Odstrzał dzików w stolicy. "Nie wiadomo kto i na jakiej podstawie zdecyduje o zabiciu"
Wzrasta populacja dzików w miastach
Źródło wideo: "Fakty" TVN
Źródło zdj. gł.: Justyna/ Kontakt24
W największych miastach populacja dzików to tysiące sztuk. W stolicy mówi się już niemal o inwazji. Co pół godziny ktoś zgłasza, że je widział.
- Lochy mają po prostu więcej miotów w roku. No i też w samych miotach jest tych dzików małych więcej. Zamiast poszukiwać tego pokarmu w środowisku naturalnym, one przychodzą praktycznie na gotowe - tłumaczył w rozmowie z reporterem "Faktów" TVN Paweł Kosin, leśnik.
W Wilanowie, koczujące tu stado, dorobiło się statusu celebrytów. Natomiast sejmik mazowiecki właśnie zgodził się na ich odstrzał w całym mieście. Decyzja ta wywołała sprzeciw środowisk prozwierzęcych, w tym części ekspertów wchodzących w skład powołanego w czerwcu zespołu ds. dzikich zwierząt m. st. Warszawy.
- Powinno być zmienione prawo łowieckie, które zezwalałoby na odstrzał dzików z łuku myśliwskiego. Mamy do czynienia z taką sytuacją choćby w Madrycie czy w Budapeszcie, gdzie dziesiątki łuczników dbają o bezpieczeństwo - stwierdził Jakub Kowalski, radny sejmiku.
"Każda sytuacja oceniania indywidualnie"
Bitwa warszawska o dziki jeszcze nie zakończona. Eksperci z Pracowni na Rzecz Wszystkich Zwierząt złożyli wniosek do wojewody, aby ta decyzja została odwołana.
Jak poinformowała rzeczniczka prasowa stołecznego ratusza Monika Beuth, uchwała nie wprowadza automatycznego odstrzału ani z góry określonego limitu zwierząt. - Każda sytuacja będzie oceniana indywidualnie, a działania będą musiały zostać uzasadnione i udokumentowane. Jest to możliwość, z której korzysta się jedynie w ostateczności, w sytuacji zagrożenia, gdy wyczerpane lub niedostępne są inne metody, np. płoszenie - zapewniła.
Jednak w ocenie przeciwników uchwały, w tym naukowców, przyrodników, prawników i aktywistów działających w obronie zwierząt, fakt, że nie określono górnego limitu liczby dzików, które mogą zostać zabite, rodzi poważne zagrożenie, że będą one zabijane bez żadnych ograniczeń.
Dr hab. Jakub Gryz, prof. Instytutu Badawczego Leśnictwa, członek powołanego przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego w czerwcu br. zespołu ds. dzikich zwierząt m.st. Warszawy, przypomniał, że dotychczas dyrektor Lasów Miejskich wnioskował do prezydenta Warszawy o wydanie decyzji na zabicie określonej liczby dzików.
Co wynika ze spotkania z dzikiem?
Z danych Urzędu m.st. Warszawy wynika, że do końca sierpnia 2026 r. zabito 413 dzików (406 - odłów z uśmierceniem, 7 - odstrzał), czyli "na ten czas nie wykonano jeszcze limitu wskazanego w decyzjach wydanych przez prezydenta m.st. Warszawy".
Dr Gryz ocenił, że liczba dzików zabitych w ciągu ośmiu miesięcy jest duża, biorąc pod uwagę fakt, że Warszawa ma nieco ponad 500 km kw. - Trzeba do tej liczby dodać osobniki zabite przez samochody, odstrzelone w obwodach łowieckich i uśmiercone przez szereg innych czynników. Obawiam się, że sumaryczna śmiertelność dzików na terenie stolicy w 2026 r. może przekroczyć 1000 osobników - ocenił ekspert.
Dodał, że jako członek zespołu nie wiedział o projekcie tej uchwały, ani o procedowaniu jej przez sejmik.
- Wniosek do Sejmiku Województwa Mazowieckiego złożyliśmy w styczniu 2026 r., na długo przed powołaniem zespołu ds. dzikich zwierząt, w związku ze stale rosnącą liczbą incydentów z udziałem dzików i po zgłoszeniach od mieszkańców o atakach tych zwierząt na ludzi - wyjaśniła Beuth.
Jak dodała, z danych, którymi dysponuje urząd, "jasno wynika, że w ostatnich latach znacząco zwiększa się liczba zgłoszeń mieszkańców nieakceptujących obecności dzików". Wskazała, że od początku 2026 r. do końca sierpnia odnotowano 18 082 zgłoszenia dotyczące obecności tych zwierząt, 302 kolizje drogowe z ich udziałem oraz 186 zgłoszeń ataków na ludzi.
- Do tych danych trzeba podchodzić z bardzo dużą rezerwą. Generalnie prawdą jest to, że liczba spotkań z dzikami rośnie, ale nic się z tym specjalnego nie wiąże. A poza tym, nikt tych zgłoszeń nie weryfikuje. Nie ma też określonych kryteriów, w jakich okolicznościach informować o obecności dzika. Są grupy ludzi, których obecność dzików denerwuje i takie zgłoszenia można generować w nieskończoność - tłumaczył dr Gryz. Zwrócił uwagę, że istnieje też większa świadomość możliwości dokonywania takich zgłoszeń.
"Przepisy są niejasne"
W ocenie dr. Gryza kolejna istotną kwestią jest chaotyczna urbanizacja. - Skoro budujemy osiedla w środku lasu, pośród pól i trzcinowisk, to trudno się dziwić, że mieszkańcy częściej spotykają dziki. Większa liczba zgłoszeń jest więc wypadkową wielu czynników - powiedział.
Wskazał, że jeszcze mniej wiarygodne są dane dotyczące liczby ataków dzika na człowieka. - Nie ma jasno określonych kryteriów, aby ocenić takie zdarzenia. Co to znaczy, że zaatakował kogoś dzik? Każdy może powiedzieć, że poczuł się zaniepokojony, bo dzik szedł w jego stronę. I zgłosi to przez telefon jako atak - wymieniał. W jego ocenie kryteria ataku czy zagrożenia dla człowieka muszą być jasno zdefiniowane.
Dr Gryz zastrzegł, że dzik może być niebezpieczny i czasami dochodzi do bardzo groźnych zdarzeń z jego udziałem, jak np. zdarzenie z dzieckiem w Legnicy czy szarżowanie dzika na człowieka w Krakowie. - Takie sytuacje są jednak niebywale rzadkie. Dzik to nie jest krokodyl ani tygrys mogący polować na człowieka. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z agresją ze strony dzika na ulicy czy w lesie, a miałem z nimi naprawdę wiele niesamowitych spotkań - podkreślił.
W jego ocenie przepisy zawarte w uchwale "nie są jasne i mogą być nadinterpretowane". - Gdyby było jasno napisane, że zabijamy dzika, który atakuje człowieka intencjonalnie, sprawa byłaby jednoznaczna, ale jeśli nie jest to dokładnie określone, to można interpretować zapisy uchwały na różne sposoby - podkreślił.
Przypomniał, że zgodnie z szacunkami w Polsce rocznie ponad 30 tys. osób zostaje pogryzionych przez psy. - To oznacza, że dziennie 80-100 osób zostaje pogryzionych na tyle dotkliwie, że system do odnotowuje. Ale nikt o tym w mediach nie pisze codziennie; chyba że człowiek zostanie zagryziony przez psa - wskazał dr Gryz. Nikt jednak nie twierdzi, że psy stanowią nadzwyczajne zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi, natomiast w przypadku dzików każde zdarzenie budzi wielkie zainteresowanie mediów. - Czasem są to wręcz fake newsy - zaznaczył.
Za przykład podał zdarzenie z Krakowa. - Pisano, że dzik zaatakował dziecko, a potem okazało się, że to dziki zostały zaatakowane przez psa bez smyczy. Wystraszyły się i biegły na oślep, jeden z nich potrącił wózek z dzieckiem. Dziecko trafiło na kontrolę do szpitala, ale nic poważnego mu się nie stało - opowiadał. Jego zdaniem każdy taki przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie.
"Odstrzał jest metodą ostateczną"
Kto będzie decydował o tym, że dzik zachowuje się niebezpiecznie i na podstawie jakich kryteriów będzie to oceniane? Monika Beuth wyjaśniła, że szczegółowy sposób wykonania uchwały zostanie opracowany w najbliższym czasie. - Zawsze jednak stanowczo podkreślamy, że każda sytuacja oceniana jest indywidualnie i podejmowane są adekwatne działania. Rzeczniczka dodała, że zawsze w pierwszej kolejności analizowana jest możliwość zastosowania innych metod - czyli płoszenia.
- Odstrzał był, jest i będzie metodą ostateczną, która nie jest stosowana pochopnie, także z uwagi na szereg zagrożeń w mieście - zaznaczyła.
Dr Gryz wskazał, że bardzo istotnym narzędziem, które ograniczyłoby liczbę dzików w mieście, jest odpowiednie zabezpieczanie koszy i miejsc składowania odpadów.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.