Lubimy spędzać urlop, stojąc w... kolejce? Na weekend pod Tatry znów zjechało pół Polski
Piątek (14 sierpnia), okolice godz. 19. Do jednego z pensjonatów w gminie Bukowina Tatrzańska dzwoni telefon. Właściciel obiektu odbiera, a z drugiej strony od razu pada pytanie: macie wolny jakiś pokój na dziś lub jutro?
- Odpowiedziałem, że bardzo mi przykro, ale niestety nie. Wszystkie pokoje na ten weekend wyprzedały się już dawno temu - mówi pan Tomasz. - W odpowiedzi usłyszałem pytanie, które w połowie mnie rozbawiło, a w drugiej... rozwaliło. Młoda osoba, z którą rozmawiałem, zapytała czy... zgodzę się, by przyjechała wraz z chłopakiem i rozstawiła sobie w moim ogrodzie namiot. Dodała, że będzie myła się w mojej prywatnej łazience i za wszystko zapłaci. Oczywiście odmówiłem - dodaje kwaterodawca.
Inna historia. W sobotę do pensjonatu w Kościelisku nie dojechał jeden z gości. Zadzwonił, powiedział, że zepsuł mu się samochód. Wakacji absolutnie nie odwołał, ale dał znać, że przyjedzie dopiero dzień później, w niedzielę. Właścicielka obiektu gotowy już pokój wystawiła na tę jedną noc przez Booking.com. Minęło mniej więcej... 40 sekund. Pokój się wynajął za naprawdę wysoką kwotę. Dwa razy większą niż właścicielka oferuje go normalnie.
- Po chwili dostałam telefon od tych ludzi, którzy go wynajęli - mówi prowadząca obiekt kobieta. - Para dwudziestokilkulatków była zachwycona, że udało im się "coś upolować". Była godz. 17 a oni właśnie się na szybko pakowali i mieli wyjeżdżać na Podhale z Katowic. Dotarli do mnie o 22 i o 6 rano już pokój opuścili. Poszli na Rysy. Co prawda martwili się, gdzie zaparkują samochód przy szlaku, bo parking tam (trzeba go wcześniej rezerwować) był już zajęty, ale stwierdzili, że jakoś sobie poradzą. Ja oczywiście cieszę się, że zarobiłam, ale też nie mogę wyjść z szoku. Po co ci ludzie pchali się do nas w góry akurat teraz? Przyjechaliby tydzień później i mieliby kwaterę taniej, parking od ręki i weszliby na te Rysy bez tłumów - kręci głową gospodyni.
Ponad pół miliona osób pod Tatrami?
Podhale w kończący się dziś weekend przeżyło tegoroczny szczyt wakacyjnego sezonu urlopowego. W kolejnych dwóch tygodniach, jakie pozostały do rozpoczęcia roku szkolnego, wczasowiczów będzie już tylko ubywać. W mieście oczywiście dalej będą tłumy, ale nie tak wielkie jak przez ostatnie dni.
Dokładniejsze szacunki dopiero nadejdą w ostatnich dniach (bardzo miarodajne są choćby statystyki ilości aut przejeżdżających przez tunel ekspresowej zakopianki), ale wiele osób jest przekonanych, że w całym regionie na pewno w ten weekend było 500-600 tysięcy gości. Na tyle szacuje się tu liczbę wszystkich łóżek w obiektach noclegowych zarówno tych działających legalnie, jak i w szarej strefie. W ostatnich dniach wyprzedały się dosłownie wszystkie takie miejsca.
- I to jest naprawdę duży fenomen socjologiczny, że my Polacy tak bardzo kochamy te "długie weekendy" - mówi Dominika, dyrektorka sprzedaży w jednym z zakopiańskich hoteli. - Ja naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego tak wielka ilość osób decyduje się na przyjazd w góry właśnie w połowie sierpnia. Przecież wakacje trwają dwa miesiące, a w tym roku doskonała pogoda jest już od dłuższego czasu. Dodatkowo kalendarz ułożył się tak, że w tym roku nie było dodatkowego dnia wolnego, który przedłużyłby weekend. 15 sierpnia przypadł w sobotę. Mimo to setki tysięcy Polaków postanowiło spędzać czas w kolejkach, korkach i tłoku - zauważa.
Za czym ta kolejka stoi?
Wspomniane przez Dominikę kolejki w ostatnich dniach towarzyszyły turystom dosłownie wszędzie. W piątek wieczorem wielu z nich rzuciło się do marketów spożywczych, by zrobić zakupy. Samochody z wczasowiczami stały w korkach, by w ogóle wjechać na parking. Później ci ludzie ustawiali się w długich ogonkach do kas. Wirtualna Polska opisywała ten fenomen w tekście "Sprawdziliśmy, co działo się na Podhalu przed weekendem. Takiego oblężenia sklepu dawno nie widzieliśmy".
W sobotę było jeszcze gorzej. Tego dnia z samego rana kolejka chętnych na zakup biletu wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego przy szlaku do Morskiego Oka była długa na 200 m. Trzeba było w niej odstać nawet 40 minut. Podobnie było przy innych wejściach do parku czy przy kasach na atrakcje takie jak Kolejka na Kasprowy Wierch, Kolej na Gubałówkę, ścieżka w koronach drzew w Małem Cichem czy do każdego z sześciu działających w regionie kompleksów z basenami geotermalnymi.
Tłoczno było też w Tatrach. Nad Morskim Okiem znalezienie kawałka kamienia gdzie można było przysiąść i kontemplować piękno tego miejsca przez cały dzień graniczyło z cudem. Około południa kolejka chętnych na wejście na kopułę szczytową Giewontu liczyła 300 m. Ludzie stali nawet ponad godzinę na skalnym urwisku, by na chwilę wejść na szczyt. Podobnie wyglądała kwestia zdobycia Rysów.
Wieczorem na Krupówkach dzikie tłumy powodowały, że nawet spacer po deptaku okazywał się wyzwaniem. Już po zmroku turyści rzucili się do restauracji. Przed wieloma z nich ustawiał się ogonek osób oczekujących na wolny stolik. - Idzie to wolno. Zaczniemy jeść pewnie nie szybciej niż za godzinę - mówił Ahmed, turysta z Kuwejtu, który wraz z rodziną czekał na wejście do włoskiego lokalu w okolicach Krupówek.
Tłumy i kolejki były jednak nie tylko w samym Zakopanem. Takie same obrazki jak w mieście obserwowano też w sobotę w Bukowinie czy Białce Tatrzańskiej. W tej pierwszej wsi około godziny 21 dziesiątki turystów czekało nie tylko w kolejce do karczm i restauracji, ale też do każdej z czterech istniejących tu... Żabek. Wielu wczasowiczów po powrocie ze szlaku chciało tu kupić coś na kolację.
- Oficjalnie nie mogę z panem rozmawiać - mówi jedna z kasjerek ze sklepu tej sieci w Bukowinie. - Powinien pan zadać pytanie naszemu rzecznikowi prasowemu. Zdradzę jednak, że wczoraj już około godz. 20 sprzedałam wszystkie hot dogi, pizze, burgery i zapiekanki, jakie miałam w chłodni. Samych hot dogów poszło ponad 1000 - mówi pracownica Żabki.
"To, co się tu dzieje, to armagedon"
Co przyjemnego jest w spędzaniu urlopu w tłumach i kolejkach - pytam turystów na Krupówkach.
- Szczerze mówiąc... nic przyjemnego w tym nie ma. Za to są nerwy i stres - przyznaje z rozbrajającą szczerością Tymoteusz, mąż i ojciec czteroosobowej rodziny, która przyjechała do Zakopanego z Inowrocławia. - Wybierając termin na wakacje, po prostu tego nie przemyśleliśmy, że będą tu takie dzikie tłumy. Na szczęście zostajemy dłużej. Jesteśmy tu od piątku, ale przyjechaliśmy na tydzień. Myślę, że jutro trochę się tu wszystko uspokoi i w kolejne dni będzie po prostu luźniej. To, co się dzieje dziś (rozmawiamy w sobotę), to jakiś armagedon. Rano poszliśmy z dziećmi na termy. To były... stracone pieniądze. W każdym kawałku basenu były tłumy. Nie mieliśmy dla siebie nawet metra kwadratowego, do każdej zjeżdżalni była kolejka, w której trzeba było odstać pół godziny. Bilety nie były tanie, a tak naprawdę wyrzuciliśmy pieniądze w błoto - dodaje.
Kolejni nasi rozmówcy również powtarzają, że przyjeżdżając pod Tatry w okolicach 15 sierpnia, prawdopodobnie popełnili błąd. Ludzie ci nie spodziewali się, że w Zakopanem i okolicach będą takie tłumy.
- Więcej tak nie zrobimy - mówi Władysław, emeryt z Warszawy. - W kolejnych latach będziemy wyjazd planować w innym okresie - zapewnia.
- A ja w te zapewnienia nie wierzę - śmieje się wspomniany na początku Tomasz, właściciel pensjonatu z Bukowiny Tatrzańskiej. - Przecież te dzikie tłumy przyjeżdżają w okolicach 15 sierpnia od lat, od lat wszyscy wyjeżdżają później od nas bardziej zmęczeni, niż byli, gdy przyjechali. Od lat historia się powtarza. Za rok w okolicach tego weekendu znów będą tłumy. Stanie w kolejkach, widać, bardzo narodowo lubimy, nawet jeśli sami nie chcemy się do tego przyznać - uważa góral.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.