"Narwa to nie Donieck". Były wiceminister Estonii odpowiada Amerykanom
– Żadne "zielone ludziki" nie zdołałyby przeniknąć do kraju bez napotkania oporu na granicy już w początkowej fazie operacji – zapewnia w "Fakcie" były wiceminister obrony Estonii Meelis Oidsalu. To komentarz do scenariusza zaprezentowanego przez amerykański think-tank ISW, według którego uśpieni agenci Kremla mogliby zająć przygraniczną Narwę i sparaliżować reakcję NATO. Estońskie służby odpowiadają jednak jednoznacznie: granica z Rosją jest szczelna, a mechanizm obrony zbiorowej zadziałałby od pierwszych godzin konfliktu.
Były wiceminister obrony Estonii komentuje raport ISW
Źródło zdjęć: © Getty Images, kaitseministeerium.ee | Jeff J Mitchell
Analitycy z ISW opisali w swoim raporcie symulację ograniczonego uderzenia Rosji na terytorium Estonii. Według przedstawionego scenariusza reżim Władimira Putina miałby wykorzystać uśpionych agentów w przygranicznej Narwie, wyposażyć ich w broń i doprowadzić do zajęcia kluczowych obiektów w mieście. Kolejnym krokiem byłoby ogłoszenie tzw. narwskiej republiki ludowej – mechanizm ten miał bezpośrednio nawiązywać do wydarzeń z 2014 r. na Krymie i w Donbasie.
Według ISW ewentualny brak natychmiastowej i zdecydowanej odpowiedzi NATO powstrzymałby kontratak, a zyskaną zwłokę Kreml wykorzystałby na zmasowane ataki dronami Gierań-5 z silnikami turboodrzutowymi oraz wysunięcie żądań całkowitego wycofania wojsk estońskich ze spornego obszaru.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Ekspert rozwiewa obawy. "Narwa w 2026 r. to nie Donieck w 2014 r."
Do ustaleń amerykańskiego think-tanku z dystansem odniósł się w rozmowie z "Faktem" były wiceminister obrony Estonii i publicysta Meelis Oidsalu. Choć przyznał, że ISW słusznie punktuje luki w systemach obrony przeciw dronom w państwach NATO, to sam scenariusz polityczno-militarny uznał za wysoce nierealistyczny.
— Sytuacja w Narwie w 2026 r. różni się zasadniczo od tej w Doniecku w 2014 r. Estonia jest państwem członkowskim UE i NATO. Kontrola granicy między UE a Rosją jest znacznie bardziej szczelna niż miało to miejsce we wschodniej Ukrainie. Brakuje też lokalnego impulsu politycznego, który pozwoliłby uzyskać poparcie dla scenariusza "republiki ludowej" — tłumaczy Oidsalu w rozmowie z "Faktem".
Ekspert podkreśla również wysoką skuteczność estońskiego kontrwywiadu, który nie dopuściłby do niezauważonego przeniknięcia dywersantów. – Żadne "zielone ludziki" nie zdołałyby przeniknąć do kraju bez napotkania oporu na granicy już w początkowej fazie operacji – zaznacza.
Artykuł 5 zadziałałby od pierwszych godzin? Kluczowa rola sił sojuszniczych i Polski
Meelis Oidsalu odrzucił twierdzenie, że NATO zwlekałoby z uruchomieniem mechanizmów obrony zbiorowej. Przypomniał, że na terytorium Estonii stacjonują już wojska sojusznicze, w tym brytyjska ciężka grupa batalionowa, którą w krótkim czasie można wzmocnić siłami 4. Brygady Piechoty z Wielkiej Brytanii.
W przypadku wystąpienia zagrożenia kluczowe znaczenie miałaby również postawa Warszawy.
– Wasz kraj również bez wahania przystąpiłby do działań i wysłał posiłki. Wojsko Polskie realizowało już misje i uczestniczyło w ćwiczeniach w tym regionie, aby poznać lokalny teren i warunki – ocenia były wiceminister.
Co rzeczywiście planuje Rosja przy granicy?
Związanym z analizą ISW impulsem były niedawne ruchy rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), która wprowadziła godzinę policyjną w rejonie przygranicznym. Zdaniem Oidsalu działania te nie są jednak przygotowaniem do agresji na państwo Sojuszu, lecz mają zupełnie inny cel.
Wskazuje on, że po całkowitym zamknięciu granicy przez Finlandię przejście w Narwie pozostało jednym z niewielu otwartych punktów na północno-zachodnim odcinku granicy z Rosją. Wprowadzenie obostrzeń przez FSB ma w ocenie eksperta służyć przede wszystkim zabezpieczeniu i kontroli ewentualnej masowej mobilizacji na terytorium Federacji Rosyjskiej, a nie przygotowaniom do ataku na NATO.
Cały dzień w biegu? Skrót wydarzeń codziennie wieczorem w Twojej skrzynce
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.