Inquirer1 dead, 1 missing after jeepney swept away in BatangasThe Jerusalem PostIsrael to close West Bank, Gaza crossings for October 7 remembrance ceremonies, COGAT saysPunchUS Marine arrested in Japan on suspicion of murderESPNIs this finally Milwaukee's year? Examining why Brewers' way will (or won't) workDaily MaverickIn defiance of chaos — why your choice in this election mattersRTP DesportoMax Verstappen vence GP do Bahrain de Fórmula 1ZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFFootball ItaliaPjanic claims: ‘Roma are Scudetto contenders but too early for Juventus’RTL BoulevardGersjes strandt in achtste finales op openingsdag WK judoCBS NewsMore details emerge about FlyDubai co-pilot who tried to crash planeStraits Times SportRussell's championship dreams hit by cruel power unit failure in SepangAntara NewsIndonesia bars Chinese national suspected of Starlux theft
The Daily Newsstand · Free, Always
Sunday, October 4, 2026

Kto zarabia na jabłkach, gdy sadownicy tracą

Translate

Pracownik skupu zerka na wilgotnościomierz, potem na kartkę z cennikiem i mówi: "60 do 68 gr za kilogram, netto, luzem, bez skrzynek".

Mężczyzna liczy w pamięci — paliwo, robocizna, amortyzacja skrzyń — i wychodzi mu, że z proponowanej ceny zostanie tyle, co nic. O kosztach ochrony roślin, nawożenia i ratach kredytu obrotowego nie ma sensu wspominać. I krew go zalewa, gdy pomyśli o jabłkach sprzedawanych na bazarach po 5-6 zł, a nawet 9 zł za kilogram.

Logo

Czytaj nas częściej w Google

Dodaj w Google

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

To scena opisywana w dziesiątkach relacji na internetowych forach sadowniczych czy przez gospodarzy cytowanych w portalach branżowych, powtarzana od Grójca po Sandomierz.

Według wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego ogłoszonych 30 lipca br. tegoroczna produkcja jabłek, stanowiących największą część krajowych zbiorów owoców, wyniesie niespełna 3,1 mln ton, co oznacza spadek o 19,5 proc. w odniesieniu do 2025 r. Zbiory gruszek zmaleją o 14,4 proc. — do 67,4 tys. ton, śliwek o 4,1 proc. — do 113,1 tys. ton, wiśni o 10,8 proc. — do 125,8 tys. ton, a czereśni o 16,6 proc. — do 48,6 tys. ton. Branżowe oceny World Apple and Pear Association (WAPA) mówią o spadku nawet o 30 proc.

W klasycznym rozumieniu ekonomii mniejsza podaż powinna oznaczać wyższą cenę. Jednak w Polsce na bramach skupów przemysłowych odnotowano we wrześniu ceny od 0,54 do 0,77 zł za kilogram. Sadownikom najczęściej płacono w przedziale 0,60-0,68 zł za kilogram jabłek przemysłowych. Były to stawki podobne do tych sprzed roku, gdy owoców było więcej. Ten paradoks rodzi pytanie: kto zarabia w tym sezonie na jabłkach, gruszkach i innych owocach, skoro nie sadownicy?

Bitwa liczb

Polskie sadownictwo żyje w dziwnej rzeczywistości. Jedną opisuje urzędowy język GUS — suchy, metodyczny, zawsze spóźniony o kilka tygodni w stosunku do krajowych realiów. Jest też język branżowy organizacji sadowniczych, gorący, emocjonalny, bo używany przez ludzi, którzy jeśli nie zarabiają, to tracą pieniądze.

I jest międzynarodowy język World Apple and Pear Association, w którym raz w roku na konferencji Prognosfruit ogłoszony zostaje "wyrok", na który czeka cała Europa. Na tegorocznej sierpniowej konferencji w Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim w Niemczech WAPA oceniła produkcję jabłek w objętych prognozą krajach na 9,5 mln ton, co oznaczało spadek o 15,6 proc. w stosunku do ubiegłego roku. Dla samej Polski podano liczbę prawie 2,7 mln ton, czyli spadek rzędu 30 proc.

Różnica między szacunkiem GUS a tą liczbą to ok. 400 tys. ton. Czyli nie statystyczny drobiazg. 400 tys. ton to także pytanie, ile jabłek trafi do przemysłu, który wyprodukuje z nich dziesiątki tysięcy ton koncentratu. Czy oznacza też tysiące ton jabłek deserowych mniej w chłodniach?

Dla sadownika z Grójca ta rozbieżność zdecyduje, czy w materiale telewizyjnym usłyszy on słowo "korekta" czy "katastrofa". Dla zarządów dużych zakładów przetwórczych to ważna kwestia: czy warto będzie w tym roku spekulować na spadku ceny skupu, czy może sięgnąć po jabłka lub koncentrat z importu? A dla eksporterów — czy podpisywać kontrakty na duże dostawy do Egiptu i Kazachstanu, czy ograniczyć ofertę?

Te dwie opisane wielkości nie mogą być prawdą, choć istnieje proste wytłumaczenie. Różnica może wynikać z odmiennych definicji produkcji jabłek, którymi posługują się GUS i WAPA. Konsekwencje owej różnicy nie są jednak prozaiczne.

Mniejsza podaż jabłek w bieżącym roku jest faktem, bez względu na to, czy spadek wyniósł 19,5 proc., czy 30 proc. Ważne, że na razie nie przełożył się on na wyższą cenę proponowaną sadownikom sprzedającym jabłka, zwłaszcza w segmencie przemysłowym. Oznacza to, że gdzieś w schemacie: skup, słaba pozycja negocjacyjna sadowników, istniejące zapasy plus import, występują siły, które nie pozwalają polskim producentom jabłek zarabiać. A to jest zawsze zły znak.

W tym roku decydującym czynnikiem, który wpłynął na zbiory owoców, była pogoda. Musimy pamiętać, że w Polsce sezon na jabłka zaczyna się nie we wrześniu, przy bramie skupu, lecz w marcu, gdy sady budzą się po zimie, która w tym roku była wyjątkowo ciężka.

Po niej zaś nastąpiła wyjątkowo ciepła meteorologiczna wiosna. Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej tegoroczny marzec był trzecim najcieplejszym marcem od 1951 r. Średnia temperatura wyniosła 6,4 st. C, o 3,3 stopnia powyżej standardowej temperatury, przy opadach stanowiących zaledwie 28,6 proc. normy z ostatnich dekad.

Naukowcy zauważyli, że gleba nagrzała się niczym piec, a pąki w grójeckich i sandomierskich sadach zbyt szybko napęczniały. Sadownicy wiedzieli, że ciepły i suchy marzec jest zapowiedzią kłopotów, jeśli po nim przyjdzie mróz. I przyszedł. Pod koniec kwietnia lokalnie temperatury w Polsce spadały do minus czterech, minus pięciu stopni. Dokładnie w okresie kwitnienia jabłoni i grusz.

Dla jabłoni w pełnym kwitnieniu strata na poziomie 10 proc. zaczyna się już przy minus 2,9 st. C, a przy minus 4,7 st. straty mogą sięgnąć 100 proc. Dla grusz progi te są niemal identyczne. Ocena GUS z maja br. mówiła o lokalnych spadkach temperatury nawet do minus 9 st. Gdy mróz uderzał w otwarte na drzewach kwiaty albo w zawiązki, było po wszystkim. I sadownicy o tym wiedzieli.

Lecz krajobraz strat nie był jednorodny. Rejon grójecko-warecki, historyczne serce polskich sadów jabłoniowych, znajduje się na Mazowszu, gdzie lokalne zastoiska chłodnego powietrza w dolinach zabijały kwiaty nawet tam, gdzie oficjalne stacje meteorologiczne notowały "tylko" minus 2 st. C.

Lepsza była sytuacja na Sandomierszczyźnie, która ma inny mikroklimat i inną strukturę odmian jabłoni. Za to Lubelszczyzna wypadła w tym roku dramatycznie, choć nie z powodu niskich wiosennych temperatur. Winna była susza. Według danych na koniec lata aż 94 proc. tamtejszych gmin ucierpiało z powodu braku wody. Do tego w całym kraju swoje rozdziały dopisało lato. Czerwiec był ekstremalnie ciepły, w lipcu w Legnicy odnotowano temperaturę plus 37,8 st., sierpień także okazał się cieplejszy niż zazwyczaj. Wszystkie te czynniki miały fatalny wpływ na wielkość zbiorów jabłek, lecz w żaden sposób nie odbiło się to na wysokości cen w skupie.

Dole i niedole największego producenta

Polska od lat jest największym w Unii Europejskiej producentem jabłek. Zbierając w ostatniej dekadzie rocznie od 3,8 do 4,6 mln ton, wyprzedzamy Włochy, Francję, Niemcy i Hiszpanię. Jesteśmy też światową potęgą w produkcji koncentratu jabłkowego, którego używa się nie tylko do produkcji soków i napojów, lecz także do słodzenia jogurtów, deserów, musów owocowych, produktów dla dzieci, dżemów i marmolad. Szacuje się, że 85-95 proc. wytwarzanego nad Wisłą koncentratu jabłkowego trafia na eksport, którego wartość w ubiegłym roku wyniosła 1,7 mld zł.

2025 r. okazał się wyjątkowo udany pod względem zbiorów i sprawił, że w tegoroczny sezon weszliśmy ze sporym zapasem jabłek zgromadzonym w chłodniach oraz zapasem koncentratu jabłkowego. W praktyce oznaczało to, że firmy zajmujące się dziś skupem jabłek przemysłowych nie zaoferują wyższych cen, gdyż wiedzą, że wielcy producenci koncentratu nie kupią od nich zbyt wiele surowca.

Ich pozycję wzmacnia fakt, że mają do czynienia z pojedynczymi sadownikami, którzy mogą szukać punktów skupu najwyżej w promieniu 50 km od ich gospodarstw. Dalej nie opłaca się im wozić jabłek, zwłaszcza jeśli cena oleju napędowego przekracza 9 zł za litr. A jeśli z powodu wiosennych przymrozków i suszy owoce są niskiej jakości, perspektywa jakiegokolwiek zarobku staje się iluzoryczna.

Jest jeszcze rynek jabłek deserowych, który rządzi się innymi prawami. Za takie odmiany jak Gala, Lobo, Red Jonaprince, Golden Delicious, Idared, Szampion czy Ligol można w skupie uzyskać o wiele wyższą cenę, zwłaszcza jeśli owoc jest klasy premium.

Tu sytuacja jest lepsza, szczególnie gdy właściciel sadu ma własną chłodnię i nie musi się śpieszyć ze sprzedażą jabłek. Można powiedzieć, że tacy producenci jabłek deserowych to ekstraklasa wśród sadowników. Wiedzą oni, że za kilka miesięcy będą mogli sprzedać je drożej. Lecz takich gospodarzy w Polsce nie ma zbyt wielu. I na kaprysy pogody narażeni są tak samo.

Lepiej mają obecnie producenci gruszek, które w skupie uzyskują znacznie wyższe ceny, sięgające 4-4,50 zł za kilogram. W tym przypadku mniejsza krajowa podaż przełożyła się na wyższą niż w roku ubiegłym cenę.

A jeśli kogoś oburza wysoka cena owoców na sklepowych półkach czy na bazarach, musi sobie uświadomić, że między drzewami w sadzie a stoiskami są jeszcze sortownie owoców, chłodnie, transport, koszty opakowań, a czasem grupy producenckie. Różnica między ceną jabłek czy gruszek w skupie a ich ceną w handlu detalicznym nie jest więc czystą marżą, lecz odzwierciedleniem "budżetu operacyjnego" środkowego odcinka opisanego łańcucha dostaw.

Gdy jabłka trafiają do wielkiej sieci handlowej, żądającej w zamian za dostęp do półki w supermarkecie stałości dostaw i długich terminów płatności, cena za kilogram może zimą wzrosnąć do nawet siedmiu czy dziewięciu zł.

Z tego jednak niewiele trafia do sadowników, gdyż wszystko rozpływa się w sortowniach, chłodniach, transporcie, reklamie, marketingu i marżach pobieranych przez kolejne ogniwa łańcucha. Czy wolno się dziwić, że rolnicy, widząc ceny swoich produktów na bazarkach i półkach sklepowych, mają poczucie niesprawiedliwości?

Kto rozdaje karty

Polski rynek jabłek przypomina mgławicę. To setki punktów skupu, kilkanaście dużych zakładów przetwórczych, dziesiątki organizacji producentów i tysiące gospodarstw sprzedających owoce często "w bramie".

Nasze wielkie marki sokowe, takie jak Maspex z przychodami rzędu 5,9 mld zł czy Hortex, operują w skali przyprawiającej o zawrót głowy. Lecz ich "przychód z jabłek" jest tylko fragmentem i bywa, że — jeśli pojawi się okazja — potrzebny im koncentrat jabłkowy kupują w dowolnym miejscu na świecie.

Z tego powodu w szczycie sezonu to wielcy producenci i hurtownicy dyktują warunki. A że producenci i eksporterzy koncentratu jabłkowego nie pozbyli się jeszcze ubiegłorocznych zapasów, nie śpieszą się z zakupami tegorocznych zbiorów jabłek przemysłowych, po cichu przerzucając koszt i ryzyko na sadowników. Bo przecież może się okazać, że jabłka i koncentrat z innych kierunków będą tańsze.

To ważny trop, lecz bez bilansu importu z Chin, Ukrainy czy Mołdawii oraz danych o zapasach tego produktu w kraju trudno powiedzieć, o ile groszy ta presja obniżyła stawki w punktach skupu w okolicach Grójca. Oznacza to, że w tym sezonie polski sadownik produkujący jabłka przemysłowe zmuszony jest finansować własnym ryzykiem cudzą stabilność surowcową. W segmencie jabłek deserowych premium ci, którzy mają produkt wysokiej jakości, własną chłodnię i korzystny kontrakt, nie stoją pod ścianą, lecz nie jest to historia większości gospodarzy spod Grójca czy Sandomierza.

Dopóki cena w skupie nie reaguje na spadek podaży, proporcjonalnie do wzrostu ryzyka, jakie bierze na siebie sadownik, opowieść o "rynku, który nagradza niedobór", jest piękną bajeczką z podręcznika ekonomii — lecz nie tym, co dzieje się realnie.

Sytuacja byłaby inna, gdyby nasi sadownicy zorganizowali się w duże spółdzielnie lub choćby grupy producenckie, jak ma to miejsce w takich państwach jak Dania. Gdyby takie organizmy dysponowały własnymi chłodniami, sortowniami, hurtowniami, transportem i biurami handlu zagranicznego i gdyby ich działania wspierał bank rolny z prawdziwego zdarzenia, którego dziś tak bardzo w Polsce brakuje, położenie sadowników byłoby o niebo lepsze.

Wielokrotnie postulowaliśmy na łamach "Przeglądu" powołanie takiej instytucji finansowej. Zyskaliby na tym nie tylko rolnicy, ale też klienci. Stracili natomiast ci, którzy rozdają dziś karty i korzystają z dominującej pozycji na rynku.

View the original on Onet →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.