"Nie chodzi już o to, czy jest moralnie słuszna". Co kara śmierci mówi o Ameryce
30 września 2026 roku. Nashville, Tennessee.
W pomieszczeniu o białych ścianach stoją dwa rzędy czarnych krzeseł. Naprzeciwko znajduje się okno przesłonięte czarną kurtyną. Siedmioro dziennikarzy zajmuje miejsca. Po drugiej stronie komory egzekucyjnej, w osobnej sali, czekają bliscy ofiary i przedstawiciele prokuratury.
Kurtyna się rozsuwa. Za szybą leży 50-letnia Christa Pike, przypięta pasami do łóżka egzekucyjnego. W jej ramieniu tkwi cewnik, przez który ma popłynąć śmiertelna dawka pentobarbitalu. Jej ostatnie słowa brzmią: Jestem gotowa, żeby być wolna. To szczęśliwy dzień.
Mijają minuty. Kobieta zaczyna się skarżyć na ból ramienia - czuje, jakby miało zaraz pęknąć. Oddycha coraz ciężej, spogląda na wkłucie. Wciąż jest przytomna. Kurtyna ponownie zostaje zaciągnięta. Pike znika świadkom z oczu. Przez głośnik nadal dobiegają odgłosy przypominające głośne chrapanie.
Amerykanka, skazana za brutalne zabójstwo 19-letniej Colleen Slemmer, przeżyła mimo podania dwóch dawek trucizny.
- Przez bardzo długi czas w naszej kulturze uczono ludzi, że jeśli sprzeciwiasz się karze śmierci, coś jest z tobą nie tak. Nikt nigdy nie musiał wyjaśniać, dlaczego popiera karę śmierci za straszliwe zbrodnie. Natomiast jeśli jej nie popierałeś, musiałeś się tłumaczyć - mówi w rozmowie z TVN24+ prof. Austin Sarat z Amherst College, od lat badający karę śmierci i jej miejsce w amerykańskim wymiarze sprawiedliwości.
Podkreśla, że chodzi o przywiązanie społeczeństwa do mainstreamu. - Popieranie kary śmierci było sposobem utożsamiania się z głównym nurtem - dodaje.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.