Można mieć rację i przegrać. Piątkowa noc przed Trybunałem może nas drogo kosztować [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Krótkotrwała demonstracja siły, kilka efektownych (i niekorzystnych dla powagi państwa) obrazków w mediach i kolejny rozdział wojny o Trybunał. Zamiast odbudowy zaufania, opinia publiczna ma wrażenie jeszcze większego chaosu.
Oko za oko, błąd za błąd
Jest aspekt tej sprawy, który często umyka w licznych porównaniach z rządami PiS i z tym, że jego politycy ponoszą największą odpowiedzialność za stan Trybunału. To wszystko zgoda, ale trzeba jasno powiedzieć, że obecna koalicja działa w zupełnie innych warunkach. Prezydent pochodzi z przeciwnego obozu politycznego i (często zbyt) aktywnie korzysta ze swoich uprawnień, żeby blokować działania rządu. PiS miał pod tym względem znacznie łatwiej. Nawet jeśli krytycznie oceniamy jego działania wobec sądownictwa, to przynajmniej starał się przeprowadzać je zwykłymi ścieżkami legislacyjnymi i zachowywać pozory działania w granicach prawa. Miał też po prostu więcej narzędzi i mógł być politycznie skuteczniejszy.
Dzisiejszy rząd takich możliwości nie ma. Być może część odpowiedzialności ponoszą również ci, którzy przekonywali go, że można szybko i bez większych przeszkód zrealizować wszystkie obietnice rozliczeń i przywracania praworządności. Tymczasem polityka ma swoje ograniczenia, a konstytucyjny porządek nie zawsze daje się naprawić w tempie oczekiwanym przez wyborców. Czasami trzeba umieć odpuścić, poszukać innej drogi i poczekać na lepsze warunki. Bo rzucanie się na głęboką wodę, kiedy basen okazuje się pusty, rzadko kończy się dobrze.
Demokratyczna hipokryzja
Jest w tym coś szczególnie dla demokratów niebezpiecznego, co Nic Cheeseman i Brian Klaas nazwali w swojej klasycznej książce "Jak sfałszować wybory?" demokratyczną hipokryzją. Polega ona na przekonaniu, że wartości i zasady, których bronimy, obowiązują przede wszystkim naszych przeciwników. Że kiedy oni naruszają reguły, mamy do czynienia z zamachem na demokrację, a kiedy my robimy coś podobnego, jest to wyjątkowa sytuacja, konieczność dziejowa albo wyższa konieczność konstytucyjna. Wtedy cel zaczyna usprawiedliwiać środki. Cheeseman i Klaas wskazywali, że takie działania w wykonaniu obozu uważającego się za demokratyczny i przeprowadzone nawet z najlepszymi i najbardziej uczciwymi intencjami kosztują go utratę punktów w sondażach.
Paradoks polega na tym, że Jarosław Kaczyński nigdy specjalnie nie ukrywał, że Konstytucja z 1997 r. mu się nie podoba. Jego środowisko miało więc znacznie większy margines politycznego przyzwolenia na podważanie reguł ustrojowych, przynajmniej wśród własnych wyborców. Od ludzi, którzy w latach 2015–2023 wyszli na ulice w obronie konstytucji, stawiali ją na transparentach i uczynili z praworządności jeden z fundamentów politycznej mobilizacji, oczekuje się znacznie więcej. I słusznie. Kto buduje swoją wiarygodność na obronie standardów, ten musi się ich trzymać szczególnie wtedy, kiedy ma władzę.
Prawo po naszej stronie, więc po co nam kompromis?
Słyszę argumenty osób popierających piątkową operację, że prawo jest po naszej stronie, a z ludźmi, którzy je łamią, nie ma o czym rozmawiać. Rozumiem emocje stojące za takim podejściem, ale jakoś trudno mi się z nim pogodzić w kontekście jego skuteczności, ale też i wymiaru symbolicznego. Zwłaszcza że od lat uważam Okrągły Stół i pokojowe transformacje ustrojowe za jedne z najważniejszych polskich doświadczeń politycznych, a zarazem dowód na to, że kompromis potrafi być skuteczniejszy niż konfrontacja.
W polityce trzeba czasem dogadać się z ludźmi, których się nie lubi, którym się nie ufa, a nawet których zachowanie budzi zwyczajną odrazę. Tak po prostu działa, czy powinna działać, polityka. Jest czasami brudna, pełna sprzecznych interesów i ludzi, z którymi najchętniej nie mielibyśmy nic wspólnego. Ale państwo musi działać również wtedy, kiedy jego instytucje są obsadzone przez politycznych przeciwników, którzy mają kompletnie inną wizję tego państwa. Dlatego kompromis nie jest nagrodą za dobre zachowanie drugiej strony ani aktem przebaczenia. Jest narzędziem rozwiązywania problemów, których nie da się rozwiązać samym przekonaniem o własnej, najbardziej nawet słusznej, racji.
Odmowa rozmowy do czasu, aż wszyscy przeciwnicy uznają nasze racje, jest po prostu mrzonką i przejawem skrajnej politycznej naiwności. Można mieć rację prawną, moralną i historyczną, a jednocześnie nie mieć żadnego pomysłu na to, jak przywrócić sprawne funkcjonowanie państwa.
Krótkotrwała demonstracja siły, długotrwałe konsekwencje
Piątkowa operacja nie rozwiązuje problemu Trybunału. Nawet jeśli jej autorzy osiągnęli doraźny cel organizacyjny, nie przywrócili instytucji społecznego autorytetu. Przeciwnie, dostarczyli kolejnych argumentów tym, którzy twierdzą, że w Polsce każda władza traktuje instytucje jako swoją własność. I to nie dotyczy wyłącznie TK. Podobne myślenie przenosi się na cały wymiar sprawiedliwości. Obywatele dostają komunikat, że o tym, kto ma rację, decyduje ostatecznie siła polityczna, a prawnicy (no taka już często nasza rola) potrafią uzasadnić niemal każdy scenariusz.
Sędziowie powinni koncentrować się na swoich kompetencjach i działać w stanie najwyższej niezawisłości – również od zastanawiania się nad politycznymi ocenami ich działań. Ale premier, który jest przecież oczywistym współautorem tego scenariusza, musi myśleć także o konsekwencjach politycznych. Naprawdę trudno zrozumieć, jak można było nie przewidzieć, że takie wydarzenia skonsolidują prawicę.
Jarosław Kaczyński, który jeszcze niedawno miał problemy z utrzymaniem jedności własnego środowiska, dostał kolejny wspólny temat i obrazki, które może pokazywać swoim wyborcom. Tusk być może zmobilizował najbardziej zagorzałych zwolenników koalicji, ale przecież oni i tak by oddali na niego głosy. Jednocześnie zaryzykował zniechęcenie tych bardziej umiarkowanych wyborców, którzy chcą sprawnego państwa, a politycznych awantur mają już zwyczajnie dość. W kontekście wyborów w 2027 r. jest to ryzyko, którego można było, przynajmniej na tym etapie, uniknąć.
Obrazki, które zobaczy świat i zainspirują kolejne rządy
Koszty wizerunkowe widać zresztą już poza Polską. W międzynarodowym obiegu zostają przede wszystkim zdjęcia policji przed Trybunałem, protestów i prezydenta przy wejściu do budynku. Znacznie trudniej wytłumaczyć zagranicznym odbiorcom wszystkie niuanse polskiego sporu o status sędziów.
A konsekwencje mogą być długofalowe. Co się stanie, kiedy po 2027 r. władzę przejmie inna większość? Jakim argumentem będziemy wtedy przekonywać ją, że nie wolno stosować podobnych metod? Przecież wystarczy powiedzieć, tak jak robi się to obecnie, że poprzednicy też tak robili, też działali w imię przywracania praworządności, też uznali, że wyjątkowa sytuacja wymaga wyjątkowych środków. Już teraz mamy kolejny punkt zapalny – zwołanie Zgromadzenia Ogólnego sędziów TK, jego skład i ustalenie kworum. Czy naprawdę ktoś zakłada, że Bogdan Święczkowski nie spróbuje wykorzystać podobnej logiki i podobnych proceduralnych trików do podważenia tych działań i zwoływania "swojego" Zgromadzenia?
Państwo nie jest własnością żadnej ze stron
Największą ofiarą tej historii jest jednak państwo i obywatele. Zamiast Trybunału, który rozstrzyga sprawy i stoi na straży konstytucyjnych praw, mamy kolejną odsłonę politycznego spektaklu. W dodatku jest to spektakl, w którym udział biorą także najwyższe organy państwa. Trudno oczekiwać od obywateli szacunku do instytucji, skoro politycy sami traktują je jak scenę do demonstrowania siły. Dotyczy to zresztą również prezydenta, którego nocna wizyta i fizyczna konfrontacja przy wejściu do TK także nie służyły powadze państwa.
Mamy na stole gotową propozycję wyjścia z kryzysu. Fundacja Batorego i prof. Tomasz Zalasiński przedstawili koncepcję resetu konstytucyjnego, która zakłada zmianę zasad wyboru sędziów i zabezpieczenia przed jego ponownym politycznym zawłaszczeniem. To wymaga kompromisu, większości konstytucyjnej i gotowości do rozmowy z ludźmi, z którymi na co dzień trudno usiąść przy jednym stole.
Ale właśnie tego dzisiaj potrzebujemy. Poważni politycy powinni zrobić wszystko, żeby przy takim stole usiąść i wstać od niego z uzgodnieniami. Nie w tym celu, by wszyscy zapomnieli o tym, co wydarzyło się przez ostatnie lata. Nikt nie musi o tym zapominać i tego wybaczać. Ale porozumienie jest po to, żebyśmy przestali powtarzać ten sam spiralny scenariusz.
Bo ostatecznie niezależność Trybunału wygra nie ten, kto skuteczniej zajmie gabinet prezesa, sprowadzi więcej policji czy przeprowadzi bardziej widowiskową akcję wejścia do budynku, przepychając kobietę. Wygra ten, kto przywróci obywatelom zaufanie do instytucji. A na razie, niestety, jesteśmy od tego celu dalej niż w czwartek.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.