", twierdząc, że skażony obszar zmniejszył się o połowę. Jednak zdaniem naukowców dekret rządu nie zneutralizuje promieniowania, a cenę za polityczny propagandowy gest po raz kolejny zapłacą zwykli obywatele.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.