Le DevoirSan Diego et Montréal, deux orchestres pour un même Rafael PayareBollywood HungamaEXCLUSIVE: Amit Sadh calls his Pratap character “Mike Tyson of police force”; admits BO success matters to him more than ever: “I am told even Instagram followers’ matter. Toh yeh toh box office hai yaar!”PunchNine dead in small plane crash near Trump’s Florida homeInquirerMMDA: Light traffic on major NCR roads on All Souls’ Day morningCNN TürkKimi Antonelli, Formula 1 tarihinin en genç şampiyonu olduSky TG24Le prime pagine dei quotidiani di oggi 2 novembre: la rassegna stampa한겨레공격농구에 흥미진진, 줄부상에 한숨…‘외국인 선수 두 명 동시 출전’이 뒤흔든 1라운드Screen RantThe Battlestar Galactica Franchise Officially Returns In 2027The Hollywood ReporterTallinn Black Nights Fest Turns 30 With New Artistic Director, a Latin American Streak and a Baltic BoomVanguardSolar Installation in Lagos: See Costs and BenefitsGIGAZINE「ポイ活」「プレイするだけで現金ゲット」をうたうアプリの人気が爆増、しかし実際にゲットするまでにとんでもない労力を費やさないといけないDigital Spy5 Coronation Street spoilers for tonight as Ross targets Marco with ominous threat
The Daily Newsstand · Free, Always
Monday, November 2, 2026

Niebieskie tsunami uderzy w USA? Ważny dzień dla Donalda Trumpa

Translate

Kiedy w USA mówi się o niebieskiej fali albo niebieskim tsunami, chodzi o zdecydowane zwycięstwo demokratów - niebieski jest bowiem kolorem kojarzonym z ich partią. Z kolei czerwony to kolor republikanów, więc czerwone tsunami oznaczałoby ich bardzo mocny wynik i zwycięstwa w wielu wyborczych pojedynkach.

Słowo „tsunami” jest tu oczywiście polityczną metaforą: ma podkreślać, że jedna partia wygrywa na dużą skalę, także tam, gdzie wcześniej mogła się tego nie spodziewać. Czy zobaczymy taką falę? O tym zdecydują wyborcy. 3 listopada Amerykanie zdecydują, kto będzie kontrolował Kongres. I choć nazwiska Donalda Trumpa nie znajdą na kartach wyborczych, to właśnie on jest jedną z najważniejszych postaci tej kampanii. Demokraci przekonują, że nadszedł czas, by powiedzieć prezydentowi „dość”. Republikanie ostrzegają swoich wyborców, że zwycięstwo przeciwników oznacza polityczny paraliż i niekończące się śledztwa wymierzone w Biały Dom.

Kto ma rację? I przede wszystkim: co naprawdę zmieni się w Ameryce, kiedy wyborcy już przemówią?

Zacznijmy od tego, o co toczy się gra. 3 listopada Amerykanie wybiorą całą Izbę Reprezentantów, czyli wszystkich 435 kongresmenów. Do obsadzenia jest także część miejsc w stuosobowym Senacie. W wielu stanach wyborcy wskażą również gubernatorów i zdecydują o obsadzie innych stanowisk. Dziś republikanie kontrolują obie izby Kongresu. To znaczy, że prezydent ma w Waszyngtonie politycznych sojuszników, którzy mogą pomagać mu w realizowaniu jego programu. Nie znaczy to, że zawsze się z nim zgadzają, ale wspólna kontrola nad Białym Domem, Izbą i Senatem daje partii rządzącej ogromną przewagę.

Jeśli demokraci zdobędą choćby jedną izbę, ten układ się zmieni. A jeśli przejmą obie, Donald Trump przez ostatnie dwa lata swojej kadencji będzie musiał mierzyć się z Kongresem kontrolowanym przez przeciwników. Co mówią sondaże na chwilę przed wyborami? Korzystniejsze perspektywy mają demokraci, szczególnie w walce o Izbę Reprezentantów. To nie znaczy, że ich zwycięstwo jest pewne. Wybory do Izby rozstrzygają się w poszczególnych okręgach, a nie w jednym ogólnokrajowym głosowaniu. Można więc zdobyć więcej głosów w skali całego kraju, a mimo to nie przełożyć tej przewagi na odpowiednią liczbę mandatów.

Walka o Senat pozostaje bardziej niepewna. Tam znaczenie mają konkretne stany, konkretni kandydaci i często bardzo niewielkie różnice poparcia. O tym, kto obejmie kontrolę nad izbą, może zdecydować kilka wyjątkowo zaciętych pojedynków. 

Dlatego do wszystkich opowieści o politycznym tsunami warto podchodzić ostrożnie. Sondaże pokazują nastroje w określonym momencie. Nie są wynikami wyborów. A między odpowiedzią udzieloną ankieterowi a oddaniem głosu jest jeszcze jedno: mobilizacja.

Którzy wyborcy rzeczywiście pójdą do urn? Kto zagłosował wcześniej, w ramach procedury wczesnego głosowania? Kto jest tak rozczarowany sytuacją, że chce wysłać politykom sygnał ostrzegawczy? I kto obawia się zwycięstwa drugiej strony bardziej, niż jest rozczarowany własną? To może przesądzić o wyniku. Warto przy tym pamiętać, że wybory połówkowe zazwyczaj bywają trudne dla partii urzędującego prezydenta. Amerykanie mają wówczas okazję wystawić rachunek władzy: za gospodarkę, ceny, polityczne spory i wszystkie obietnice, których nie udało się spełnić. Większą niespodzianką byłoby tu raczej to, że prezydent utrzyma większość niż to, że ją straci. 

Nie trzeba więc wielkiego politycznego trzęsienia ziemi, żeby partia prezydenta straciła mandaty. Pytanie brzmi: jak duże będą te straty i czy wystarczą do zmiany większości w Kongresie. Dla wielu Amerykanów najważniejsze pytania nie dotyczą jednak układu sił na Kapitolu. Są dużo bardziej przyziemne. Ile płacę za zakupy? Czy stać mnie na mieszkanie? Czy moje rachunki rosną szybciej niż pensja? Czy moje dzieci będą żyły lepiej ode mnie?

Można wysłuchać dziesiątek przemówień o wielkości Ameryki, ale jeśli wyborca przy kasie w sklepie ma wrażenie, że jego pieniądze znaczą coraz mniej, to właśnie z tym uczuciem może pójść do urny.

Republikanie liczą, że wyborców przekonają ich argumenty dotyczące gospodarki, granicy, imigracji i bezpieczeństwa. Przypominają też o swoich obietnicach ograniczania wpływu państwa i stawiania interesów Ameryki na pierwszym miejscu.

Demokraci chcą skupić uwagę na kosztach życia oraz na decyzjach administracji, które ich zdaniem uderzają w rodziny, instytucje państwa i pozycję Ameryki na świecie. Przedstawiają te wybory jako okazję do wprowadzenia silniejszej kontroli nad prezydentem. Ale jest tu coś jeszcze. Te wybory pokażą, czy koalicja wyborców, która pomogła Donaldowi Trumpowi wrócić do Białego Domu, pozostaje równie zmobilizowana, czy zaczyna się kruszyć. I czy demokraci potrafią przekonać do siebie nie tylko tych, którzy są przeciwko Trumpowi, ale również tych, którzy oczekują od nich własnego pomysłu na Amerykę.

Teraz najważniejsze pytanie, które często pada także w Polsce: czy Donald Trump może stracić władzę w wyniku tych wyborów? Odpowiedź brzmi: nie w ten sposób. To nie są wybory prezydenckie. Amerykanie nie głosują teraz nad tym, kto zamieszka w Białym Domu. Nawet gdyby republikanie ponieśli bardzo dotkliwą porażkę, Donald Trump pozostanie prezydentem. Co więcej, samo przejęcie Kongresu przez demokratów nie oznacza, że będą mogli po prostu odwołać prezydenta. Procedura impeachmentu jest wieloetapowa. Izba Reprezentantów może postawić prezydenta w stan oskarżenia zwykłą większością głosów, ale do usunięcia go z urzędu potrzebne byłoby jeszcze skazanie w Senacie większością dwóch trzecich obecnych senatorów.

A to w obecnych realiach politycznych wymagałoby poparcia również wielu republikanów. Nie ma więc podstaw, by przedstawiać te wybory jako głosowanie nad usunięciem Trumpa z Białego Domu. Ich konsekwencje mogą być jednak bardzo poważne. Jeżeli demokraci przejmą Izbę Reprezentantów, będą mogli blokować projekty ustaw, których nie akceptują. Zyskają też kontrolę nad komisjami, a wraz z nią możliwość prowadzenia intensywniejszego nadzoru nad administracją: organizowania przesłuchań, żądania dokumentów i przyglądania się decyzjom ludzi prezydenta.

Możemy więc zobaczyć więcej politycznych starć, więcej dochodzeń i trudniejsze negocjacje dotyczące wydatków państwa. Jeśli demokraci zdobędą także Senat, będą mieli wpływ na zatwierdzanie prezydenckich nominacji, w tym kandydatów na sędziów. To mogłoby utrudnić Donaldowi Trumpowi obsadzanie ważnych stanowisk swoimi ludźmi.  Ale i tu nie ma prostego przełącznika. Kongres tworzy prawo, kontroluje wydatki i nadzoruje administrację, lecz prezydent nadal dysponuje własnymi uprawnieniami. demokraci, nawet mając większość, nie będą mogli dowolnie narzucać mu ustaw. Prezydent może je zawetować, a odrzucenie weta wymaga większości dwóch trzecich głosów w obu izbach.

Dlatego podzielona władza może oznaczać nie tylko więcej kontroli, ale też więcej impasu. Porozumienie będzie możliwe, jednak w sprawach budzących największe emocje może być o nie wyjątkowo trudno. W Waszyngtonie znowu częściej może pojawić się określenie lame duck — kulawa kaczka. Tak mówi się o polityku, którego wpływy słabną, między innymi dlatego, że zbliża się koniec jego urzędowania. Donald Trump nie może ubiegać się o kolejną kadencję prezydencką. Jeśli jego partia straci kontrolę nad Kongresem, część Republikanów zacznie coraz uważniej patrzeć na własną polityczną przyszłość i wybory w 2028 roku. Nie oznacza to jednak, że prezydent stanie się bezsilny. Trump nadal będzie miał urząd, wiernych zwolenników i ogromną zdolność narzucania tematów debaty. Może też uznać, że przegrana jego partii jest powodem do jeszcze ostrzejszej konfrontacji z demokratami. A co, jeśli to republikanie obronią obie izby?

Dla Donalda Trumpa byłby to ważny polityczny sukces — zwłaszcza w wyborach, które tradycyjnie są trudne dla partii prezydenta. Biały Dom mógłby ogłosić, że Amerykanie dali mu mandat do kontynuowania obranej drogi. Republikanie zachowaliby też kluczowe narzędzia kontroli nad pracami Kongresu.

Taki wynik nie oznaczałby jednak, że prezydent dostanie wszystko, czego chce. Nawet przy większości w obu izbach republikańscy politycy nie zawsze głosują jednomyślnie, a w Senacie przy wielu ustawach potrzebne jest szersze porozumienie.

Jest jeszcze jeden wymiar tych wyborów: zagranica. W stolicach Europy wynik będzie obserwowany bardzo uważnie. Również w Polsce pojawi się pytanie, czy ewentualne zwycięstwo demokratów zmieni amerykańską politykę wobec sojuszników, Ukrainy czy Rosji.

Może zmienić ton debaty w Waszyngtonie. Może dać przeciwnikom prezydenta więcej narzędzi nacisku i kontroli. W niektórych sprawach Kongres ma przecież ogromne znaczenie, zwłaszcza gdy potrzebne są pieniądze albo nowe przepisy.

Ale nie zakładałbym, że sam wynik wyborów połówkowych automatycznie odwróci politykę zagraniczną Białego Domu. Prezydent zachowa istotne uprawnienia w tej dziedzinie i nadal będzie reprezentował Stany Zjednoczone na arenie międzynarodowej. 

Noc wyborcza może więc przynieść mocne nagłówki, ale na pełny obraz sytuacji być może trzeba będzie poczekać. Jeśli wyniki w kluczowych stanach i okręgach będą bardzo wyrównane, liczenie głosów może potrwać. Sam fakt, że zwycięzcy nie poznamy od razu, nie będzie jeszcze dowodem, że wydarzyło się coś nieprawidłowego. A kiedy już poznamy odpowiedź, warto spojrzeć nie tylko na kolor mapy, ale też na skalę zwycięstwa. Bo między niewielką większością a potężną falą jest ogromna różnica. 

Przy minimalnej przewadze każdy głos w Kongresie może być na wagę złota. Kilku polityków własnej partii może zatrzymać projekt ustawy albo wymusić ustępstwa. Duża większość daje przywódcom znacznie większą swobodę. Na chwilę przed głosowaniem wiemy więc jedno: Amerykanie nie wybiorą nowego prezydenta, ale mogą zdecydować, w jakich warunkach Donald Trump będzie rządził przez ostatnie dwa lata swojej kadencji. Czy Demokraci zbudują zaporę dla jego polityki? Czy republikanie ją obronią? A może wyborcy podzielą władzę, powierzając każdą z izb innej partii?

Odpowiedź poznamy wkrótce. I choć mówimy dziś o niebieskim albo czerwonym tsunami, równie dobrze może się okazać, że o przyszłości amerykańskiej polityki zdecyduje nie wielka fala, lecz garść głosów w kilku miejscach na mapie Stanów Zjednoczonych.

View the original on RMF24 →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.