Najdroższa zagadka w historii podboju Marsa. Dlaczego duma NASA zamilkła na zawsze?
Kiedy 25 września 1992 roku rakieta Commercial Titan III wzbijała się w powietrze z kompleksu startowego nr 40 na przylądku Canaveral, w centrach kontroli lotów panowała absolutna euforia. Mars Observer był pierwszą amerykańską misją marsjańską od czasu słynnych lądowników Viking, wystrzelonych w 1976 roku.
Cel misji był niezwykle ambitny. Sonda Observer nie miała lądować, lecz wejść na orbitę polarną, by przez jeden pełny rok marsjański (687 ziemskich dni) prowadzić bezprecedensowe mapowanie globu.
Miała szczegółowo analizować klimat, topografię, minerały oraz pole magnetyczne planety, a zestaw siedmiu nowoczesnych instrumentów naukowych miał przesłać na Ziemię ponad 75 gigabajtów danych – więcej niż wszystkie wcześniejsze misje międzyplanetarne razem wzięte.
Manewr w ciemno i przerażająca cisza
Podróż przez 11 miesięcy przebiegała w pełni wzorowo. Dramat rozegrał się 21 sierpnia 1993 roku, na zaledwie trzy dni przed planowanym wejściem na orbitę Marsa. Zgodnie z harmonogramem inżynierowie z Jet Propulsion Laboratory (JPL) musieli przygotować układ napędowy statku do kluczowego manewru hamowania.
Wymagało to m.in. podniesienia ciśnienia w zbiornikach paliwa poprzez otwarcie odpowiednich zaworów. Ze względu na to, że wstrząs pirotechniczny towarzyszący tej operacji mógłby uszkodzić wrażliwy nadajnik radiowy, komputer pokładowy zaprogramowano tak, by na czas procedury wyłączył komunikację z Ziemią. Sygnał miał powrócić automatycznie po kilkunastu minutach.
O godzinie 01:00 UTC centrum kontroli lotów ogarnęła jednak martwa cisza. Sygnał nigdy nie powrócił. Inżynierowie przez wiele kolejnych tygodni desperacko wysyłali do sondy komendy nawigacyjne, licząc na to, że statek po prostu uległ dezorientacji i przeszedł w tzw. tryb awaryjny (safe mode). Mars Observer zamilkł jednak na zawsze.
Śledztwo: Katastrofa w ułamku sekundy
Całkowity brak telemetrii z momentu wypadku sprawił, że ustalenie prawdy było szalenie trudnym zadaniem. Mimo to, powołane do życia niezależne komisje śledcze, ze wsparciem ekspertów z amerykańskiego Naval Research Laboratory, wyłoniły w 1994 roku głównego i najbardziej prawdopodobnego winowajcę: katastrofalną w skutkach awarię układu ciśnieniowo-napędowego.
Dziedzictwo utraconej misji
Do dziś nikt nie wie na pewno, gdzie spoczywają szczątki sondy. Jeśli maszyna nie zdołała odpalić silników hamujących, to grawitacja Marsa jedynie zakrzywiła jej lot, na zawsze wyrzucając ją na obiegową orbitę heliocentryczną (wokół Słońca). Szansa na to, że martwy statek wszedł na użyteczną orbitę marsjańską siłą bezwładności, jest całkowicie zerowa.
Utrata sondy wycenianej na miliard dolarów okazała się dla NASA historycznym punktem zwrotnym. Traumatyczna lekcja z 1993 roku skłoniła ówczesnego administratora agencji, Daniela Goldina, do wdrożenia rygorystycznej filozofii pod nazwą "Faster, better, cheaper" (Szybciej, lepiej, taniej). Zamiast pakować wszystkie swoje zasoby i nadzieje w budowanie kolosalnych, ekstremalnie drogich molochów, których destrukcja w ułamku sekundy kładzie cały program badawczy na łopatki, NASA postawiła na wysyłanie większej liczby mniejszych i lżejszych statków, skutecznie dywersyfikując w ten sposób ryzyko.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.