Czy Donald Trump wytańczył republikanom zwycięstwo?

Donald Trump zupełnie na boku pozostawił sprawy krajowe i międzynarodowe i od tygodni w zasadzie zajmuje się jedynie kampanią. Jeździ po kraju, występuje na wiecach, chwali swoich kandydatów, atakuje demokratów i namawia Amerykanów, żeby poszli do urn. W ostatnich tygodniach był w ciągłym ruchu. Scena, przemówienie, muzyka, samolot, kolejny stan - i znowu scena.
W Teksasie Trump tańczył aż cztery razy w tej kampanii. Gdyby ktoś na chwilę zapomniał, że to wybory połówkowe, mógłby pomyśleć, że ogląda końcówkę kampanii prezydenckiej. Jest tylko jeden szczegół: Trump tym razem nie kandyduje, ale to nie znaczy, że nie ma o co walczyć. Stawką jest kontrola nad Kongresem, a więc także to, jak będą wyglądały dwa kolejne lata jego prezydentury. Donald Trump może mieć pomysły, może wydawać rozporządzenia, może organizować konferencje prasowe i ogłaszać kolejne wielkie plany, ale jeśli demokraci przejmą jedną z izb Kongresu, realizacja części tych planów stanie się znacznie trudniejsza i właśnie dlatego prezydent postanowił zrobić to, co lubi najbardziej: ruszyć w trasę, wejść na scenę i spróbować porwać za sobą wyborców. Skoro o scenie mowa - zacznijmy od Dallas. We wrześniu republikanie zorganizowali w Teksasie coś, czego wcześniej w takiej formule nie robili: ogólnokrajową konwencję partyjną przed wyborami połówkowymi.
Zazwyczaj takie wielkie konwencje kojarzymy z wyborami prezydenckimi. Balony, flagi, przemówienia, tłumy delegatów i wielki finał, podczas którego partia pokazuje swojego kandydata na prezydenta. Tyle że w tym roku kandydata na prezydenta nie trzeba było wybierać. Prezydent już jest. Nazywa się Donald Trump. Wydarzenie miało jeden podstawowy cel: zmobilizować wyborców przed listopadowym głosowaniem. Czy zmobilizowało? W Teksasie może wygrać… demokrata.
Według najnowszych badań republikanie stracą Izbę Reprezentantów a być może nawet Senat. Trzeba pamiętać, że wybory połówkowe często są dla partii urzędującego prezydenta trudnym momentem. Po dwóch latach część wyborców jest rozczarowana, część zmęczona, a część chce po prostu dać rządzącym sygnał ostrzegawczy. To w amerykańskiej polityce nie jest nic niezwykłego. W 2018 roku, podczas pierwszej prezydentury Trumpa, demokraci odebrali republikanom kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Teraz Trump próbuje nie dopuścić do powtórki i dlatego wszedł w kampanię całym sobą.
W ostatnich tygodniach odwiedzał kolejne miejsca, wspierał kandydatów i przekonywał swoich sympatyków, że muszą potraktować te wybory tak poważnie, jakby to on sam był na karcie wyborczej. To zresztą bardzo dobrze pokazuje jego strategię. Trump wie, że potrafi zmobilizować miliony ludzi. Wie, że ma wyborców, którzy przychodzą przede wszystkim dla niego. Problem polega na tym, że dziś nie będą stawiali krzyżyka przy jego nazwisku. Będą wybierali kongresmenów, część senatorów, gubernatorów i wielu innych przedstawicieli władz, a prezydent chce, żeby ci wyborcy uznali: głos na republikańskiego kandydata to również głos za jego polityką.
Trump mówił swoim zwolennikom, żeby wyobrazili sobie, że to on jest na karcie do głosowania - i w tym jednym zdaniu mieści się właściwie cały jego plan. Tyle że z tym planem wiąże się również ryzyko, bo Trump potrafi mobilizować nie tylko swoich zwolenników. Potrafi też mobilizować swoich przeciwników, a kiedy prezydent staje się głównym bohaterem kampanii, demokraci mogą mówić swoim wyborcom dokładnie to samo: potraktujcie ten głos jako ocenę Donalda Trumpa.
W ten sposób wybory, w których na kartach nie ma nazwiska prezydenta, stają się także wielkim sprawdzianem jego popularności. Dla jednych Trump jest powodem, żeby zagłosować na republikanów. Dla innych 0 powodem, żeby zagłosować przeciwko nim. Pośrodku są jeszcze wyborcy, którzy niekoniecznie myślą o wielkich politycznych widowiskach. Patrzą na swoje rachunki. Na ceny w sklepach. Na koszt życia. Zadają sobie pytanie, czy ich rodzinie żyje się dziś lepiej.
Dla kandydata w wyrównanym okręgu przyjazd prezydenta może być więc szansą na wypełnienie sali, zainteresowanie mediów i pobudzenie własnego elektoratu, ale może też sprawić, że rozmowa o lokalnych problemach zostanie przykryta przez emocje związane z samym Trumpem.
W jednym miejscu wspólne zdjęcie z prezydentem może pomóc. W innym kandydat może woleć mówić przede wszystkim o sobie i sprawach swojego okręgu. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Nawet największa gwiazda nie działa wszędzie tak samo. W ostatni weekend przed wyborami Trump ruszył między innymi do Iowa i Kansas. To stany, w których wcześniej wygrywał zdecydowanie, a mimo to republikanie wciąż walczą tam o mobilizację wyborców. To też jest ciekawy obrazek tej kampanii. Prezydent nie może zakładać, że entuzjazm z jego własnych wyborów automatycznie przełoży się na głosy dla innych kandydatów. Tych ludzi trzeba przekonać, żeby znowu wyszli z domu, albo żeby wcześniej oddali głos. Jednak przekonanie wyborcy, który już raz pomógł Trumpowi wygrać, nie zawsze jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Może lubić prezydenta, ale nie znać kandydata do Kongresu. Może uważać, że skoro Trump jest już w Białym Domu, to najważniejsza bitwa została wygrana. Albo po prostu nie odczuwać tych samych emocji, co podczas wyborów prezydenckich.
Dlatego Trump wraca na scenę. Dlatego wzywa swoich zwolenników do głosowania. Dlatego właśnie mamy tę niekończącą się serię wieców. Oczywiście kampania to dla niego również coś więcej niż polityczny obowiązek. Trump lubi bezpośredni kontakt z publicznością. Lubi słyszeć reakcję sali, odpowiadać na okrzyki, improwizować i nadawać wydarzeniom własny rytm. Na wiecu jest w swoim żywiole. Może mówić długo, może żartować, może atakować przeciwników, a na koniec - przy muzyce - wykonać kilka ruchów, które jego zwolennicy znają już doskonale. I proszę bardzo - polityka, kampania i parkiet w jednym. Tyle że we wtorek muzyka na chwilę ucichnie. A zamiast patrzeć na scenę, Amerykanie spojrzą na karty do głosowania.
Nie dowiemy się wtedy, czy Donald Trump zostanie prezydentem. On już nim jest i wynik wyborów połówkowych tego nie zmieni. Dowiemy się natomiast, czy jego partia utrzyma kontrolę nad Kongresem, czy też demokraci zdobędą narzędzia, które pozwolą im znacznie mocniej patrzeć administracji na ręce.
Dla samego Trumpa będzie to odpowiedź na jeszcze jedno pytanie: czy potrafi przenieść energię ze swoich wieców na wynik kandydatów, których nazwiska pojawią się na kartach. Bo na scenie wszystko może wyglądać jak świetna zabawa. Tłum skanduje, muzyka gra, prezydent tańczy, ale ostateczny werdykt wydadzą nie uczestnicy wieców, tylko wyborcy. Dopiero wtedy przekonamy się, czy ten polityczny taniec zakończył się dla republikanów zwycięstwem.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.