Trybunał jest tylko pretekstem. Prawdziwa gra toczy się o przyszłoroczne wybory [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Celem tej gry nie jest bowiem kontrola nad praktycznie martwą instytucją sądu konstytucyjnego, lecz zacięta rywalizacja o wynik przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Spór o Trybunał stał się przede wszystkim narzędziem politycznej mobilizacji, a przyszłość tej instytucji – zakładnikiem cynicznej kalkulacji politycznej.
Kaczyński i marzenie o rekonkwiście prawicy
"Słuchaj, Mateusz, jedność to jedność. Siadaj tutaj" – te słowa Jarosława Kaczyńskiego, skierowane do Mateusza Morawieckiego, dobrze oddają sposób, w jaki prezes PiS wyobraża sobie przyszłą konsolidację prawicy. Jedność ma oznaczać powrót pod wspólny sztandar, gdzie dominacja Kaczyńskiego nie podlega dyskusji.
Kaczyński zdaje się dostrzegać w konflikcie wokół Trybunału szansę na rekonkwistę utraconego elektoratu. W ostatnich latach PiS przestał być jedynym naturalnym punktem odniesienia dla prawicowego wyborcy. Konfederacja, środowisko Grzegorza Brauna i polityczne ambicje Mateusza Morawieckiego sprawiają, że rywalizacja o ten segment rynku wyborczego stała się niezwykle zacięta.
Obóz prawicy i pułapka odradzającej się polaryzacji
Dla ugrupowań rywalizujących z PiS kryzys wokół Trybunału stanowi poważne zagrożenie. Awantura ta ma poważny potencjał ożywienia polaryzacji, która w ostatnim czasie coraz bardziej niedomagała. Jeżeli główną osią sporu znów stanie się konflikt Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim, przestrzeń polityczna dla pozostałych graczy wyraźnie się skurczy. W takim układzie PiS może ponownie występować w roli głównego organizatora prawicowej osi oporu. Problem polega na tym, że mało kto po prawej stronie jest zainteresowany powrotem do dawnego porządku.
Zarówno Konfederacja, jak i środowisko Mateusza Morawieckiego mają powody, by obawiać się takiego scenariusza. Ich polityczna samodzielność opiera się w dużej mierze na przekonaniu części wyborców, że dotychczasowy podział polskiej polityki przestał odpowiadać na najważniejsze problemy obywateli. Powrót do ostrego konfliktu dwóch największych obozów będzie degradować atrakcyjność tej oferty.
W tym kontekście forsowany od pewnego czasu postulat konstytucyjnego resetu nabiera dodatkowego znaczenia. Należy go interpretować nie tylko jako odpowiedzialną propozycję rozwiązania kryzysu instytucjonalnego, lecz również jako próbę uniknięcia politycznej wasalizacji w warunkach ponownego polaryzacyjnego wzmożenia.
Dla Konfederacji szczególnie niebezpieczna byłaby sytuacja, w której jej wyborcy zostaliby postawieni przed wyborem między obroną przed aktualnym obozem władzy a zachowaniem dystansu wobec PiS. Dla Morawieckiego stawką jest natomiast utrzymanie podmiotowości politycznej i możliwości budowania własnej pozycji. Oba środowiska mogą więc znaleźć się w paradoksalnej sytuacji: zbyt słaby udział w konflikcie grozi utratą części prawicowego elektoratu, ale zbyt silne zaangażowanie oznacza ryzyko podporządkowania się Kaczyńskiemu.
Na prawicy są jednak jeszcze dwaj istotni aktorzy: Grzegorz Braun i prezydent Karol Nawrocki. W przypadku Brauna istotna jest szansa na uzyskanie szerszego uznania w prawicowym mainstreamie. W ten sposób można interpretować zdjęcie z wczorajszego wieczoru, opublikowane w mediach społecznościowych, na którym poważny Grzegorz Braun stoi obok uśmiechniętego Jarosława Kaczyńskiego. Dla Brauna obecność w takim politycznym towarzystwie ma służyć normalizacji jego obecności w szerszym obozie prawicy i zwiększaniu akceptowalności przyszłej współpracy. To ważne zarówno z punktu widzenia utrzymania dotychczasowego poparcia, jak i potencjalnych układanek koalicyjnych w przyszłym Sejmie.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja Karola Nawrockiego. Prezydent dysponuje własnym mandatem politycznym i nie musi zabiegać o miejsce przy stole w taki sposób jak liderzy mniejszych ugrupowań. Konflikt wokół Trybunału może jednak stanowić dla niego okazję do umocnienia pozycji przywódcy zdolnego integrować różne środowiska prawicy.
Jeżeli Nawrocki będzie skutecznie występował w roli symbolicznego obrońcy instytucji państwowych przed zakusami aktualnej koalicji, może wzmacniać swoją pozycję kosztem samego Kaczyńskiego. Prezes PiS pozostawałby wówczas organizatorem partyjnej mobilizacji, ale to prezydent stałby się ponadpartyjnym liderem całego obozu.
Wymuszona konsolidacja obozu władzy
Po drugiej stronie barykady sytuacja nie różni się aż tak bardzo. Głównymi beneficjentami emocjonalnego wzmożenia prawdopodobnie będą Donald Tusk i Koalicja Obywatelska. Podobnie jak Kaczyński, premier ma powody, by zakładać, że powrót silnej polaryzacji tchnie nowe życie w jego projekt polityczny. Szczególnie że w tle toczy się skomplikowana gra o projekt wspólnego startu ugrupowań tworzących aktualną koalicję rządzącą.
Dla KO konflikt wokół Trybunału może być okazją do ponownego ustawienia debaty publicznej wokół kwestii, które od lat stanowią jeden z fundamentów jej politycznej tożsamości: praworządności, rozliczenia poprzednich rządów i przywracania standardów funkcjonowania państwa. To znacznie korzystniejszy komunikacyjnie obszar rywalizacji niż spory o skuteczność polityki gospodarczej, jakość usług publicznych czy realizację pozostałych obietnic wyborczych.
W tych ostatnich sprawach rząd musi mierzyć się z konkretnymi oczekiwaniami obywateli i oceną własnych dokonań. W konflikcie o Trybunał może natomiast ponownie odwołać się do emocji, które odegrały istotną rolę w mobilizacji wyborców w 2023 r.
Tusk nie musi przekonywać wszystkich Polaków, że działania wobec Trybunału są słuszne. Z perspektywy rywalizacji wyborczej istotne może być przede wszystkim przekonanie własnego elektoratu, że stawką przyszłorocznych wyborów ponownie będzie obrona kierunku zmian zapoczątkowanych po 2023 r.
W takim układzie pytanie o skuteczność rządzenia ustępuje miejsca pytaniu o to, czy wyborcy są gotowi dopuścić do powrotu politycznych przeciwników, którym na dodatek towarzyszą radykałowie z szerokiego frontu gaśnicowego. To mechanizm dobrze znany z wcześniejszych kampanii.
To, co może być korzystne dla Koalicji Obywatelskiej, nie musi jednak służyć jej partnerom. Dla koalicjantów powrót ostrej polaryzacji oznacza ryzyko dalszego rozmywania się ich politycznej tożsamości i samodzielnego definiowania tematów kampanii.
Im bardziej wybory będą przedstawiane jako rozstrzygające starcie Tuska z Kaczyńskim, tym trudniej mniejszym, koalicyjnym ugrupowaniom będzie przekonać wyborców, że warto głosować na nie, a nie na KO. Dodatkowo osłabia to pozycję tych ugrupowań w prowadzonej równolegle grze o wspólny start całej koalicji na jednej liście.
Polaryzacja jako wspólny śmiertelnych wrogów
Donald Tusk i Jarosław Kaczyński bez wątpienia pozostają swoimi największymi politycznymi przeciwnikami. Paradoksalnie jednak mechanizm silnej polaryzacji nadaje ich rywalizacji niemal symbiotyczny charakter. Nie ma podstaw, by przypisywać im wspólne działanie czy jakiekolwiek porozumienie. Nie zmienia to faktu, że ich polityczne interesy są w tym przypadku strukturalnie zbieżne.
Obaj dysponują dużymi organizacjami partyjnymi, zapleczem rozpoznawalnych polityków, rozbudowanym zapleczem komunikacyjnym i elektoratami, które od lat definiują swoją polityczną tożsamość również poprzez sprzeciw wobec drugiego obozu.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że obaj zyskują na sytuacji, w której polityka zostaje zredukowana do PO-PiS-owej dychotomii. Najwięcej do stracenia mają oczywiście ci, którzy próbują przekonać Polaków, że istnieje alternatywa wobec tego podziału. W tym właśnie sensie kryzys wokół Trybunału może prowadzić do odtworzenia mechanizmu politycznego duopolu, nawet jeżeli rzeczywisty układ partyjny stał się już znacznie bardziej zróżnicowany.
Kto może wygrać?
Wczorajsze wydarzenia mogą okazać się jednym z pierwszych ważnych politycznych momentów przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Zdefiniują główną oś nadchodzącej rozpędzającej się kampanii.
Jarosław Kaczyński próbuje wykorzystać kryzys do ponownego zjednoczenia prawicy pod przywództwem PiS. Donald Tusk widzi w nim możliwość odbudowania mobilizacji własnego elektoratu. Karol Nawrocki chce wzmacniać swoją pozycję jako samodzielnego lidera prawicy, Grzegorz Braun zabiega o uznanie go w głównym nurcie, a mniejsze ugrupowania będą próbowały uniknąć politycznego podporządkowania największym graczom.
Każdy ma więc coś do ugrania, tylko czy to jest warte ceny, jaką musimy za to zapłacić?
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.