Inquirer EntertainmentGrace Lee reveals pregnancy with ‘miracle baby’ at 43Daily MaverickWHAT’S COOKING: A steak salad with baby potatoes, broccoli, green beans, tomatoes and two dressingsPunchDSS arraigns man over fake Tinubu letter to US PresidentThe Jerusalem PostChannel 14 reporter verbally assaulted, harassed while covering voting in HaifaBollywood HungamaSaif Ali Khan and Vidya Balan reunite for Ritesh Batra’s Long Years Ago; Mélanie Laurent joins castESPNTransfer rumors, news: Real Madrid eye Liverpool's Alexis Mac AllisterInquirerKidapawan Diocese mourns desecration of parish churchUOLSignos: confira seu horóscopo desta terça (27)ZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFKhaosod EnglishIsraelis vote in a tense national election seen as a referendum on NetanyahuBBC NewsTruce begins in Ukraine city where residents ate weeds to surviveObservador DesportoAs notícias das 9h
The Daily Newsstand · Free, Always
Tuesday, October 27, 2026

Tydzień do wyborów w USA. Czy Donald Trump zostanie „lame duck”?

Translate

Jeżeli partia prezydenta utrzyma większość w obu izbach, łatwiej mu realizować program. Jeśli opozycja przejmie choć jedną z nich, może blokować ustawy i uruchamiać parlamentarne dochodzenia dotyczące administracji. Dlatego wybory połówkowe często traktuje się jako sprawdzian poparcia dla prezydenta i ocenę pierwszych dwóch lat jego rządów. Historycznie partia urzędującego prezydenta zazwyczaj traci w nich miejsca w Izbie Reprezentantów - takie osłabienie jest częstym zjawiskiem w amerykańskiej polityce. 

Amerykanie już mogą głosować

Choć oficjalny dzień wyborów przypada 3 listopada, Amerykanie mogą oddawać głosy wcześniej. W większości stanów działa wczesne głosowanie: wyborca przychodzi do wyznaczonego lokalu i głosuje podobnie jak w dniu wyborów. Inną możliwością jest głosowanie korespondencyjne - kartę można odesłać pocztą albo dostarczyć w sposób dopuszczony przez dany stan. To pełnoprawne głosy w tych samych wyborach. 

Nie ma jednak jednego kalendarza dla całych Stanów Zjednoczonych. Poszczególne stany ustalają terminy i szczegółowe zasady, dlatego w jednych głosowanie zaczyna się kilka tygodni wcześniej, a w innych znacznie bliżej dnia wyborów. Rozwiązanie pozwala wyborcom dopasować głosowanie do pracy czy obowiązków rodzinnych i uniknąć kolejek 3 listopada.

Donald Trump walczy o przetrwanie swojej większości w Kongresie

Ale tak naprawdę stawka wyborów, które odbędą się w Stanach Zjednoczonych 3 listopada, jest znacznie większa. Jeżeli republikanie stracą Izbę Reprezentantów, Trump będzie miał znacznie mniej swobody w realizowaniu swojej polityki. Jeżeli stracą również Senat, sytuacja prezydenta zrobi się jeszcze trudniejsza. Ale najważniejsze pytanie brzmi jeszcze inaczej: czy ewentualna porażka republikanów będzie początkiem końca politycznej dominacji Donalda Trumpa w jego własnej partii? Bo Trump nie może już ubiegać się o trzecią kadencję. A to oznacza, że wielu republikanów, którzy dzisiaj muszą liczyć się z prezydentem, coraz poważniej zaczyna myśleć o tym, co będzie po nim.

I właśnie dlatego te wybory są czymś więcej niż tylko głosowaniem nad składem Kongresu. To może być pierwszy wielki test tego, czy Donald Trump nadal kontroluje Partię Republikańską. Amerykanie wybiorą cały skład Izby Reprezentantów oraz część Senatu. Wybory do Kongresu odbywają się co dwa lata, dlatego te głosowania nazywane są wyborami połówkowymi. I choć nie wybiera się w nich prezydenta, ich znaczenie dla prezydenta jest ogromne. Donald Trump jest dziś gospodarzem Białego Domu, ale jego możliwości działania zależą również od tego, kto kontroluje Kongres.

Trump nadal mógłby rządzić, ale...

A Kongres to nie tylko miejsce, w którym uchwala się ustawy.

To także pieniądze, budżet, komisje, śledztwa, nominacje i kontrola nad administracją. Dlatego utrata większości w Kongresie może dla prezydenta oznaczać bardzo poważną zmianę warunków, w których musi rządzić. Najłatwiejszym celem dla demokratów jest Izba Reprezentantów. Tutaj wystarczy przejąć odpowiednią liczbę mandatów, żeby zmienić układ sił i odebrać republikanom kontrolę. I to właśnie Izba może być miejscem pierwszego poważnego politycznego uderzenia w Trumpa. 

Jeżeli demokraci przejmą większość, będą mogli w znacznie większym stopniu kontrolować pracę komisji, prowadzić śledztwa dotyczące działań administracji i blokować część legislacyjnej agendy prezydenta. To nie oznacza oczywiście, że Donald Trump przestanie być prezydentem. I to jest bardzo ważne. Nie byłaby to zmiana prezydenta. Byłaby to zmiana warunków, w których prezydent musi rządzić. Trump nadal miałby ogromną władzę wykonawczą. Nadal mógłby podejmować decyzje w ramach swoich kompetencji, wydawać rozporządzenia i korzystać z prawa weta. Ale musiałby liczyć się z dużo silniejszą opozycją w Kongresie. 

A jeszcze poważniejszy problem pojawiłby się wtedy, gdyby republikanie stracili również Senat. Bo Senat ma ogromne znaczenie między innymi dla zatwierdzania nominacji prezydenta — wysokich urzędników, ambasadorów czy sędziów federalnych. Dlatego przejęcie obu izb przez demokratów oznaczałoby dla Trumpa zupełnie nową rzeczywistość polityczną. Ale właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część tej historii.

Bo pytanie nie brzmi tylko: czy demokraci wygrają? Pytanie brzmi: gdzie mogą wygrać?

Jednym z miejsc, na które patrzy dziś cała Ameryka, jest Teksas. I trudno o lepszy symbol zmieniającej się amerykańskiej polityki. Teksas przez dziesięciolecia był jednym z najważniejszych bastionów Partii Republikańskiej. A jednak teraz o mandat senatora walczą tam demokrata James Talarico i republikanin Ken Paxton. Jeszcze niedawno perspektywa demokratycznego senatora z Teksasu wydawałaby się bardzo mało prawdopodobna. Dzisiaj taki scenariusz jest traktowany poważnie. I dlatego wynik tego wyścigu będzie miał znaczenie dużo większe niż tylko jedno miejsce w Senacie. Jeżeli republikanie przegrają Teksas, będzie to sygnał, że polityczna mapa Ameryki zaczyna się zmieniać nawet w miejscach, które przez lata uznawane były za bezpieczne dla Partii Republikańskiej.

Donald Trump „kulawą kaczką”?

Ale dla Trumpa problemem nie jest tylko mapa wyborcza. Problemem jest również gospodarka i codzienne życie Amerykanów. Bo wyborcy nie głosują wyłącznie na podstawie tego, co dzieje się w Waszyngtonie. Patrzą na ceny, koszty życia, ceny energii, mieszkania i własne portfele. I właśnie tutaj administracja Trumpa ma poważny problem. Nastroje konsumentów są bardzo słabe, a gospodarka i koszty życia należą do najważniejszych tematów tej kampanii. Trump próbuje przekonywać Amerykanów, że sytuacja jest wynikiem między innymi wydarzeń międzynarodowych i polityki jego przeciwników. Demokraci odpowiadają znacznie prostszym przekazem: nie patrzcie na tłumaczenia, patrzcie na rachunki. I właśnie dlatego te wybory mogą być dla Trumpa czymś w rodzaju politycznego rachunku wystawionego za pierwsze dwa lata jego drugiej kadencji.

Jeżeli republikanie wygrają, Trump dostanie bardzo mocny argument.

Będzie mógł powiedzieć: Amerykanie zaakceptowali kierunek, który wyznaczam. Jeżeli jednak republikanie poniosą poważną porażkę, sytuacja będzie zupełnie inna. Trump nadal będzie prezydentem. Ale zacznie się pytanie o jego polityczną siłę. W Waszyngtonie istnieje określenie na prezydenta, którego możliwości polityczne zaczynają się kurczyć: lame duck — kulawa kaczka. 

W kontekście Donalda Trumpa pojęcie „lame duck” (kulawa kaczka) pojawia się najczęściej w odniesieniu do drugiej połowy jego drugiej kadencji prezydenckiej.  Ponieważ Konstytucja USA zabrania prezydentowi ubiegania się o trzecią kadencję, w naturalny sposób staje się on „kulawą kaczką” – jego czas u władzy jest z góry ograniczony, a uwaga opinii publicznej i polityków zaczyna przenosić się na proces wyboru jego następcy.  I jeżeli republikanie stracą Kongres, właśnie takie określenie może coraz częściej pojawiać się w odniesieniu do Donalda Trumpa. 

Ale nawet to nie jest jeszcze najważniejsze. Bo Trump nie może ubiegać się o trzecią kadencję. A więc każdy republikański polityk musi już zadawać sobie pytanie: co będzie po Trumpie? I tutaj zaczyna się prawdziwa walka o przyszłość Partii Republikańskiej. Dzisiaj Trump pozostaje zdecydowanie najważniejszą postacią Partii Republikańskiej. To on przez lata wyznaczał kierunek, narzucał tematy, decydował o tym, jak wyglądała republikańska narracja. Wielu polityków, którzy wcześniej byli jego krytykami, ostatecznie dostosowało się do jego ruchu politycznego. Ale ta sytuacja nie może trwać wiecznie. Trump nie może być kandydatem republikanów w wyborach prezydenckich w 2028 roku. I dlatego po tych wyborach może rozpocząć się zupełnie nowa gra. 

Dzisiaj republikański polityk potrzebuje Trumpa, żeby wygrać. Ale jeżeli Trump poniesie dużą porażkę, jutro ten sam polityk może uznać, że właśnie Trump stał się problemem. I to jest bardzo ważna różnica. Jeżeli republikanie przegrają, część polityków może zacząć się od niego dystansować. Nie dlatego, że nagle przestaną zgadzać się z jego polityką. Ale dlatego, że zaczną liczyć własne polityczne szanse. Bo jeżeli Trump będzie kojarzony z porażką, jego polityczna grawitacja może zacząć słabnąć. A wtedy otworzy się miejsce dla tych, którzy chcą być jego następcami.

Dzisiaj wśród najważniejszych nazwisk wymienia się między innymi wiceprezydenta J.D. Vance'a i sekretarza stanu Marco Rubio. Obaj są częścią administracji Trumpa. Ale po wyborach mogą znaleźć się w zupełnie nowej sytuacji. Jeżeli Trump wygra, jego wpływ na to, kto będzie jego następcą, pozostanie ogromny. Jeżeli jednak republikanie poniosą klęskę, pytanie może brzmieć zupełnie inaczej. Czy Partia Republikańska potrzebuje kolejnego polityka w stylu Trumpa?

Czy może potrzebuje kogoś, kto będzie potrafił zachować najważniejsze elementy trumpizmu, ale jednocześnie odciąć się od najbardziej kontrowersyjnych elementów prezydentury?

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa walka o rok 2028

Dlatego te wybory nie są tylko referendum nad tym, kto będzie kontrolował Izbę Reprezentantów i Senat. To jest również referendum nad pierwszymi dwoma latami drugiej prezydentury Donalda Trumpa. A konsekwencje mogą wyjść daleko poza granice Stanów Zjednoczonych. Bo jeżeli Trump będzie musiał poświęcać coraz więcej czasu na walkę z Kongresem i problemy wewnętrzne, może zmienić się również sposób, w jaki administracja prowadzi politykę zagraniczną.

Dotyczy to między innymi Ukrainy, Rosji, NATO i Europy. Nie oznacza to oczywiście, że jeżeli demokraci wygrają Kongres, następnego dnia zmieni się amerykańska polityka zagraniczna. Prezydent nadal będzie miał ogromne kompetencje.

Ale zmienią się warunki polityczne, w których będzie podejmował decyzje.

Ważne dla Polski pytania

I to może mieć znaczenie również dla Polski. Bo dla Warszawy bardzo ważne jest nie tylko to, kto siedzi w Białym Domu. Ważne jest również to, jak wygląda układ sił w Waszyngtonie i czy prezydent ma polityczne możliwości realizowania swojej wizji dotyczącej bezpieczeństwa Europy, NATO czy wojny Rosji z Ukrainą. Dlatego wynik wyborów trzeba będzie analizować na kilku poziomach.

Po pierwsze: kto przejął Izbę Reprezentantów.

Po drugie: kto kontroluje Senat.

Po trzecie: które konkretne wyścigi zostały wygrane i przegrane.

Ale po czwarte - i być może najważniejsze - trzeba będzie spojrzeć na Partię Republikańską.

Czy republikanie nadal będą szli za Trumpem?

Czy zaczną się od niego dystansować?

Czy pojawi się coraz więcej polityków, którzy będą budować własną pozycję przed 2028 rokiem? Bo Donald Trump nie będzie mógł kandydować po raz trzeci.

A to oznacza, że wybory połówkowe mogą być początkiem procesu, którego końca jeszcze dzisiaj nie widzimy. Procesu walki o to, kto przejmie Partię Republikańską po Trumpie.

I właśnie dlatego wybory 3 listopada są czymś więcej niż wyborem 435 kongresmenów i części senatorów.

Mogą być pierwszym poważnym testem tego, czy Donald Trump nadal jest politycznym właścicielem Partii Republikańskiej.

Jeżeli republikanie utrzymają Kongres, Trump dostanie bardzo mocny argument, że jego polityka nadal ma poparcie Amerykanów. Jeżeli stracą Izbę, prezydent będzie musiał rządzić w znacznie trudniejszych warunkach. Jeżeli stracą również Senat, presja będzie jeszcze większa. Ale nawet wtedy najważniejsze pytanie może nie dotyczyć już tego, co zrobi Donald Trump. Tylko tego, co zrobią Republikanie. Bo Trump nie może kandydować na trzecią kadencję. A więc gdzieś za kulisami tej kampanii zaczyna się już kolejna walka - o Partię Republikańską po Trumpie.

I być może właśnie dlatego te wybory są tak ważne. Nie tylko pokażą, kto będzie miał większość w Kongresie. Pokażą również, czy Donald Trump nadal wyznacza przyszłość Partii Republikańskiej - czy też republikanie zaczynają już myśleć o przyszłości bez niego.

View the original on RMF24 →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.