The Daily Newsstand · Free, Always
Wednesday, August 19, 2026

Rzadki samolot USA krążył nad Królewcem. NATO odpowiada WP

Translate

We wtorek, 18 sierpnia, mieszkańcy północnej Polski mogli obserwować wzmożoną aktywność lotnictwa. Choć oficjalne komunikaty mówią o "doskonaleniu zdolności obronnych", skład sił, które pojawiły się w powietrzu, zdradza, że nie było to standardowe ćwiczenie.

Redakcja Wirtualnej Polski zwróciła się do Dowództwa Sojuszniczych Sił Powietrznych NATO (AIRCOM) z pytaniem o charakter tych działań.

"NATO jest sojuszem obronnym, a sojusznicy stale doskonalą swoje zdolności obronne. Aktywność z 18 sierpnia w regionie bałtyckim z udziałem amerykańskich i norweskich myśliwców, polskich sił lądowych oraz systemu wczesnego ostrzegania i dowodzenia NATO AWACS, nadzorowana przez USA, jest przykładem takiego podejścia" - przekazał Wirtualnej Polsce Martin O'Donnell, rzecznik SHAPE, czyli Naczelnego Dowództwa Sojuszniczych Sił NATO w Europie.

José R. Davis z biura prasowego AIRCOM wskazał, że "ze względu na bezpieczeństwo operacyjne nie ujawnimy zbyt wielu informacji na temat tej akcji".

"Pakiet rozpoznawczy": Compass Call nad Polską

Zdaniem dr. hab. Wojciecha Kotowicza, eksperta z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, kluczem do zrozumienia tych ćwiczeń jest obecność rzadko widywanej w naszym regionie maszyny.

- To nie był patrol ani rutynowe air policing. Wokół obwodu królewieckiego pracował gotowy "pakiet rozpoznawczy": AWACS E-3, samolot rozpoznania ARTEMIS II oraz - co najważniejsze -amerykański samolot walki elektronicznej EA-37B "Compass Call II" - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską.

Każda z tych maszyn robi coś innego. AWACS E-3 to latający radar z charakterystycznym "grzybkiem" na kadłubie - widzi ruch w powietrzu na setki kilometrów i kieruje myśliwcami. ARTEMIS II nasłuchuje: wyłapuje sygnały radarów i łączności przeciwnika, ustalając, gdzie stoją i na jakich częstotliwościach pracują. EA-37B Compass Call idzie krok dalej - potrafi te systemy zagłuszyć.

Dlaczego maszyna EA-37B wzbudza takie zainteresowanie? To samolot, który w tej części Europy nie pojawia się zbyt często. "Compass Call II" został przerzucony z Grecji, gdzie wspierał operacje na Bliskim Wschodzie. Teraz trafił do bazy w Powidzu.

- Stamtąd przez około dwie godziny latał w tzw. torze wyścigowym (owalnej pętli - red.) między Królewcem a natowskim E-3, po czym odleciał z powrotem w kierunku Grecji. Loty AWACS i ARTEMIS II nad Bałtykiem to rutyna, ale jednoczesna obecność Compass Call, maszyny, której zadaniem jest wykrywanie, identyfikowanie i zakłócanie łączności oraz systemów elektronicznych przeciwnika, to element, który wyłamuje się z rutyny. Takie zestawienie oznacza, że NATO i USA miały konkretną potrzebę rozpoznawczą lub elektroniczną właśnie tam, właśnie wtedy - wskazuje ekspert.

Jak zatem rozumieć to, co obserwujemy od wtorku na niebie? - Nie odczytywałbym tej aktywności jako doraźnej reakcji na konkretne ostrzeżenie, ale raczej jako fizyczne dopełnienie tego, o czym od tygodni mówią stolice regionu - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską.

O co chodzi? Od kilku miesięcy politycy w regionie - z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Litwy Gitanasem Nausėdą na czele - ostrzegają przed możliwymi rosyjskimi prowokacjami. Podobne ostrzeżenia pojawiają się w zachodniej prasie, która powołuje się na przedstawicieli służb.

- Widziałbym tu logikę odwrotną do intuicyjnej. To nie NATO reaguje nerwowo na zapowiedzi. To NATO pokazuje, że w ciągu jednego przedpołudnia potrafi ściągnąć unikatowe zdolności z drugiego końca kontynentu i zsynchronizować je nad wschodnią flanką. Innymi słowy: ewentualna ograniczona prowokacja spotkałaby się z gotowym, wielodomenowym aparatem odpowiedzi. Ostrzeżenia i to ćwiczenie to dwie strony tej samej monety: jedna to warstwa deklaratywna, druga to demonstracja, że za słowami stoi realna zdolność - podkreśla.

Królewiec pod lupą NATO

Obwód królewiecki to dziś jedno z najbardziej zmilitaryzowanych miejsc na świecie - jego waga i związane z tym zagrożenie zarówno dla krajów bałtyckich, jak i całej wschodniej flanki Sojuszu odmieniane były przez wszystkie przypadki.

- Na tym niewielkim obszarze Moskwa upchnęła jedną z najgęstszych na świecie sieci uzbrojenia. Stacjonują tam rakiety Iskander zdolne przenosić głowice jądrowe, systemy obrony powietrznej S-400 o zasięgu setek kilometrów, potężne środki walki elektronicznej oraz Flota Bałtycka. W żargonie wojskowym mówi się, że Królewiec to "bańka A2/AD" (anti-access/area denial), czyli obszar, z którego Rosja może teoretycznie zablokować lub poważnie utrudnić poruszanie się obcych samolotów i okrętów nad znaczną częścią Bałtyku, sięgając ogniem daleko w głąb terytorium Sojuszu - przypomina rozmówca Wirtualnej Polski.

Co zatem NATO zademonstrowało ćwiczeniami z wtorku i środy?

- Kiedy nad taką bańką pojawia się jednocześnie samolot wczesnego ostrzegania, maszyna walki elektronicznej i platforma wskazywania celów, to znaczy, że NATO ćwiczy najtrudniejsze z możliwych zadań: "prześwietlenie" tej obrony, namierzenie, gdzie stoją radary i systemy rakietowe, na jakich częstotliwościach pracują i jak można je zneutralizować. To ćwiczenie zdolności, które w razie realnego konfliktu decydowałyby o tym, czy Sojusz zdoła w ogóle wejść w tę przestrzeń. Dlatego Królewiec jest jednocześnie największym rosyjskim atutem na Bałtyku i najczęściej testowanym punktem na mapie regionu - tłumaczy dr hab. Kotowicz.

Tłoczno w powietrzu, gorąco na Bałtyku

Działania w powietrzu zbiegły się w czasie z innym obszarem aktywności. Rosjanie przerzucili na Bałtyk fregatę "Admirał Kasatonow" - jedną z najnowocześniejszych jednostek Rosji, zdolną przenosić pociski hipersoniczne Cyrkon - oraz niszczyciel "Admirał Lewczenko", które przez duńskie cieśniny właśnie wpłynęły na akwen. Pojawiają się doniesienia, że jednostkom towarzyszył także rosyjski okręt podwodny.

- Nazwałbym to raczej równoległą choreografią demonstracji niż klasyczną spiralą eskalacji, przynajmniej na dziś. Obie strony grają sygnałami, a nie ogniem - mówi ekspert.

Dr hab. Kotowicz wskazuje, że obecność rosyjskich okrętów wiąże się z flotą cieni - jednostkami, które Rosja wykorzystuje do transportu objętych sankcjami surowców, przede wszystkim ropy. W ostatnich miesiącach europejskie państwa coraz częściej zatrzymują i kontrolują takie tankowce - prym wiedzie w tym Szwecja - co skłoniło flotę cieni do zmiany tras.

- Ta kompozycja mówi wiele. To nie jest przygotowanie do starcia, lecz militaryzacja misji eskortowej floty cieni i wpisanie jej w szerszy kontekst gróźb Putina o "lustrzanej odpowiedzi" na zachodnie zatrzymania tankowców. Rosja podnosi w ten sposób koszt i ryzyko każdej zachodniej interwencji wobec swojej sankcyjnej floty: sygnał brzmi "jeśli zatrzymacie nasz tankowiec, zrobicie to w zasięgu wzroku fregaty z pociskami manewrującymi". To klasyczna szara strefa, presja poniżej progu wojny - zaznacza rozmówca WP.

Eskalacja czy demonstracja?

Jak zatem odczytywać ostatnie ruchy na wschodniej flance? Czy ostatnia aktywność Sojuszu to powód do niepokoju? Dr hab. Kotowicz wskazuje, że na ten moment "trudno powiedzieć", czy mamy do czynienia z eskalacją.

Adiunkt z Katedry Nauk o Polityce i Nauk o Bezpieczeństwie UWM wraca jeszcze do samego oświadczenia Sojuszu. - Zwróciłbym uwagę również na niuans, który ginie w emocjonalnej debacie. NATO w oficjalnym stanowisku bardzo ostrożnie dobiera słowa: "sojusz defensywny", "doskonalenie zdolności obronnych", operacja "nadzorowana przez USA". To nie jest język eskalacji, lecz język zarządzania sygnałem - pokazać zdolność, nie dając Moskwie pretekstu do narracji o "agresywnym NATO". Trzeba przy tym uczciwie zaznaczyć jedno: bezpośredniego związku między tą aktywnością a doniesieniami o rosyjskich przygotowaniach nikt nie potwierdził. Zbieżność w czasie jest jednak na tyle wyraźna, że trudno ją zbyć milczeniem - zastrzega.

- Bałtyk jest dziś sceną wzajemnego demonstrowania obecności, z jednej strony największa od lat koncentracja lotnictwa NATO nad regionem, z drugiej rosyjska fregata z pociskami hipersonicznymi przy cieśninach duńskich. Realne ryzyko nie leży w zaplanowanej agresji którejkolwiek ze stron, lecz w gęstości i bliskości tych działań - podkreśla.

- Im więcej okrętów, samolotów i wyłączonych transponderów na jednym, wąskim akwenie, tym większe prawdopodobieństwo incydentu z błędnej kalkulacji, a nie z decyzji politycznej. I to jest właściwy przedmiot niepokoju: nie "czy ktoś zaatakuje", ale "czy ktoś się pomyli" - wskazuje.

- Obie strony mówią to samo zdanie w dwóch różnych językach: "widzimy was, jesteśmy gotowi i potrafimy tu operować". Dopóki pozostaje to na poziomie sygnału, mieścimy się w logice odstraszania. Problem zacznie się w dniu, w którym któraś ze stron uzna, że sam sygnał już nie wystarcza - mówi.

View the original on Wirtualna Polska

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.