Kamera miała pilnować posesji, ale nagrywała też sąsiadów. Jest kara

Karą finansową skończyło się dla pewnego mężczyzny z Mazowsza niewłaściwe wykorzystanie przydomowego monitoringu. Będąc właścicielem posesji, nagrywał sąsiadów i drogę publiczną, chcąc w ten sposób udokumentować czyny, które - jak przekonywał - dokonywano na jego szkodę.
Zdjęcie ilustracyjne /Shutterstock
O karze w kolejnej sprawie, w której przydomowy monitoring wykorzystano nie jako środek ochrony życia, zdrowia lub mienia użytkownika tego monitoringu, lecz jako „narzędzie w rozstrzyganiu konfliktów sąsiedzkich”, poinformował w poniedziałek Urząd Ochrony Danych Osobowych (UODO).
Wspomnianemu właścicielowi nakazano zaprzestanie nagrywania sąsiadów i drogi publicznej jeszcze we wrześniu ub.r. Mimo to ów człowiek nie zaprzestał nielegalnego nagrywania do stycznia tego roku, a policji wysyłał materiał wideo wraz z zawiadomieniem o wykroczeniu drogowym.
Tłumaczył on, że kamera miała chronić jego rodzinę przed działaniami sąsiadów, a przekazane nagrania miały „charakter incydentalny”. UODO uznał jednak, że naruszenie trwało przez kilka miesięcy. Urząd nałożył więc karę w wysokości 1470 zł.
UODO ostrzega przed sąsiedzkim monitoringiem
Urząd Ochrony Danych Osobowych zwraca uwagę, że prywatne kamery nie mogą służyć do prowadzenia sporów z sąsiadami ani do stałego obserwowania przestrzeni poza własną posesją.
Jak podkreślił wcześniej prezes UODO, „kwestia zapewnienia porządku publicznego nie leży w gestii podmiotów prywatnych i zadanie to nie może być wykonywane za pomocą prywatnego monitoringu wizyjnego”.
To kolejna podobna sprawa. W lipcu UODO poinformował o karze przekraczającej 26 tys. zł za monitoring obejmujący posesję sąsiadów, drogę i rejestrujący także dźwięk. We wspomnianym przypadku kamer, pracujących przez całą dobę, było aż kilkanaście, a właściciel wykorzystywał je m.in. do inicjowania postępowań w sprawach o wykroczenia.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.