The Jerusalem PostTV TIME: Best intense thrillers while awaiting ‘Fauda’וואלהרוסיה דורשת הבהרות מארה"ב וטורקיה על העברת נשק אפשרית לאוקראינהRTP DesportoEuropeus de atletismo. Vitória Oliveira bate recorde na meia maratona em marchaESPN DeportesDiana Flores dedica el Mundial a Julio Ocaña, el coach que considera su mentorInquirer‘Parents responsible for protecting kids online, not just government’RTL BoulevardTurnster Veerman mist nipt brugmedaille bij EK, Visser laatsteMint‘Biggest scam ever in the world’: Nithin Kamath asks startup founders not to brag about AI; social media reactsMundo DeportivoCity 0-2 Barça: Vicky marca el segundoSportstarHockey World Cup: Skipper Harmanpreet hails India’s 3-1 win over Wales in openerRai NewsI servizi russi arrestano una donna: "Ha messo la bomba che ha ucciso un ufficiale a Sebastopoli"MyJoyOnlinePhotos: Police engage religious leaders at National Police HeadquartersBBC News BrasilTerremoto de magnitude 7,7 mata ao menos 47 pessoas na Indonésia
The Daily Newsstand · Free, Always
Saturday, August 15, 2026

Tego na defiladzie nie zobaczycie. Sześć rzeczy, których armii brakuje

Translate

Modernizacja sił zbrojnych postępuje. Przybywa czołgów, śmigłowców, samolotów i okrętów. Rosną też nakłady na infrastrukturę — mniej spektakularne, ale równie ważne jak same zakupy. Bo z najnowocześniejszego nawet Apache'a niewiele pożytku, jeśli ma stać "pod chmurką", wystawiony na deszcz i mróz.

Sprzętowo armia wygląda dziś lepiej niż jeszcze kilka lat temu i widać to w jednostkach w całym kraju: poradziecki sprzęt znika coraz szybciej. Ile z tego to zasługa decyzji Mariusza Błaszczaka i Władysława Kosiniaka-Kamysza, a ile wojny w Ukrainie, presji sojuszników i unijnego programu SAFE - to temat na osobny spór. Faktem jest, że zmiana nastąpiła.

Na Wisłostradzie widać dziś sprzęt, o jakim jeszcze dekadę temu w Wojsku Polskim się nie mówiło. Trzy kompanie czołgów - Abramsy, koreańskie K2 i Leopardy 2PL - armatohaubice Krab, moździerze Rak, bojowe Borsuki, wyrzutnie HIMARS, zestawy Patriot i Pilica+. W powietrzu po raz pierwszy nad stolicą polskie F-35A Husarz, obok F-16, FA-50, Apache, Black Hawków i AW149. Ponad 300 jednostek sprzętu lądowego, 60 statków powietrznych, 1800 żołnierzy. Resort obrony mówi o największej defiladzie w historii Polski i tym razem nie jest to przesada.

W tej samej kolumnie powietrznej leci jednak SAAB 340 - maszyna, która polskiemu wojsku od lat służy za oczy w przestrzeni powietrznej i która następcy potrzebuje najpilniej ze wszystkiego, co przeleci dziś nad Wisłą. Defilada pokazuje to, co już jest. Trudniejsze pytanie brzmi: czego wciąż nie ma? Oto sześć subiektywnie wybranych obszarów, w których Siły Zbrojne RP mają najwięcej do nadrobienia.

Nowe samoloty rozpoznawcze

Saab 340 AEW to samoloty wczesnego ostrzegania - latające stacje radiolokacyjne, które wykrywają obiekty powietrzne znacznie dalej niż radary naziemne i przekazują obraz sytuacji dowództwu.

Polska pozyskała dwie takie maszyny w 2023 r., po tym jak Zjednoczone Emiraty Arabskie odsprzedały je z własnych zasobów. Latają w Brygadzie Lotnictwa Marynarki Wojennej i po raz pierwszy dały polskiej armii własne zdolności tej klasy - wcześniej Polska korzystała wyłącznie z natowskich AWACS-ów. To jednak konstrukcja z lat 80., z ograniczeniami w łączności i wymianie danych z sojusznikami. Wcześniej czy później będzie potrzebowała następcy.

Samolot Saab 340 AEW (PAP/Andrzej Jackowski)
Samolot Saab 340 AEW (PAP/Andrzej Jackowski) © PAP | Andrzej Jackowski

Kluczowe jest to, że Polska buduje właśnie zintegrowany system obrony powietrznej, w którym dane z radarów, wyrzutni i samolotów mają spływać do jednego obrazu sytuacji. Maszyny, które nie wymieniają informacji w pełnym zakresie z pozostałymi elementami tego systemu, tracą sporą część swojej wartości. Stąd potrzeba nowych samolotów tej klasy - im szybciej, tym lepiej.

Rynek nie jest szeroki, ale wybór istnieje i szybko się zawęża. Szwedzki Saab oferuje GlobalEye, maszynę o możliwościach nieporównywalnie większych od Saaba 340. W lipcu 2026 r. NATO ogłosiło, że grupa sojuszników kupi do dziesięciu takich samolotów jako następców wysłużonych E-3 Sentry - po wcześniejszym porzuceniu planów zakupu amerykańskich Boeingów E-7 Wedgetail. Wcześniej po GlobalEye sięgnęły Szwecja, Francja, Kanada i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

To dobra wiadomość o tyle, że Polska kupowałaby maszynę sprawdzoną u sojuszników i kompatybilną z natowskim obrazem sytuacji powietrznej. Zła jest taka, że kolejka już się ustawiła. Saab produkuje dziś około dwóch GlobalEye rocznie i zapowiada zwiększenie mocy do sześciu dopiero pod koniec dekady. Kto zamawia teraz, odbierze sprzęt najwcześniej na przełomie lat 20. i 30.

Samoloty i śmigłowce transportu ciężkiego

To, co w Polsce uchodzi za lotnictwo transportu ciężkiego, w większości państw NATO jest opisywane jako transport średni. Chodzi o samoloty C-130 Hercules — konstrukcję sprawdzoną, ale w polskich barwach mocno zużytą i o stosunkowo niewielkim udźwigu. Ładunek rzędu 20 ton i brak możliwości zabrania czołgu czy śmigłowca bez rozłożenia go na części to w praktyce sufit tych maszyn.

Stawka jest konkretna: przerzut żołnierzy i sprzętu na duże odległości, transport pomocy humanitarnej, wreszcie zadania czysto wojskowe - jak desantowanie wojsk spadochronowych i aeromobilnych. W państwie leżącym przy granicy toczącej się wojny to zdolność nie do przecenienia.

Latające dla Polski samoloty następców będą potrzebowały wcześniej niż później. Wariant optymistyczny zakłada zakup dwóch typów naraz: dużych maszyn transportu ciężkiego, jak Airbus A400M Atlas, i mniejszych, będących bezpośrednimi następcami Herculesów - na przykład brazylijskich Embraerów KC-390 Millennium.

Wszystko to wymaga jednak pieniędzy, a źródło finansowania przesądza o wyborze sprzętu. Unijny SAFE premiuje zakupy w europejskim przemyśle, więc z tych środków realnie wchodzi w grę Airbus - i wtedy szkolenia na A400M można zaczynać choćby dziś. Brazylijski Embraer wymagałby pieniędzy spoza programu. Paradoksalnie to właśnie ten wariant, trudniejszy budżetowo, otwiera niewielką szansę na zakup obu typów maszyn naraz.

Podobnie wygląda sprawa śmigłowców transportowych. W Siłach Zbrojnych RP formalnie jest ich sporo - głównie poradzieckie Mi-8 i Mi-17, ale liczba w ewidencji a liczba maszyn gotowych do lotu to dwie różne rzeczy. Konstrukcje mają po kilkadziesiąt lat, a dostęp do części zamiennych po 2022 r. dodatkowo się skomplikował.

Następca jest zamówiony, tyle że nie ten. 32 śmigłowce AW149 ze Świdnika za 8,25 mld zł, z dostawami do 2029 r., to maszyny klasy średniej — o masie startowej około 8,6 tony wobec blisko 13 ton Mi-17. Zabiorą mniej ludzi i mniej ładunku niż śmigłowce, które mają zastąpić. Do tego równoległy zakup 32 Black Hawków z Mielca Agencja Uzbrojenia unieważniła w ubiegłym roku, uznając, że nie leży on w interesie publicznym.

Segmentu transportu ciężkiego Wojsko Polskie nie ma w ogóle i nie wiadomo czy planuje go mieć. Chodzi o maszyny pokroju CH-47 Chinook, po które sięgnęły Niemcy, Holandia czy Wielka Brytania - zdolne przerzucić działo, pojazd albo kilkudziesięciu żołnierzy jednym lotem. W polskich warunkach oznaczałoby to możliwość przerzutu pododdziału na drugi koniec kraju bez czekania na kolumnę na drodze. Osobno od lat stoi w miejscu Perkoz, program 32 lekkich maszyn mających zastąpić ponadpięćdziesięcioletnie Mi-2.

Co znaczą sprawne śmigłowce, pokazują nie tylko scenariusze wojenne. Powódź na południu Polski we wrześniu 2024 r. i tegoroczne pożary lasów to sytuacje, w których o skuteczności działania decydowało to, ile maszyn faktycznie dało się poderwać w powietrze.

Wyposażenie osobiste żołnierzy

Trudno o lepszy obraz zapóźnienia niż to, że w polskiej armii wciąż toczą się dyskusje o dopuszczalnym rodzaju podeszwy w butach żołnierza. Że w niektórych jednostkach młodzi żołnierze noszą pasoszelki starsze od własnych ojców. Że rezerwiście wydaje się zagrzybione buty, hełm stalowy i mundur "jaki jest na magazynie".

Wyposażenie osobiste to temat, przy którym w wojsku zgrzyta się zębami od lat. Pełnomocnik szefa MON do spraw służby wojskowej żołnierzy, były operator GROM-u Paweł Mateńczuk "Naval", zapowiadał zmiany. Problem nie zniknął.

Hełm stalowy i broń nieużywana w NATO na ćwiczeniach rezerwy
Hełm stalowy i broń nieużywana w NATO na ćwiczeniach rezerwy © Archiwum prywatne

Problem sięga oczywiście dalej niż buty i hełmy. Procedury przewlekają zamówienia, polskie firmy produkujące oporządzenie czekają na kontrakty, a system dystrybucji szwankuje na każdym poziomie. Rozwiązania nie widać.

Na tym tle wyśmiewanie zakupu hełmów kompozytowych z unijnego instrumentu SAFE trudno traktować inaczej niż jako niezrozumienie problemu. Hełm jest tym elementem wyposażenia, od którego zależy, czy żołnierz przeżyje odłamek - i akurat tego w magazynach brakuje. Operacja SZPEJ, głośno zapowiadana przez szefa Sztabu Generalnego, po drodze zniknęła z agendy. Żołnierze wciąż czekają.

Systemy obrony przeciwlotniczej i WRE

Dopiero informacja o przekazaniu Ukrainie kilku polskich pocisków do wyrzutni Patriot przypomniała części polityków, że obrona przeciwlotnicza w ogóle istnieje. Istnieje — i ma się średnio.

Lista rzeczy, na które wojsko czeka, jest długa: kolejne wyrzutnie i pociski Patriot w ramach systemu Wisła, pociski CAMM w różnych wersjach dla systemu Narew, budowany od podstaw system antydronowy San oraz kolejne baterie obrony punktowej - Pilica, Pilica+ i Poprad. Problem w tym, że czekanie nie zależy wyłącznie od decyzji w Warszawie. Pocisków Patriot brakuje dziś w całej Europie, produkcja CAMM we współpracy z Brytyjczykami dopiero się rozkręca, a San to program, który ruszył w ubiegłym roku i istnieje głównie na papierze.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja systemów walki radioelektronicznej. WRE to sprzęt służący do zagłuszania łączności i nawigacji przeciwnika oraz do przechwytywania jego sygnałów - w Ukrainie to on decyduje o tym, czy dron doleci do celu, czy spadnie kilkaset metrów wcześniej. W Wojsku Polskim takich systemów jest niewiele, a informacje o nich są objęte klauzulą tak szczelnie, że rozmowy o nich urywają się na starcie. Ostatni większy zakup poszedł do Turcji i kosztował około 2 mld zł.

Bez WRE nie da się dziś prowadzić działań na współczesnym polu walki. A pole to jest wysycone dokładnie tym, czego polskiej armii brakuje najbardziej.

Turecki system WRE, produkowany przez korporację Aselsan
Turecki system WRE, produkowany przez korporację Aselsan © Aselsan

Drony

W Ukrainie drony są dziś potrzebą numer dwa - zaraz po obronie przeciwlotniczej. W Wojsku Polskim mówienie o nasyceniu dronami to na razie oksymoron, choć od kilku lat działa osobny Inspektorat Wojsk Bezzałogowych Systemów Uzbrojenia. Kieruje nim gen. bryg. Mirosław Bodnar.

O tym, co inspektorat faktycznie robi, nie wiadomo prawie nic. Na branżowych konferencjach i panelach - a tych w Polsce nie brakuje - jego przedstawiciele pojawiają się rzadko. Jeśli już, mówią o "wyciąganiu wniosków z Ukrainy", "synergii" i "przyszłości". Reszta jest tajna.

Bezzałogowców w armii wciąż jest za mało (PAP/Paweł Supernak)
Bezzałogowców w armii wciąż jest za mało (PAP/Paweł Supernak) © PAP | Paweł Supernak

Problem robi się poważniejszy, gdy trzeba wysłać kogoś na zachodnią konferencję, gdzie o bezzałogowcach rozmawia się konkretnie. Wtedy okazuje się, że brakuje ludzi zdolnych zabrać głos w imieniu Sił Zbrojnych RP.

A tematy uciekają. W kontekście F-35 od lat mówi się o "lojalnym skrzydłowym" - bezzałogowcu lecącym obok myśliwca, który zbiera dane, przenosi uzbrojenie albo wchodzi w strefę zagrożenia zamiast pilota. Stany Zjednoczone, Australia i kilka państw europejskich mają w tej dziedzinie własne programy. Polska, która kupiła 32 F-35, w tej dyskusji nie uczestniczy.

Ludzie i rezerwy

To rzecz, bez której cała reszta traci sens. O piątej i szóstej dywizji można rozmawiać, o siódmej i kolejnych też. Bez ludzi pozostanie to jednak wyłącznie przesuwaniem nazw na papierze.

Sarkastyczna wersja tego scenariusza jest taka: wystarczy zejść do dwóch brygad na dywizję, a nowych dywizji da się utworzyć nawet dwadzieścia - po jednej w każdym mieście wojewódzkim, w Warszawie choćby i cztery. Tylko że dywizja to nie tabliczka na budynku. Bez ludzi świadomych i przeszkolonych żadna z nich nie będzie znaczyła nic.

Stąd blisko do drugiego tematu: rezerw i szkoleń. Najlepiej rezerw przeszkolonych, a nie tylko zapisanych w ewidencji. W tym obszarze niewiele nastraja optymistycznie.

Niewiele - bo coś jednak ruszyło. Powoli buduje się system podstawowych szkoleń dla cywilów, w którym każdy chętny może przejść przeszkolenie wojskowe. To jednak wciąż za mało, by mówić o pełnoprawnej rezerwie. Wojskowe Centra Rekrutacji funkcjonują w dużej mierze formalnie, a dostępne szkolenia są plasterkiem naklejonym na urwaną nogę.

Lista potrzeb, mniejszych i większych, jest znacznie dłuższa. Zapasy amunicji artyleryjskiej, kolejne eskadry samolotów bojowych, śmigłowce pokładowe dla zamówionych fregat, maszyny dla Wojsk Specjalnych, śmigłowce ratownictwa morskiego SAR. Można wyliczać dalej.

Nic z tego nie przejedzie Wisłostradą. Defilada pokazuje to, co udało się kupić przez ostatnią dekadę - i jest co pokazywać. Pytanie, które warto zadać właśnie 15 sierpnia, brzmi inaczej: co przejedzie tędy za pięć lat i czy decyzje w tej sprawie zapadają wystarczająco szybko.

View the original on Wirtualna Polska

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.