Nowoczesna, odważna, a może bezczelna? Przedpremierowa recenzja „Lalki” na dwa… listy

Zarówno w powieści Bolesława Prusa, jak i w serialu Pawła Maślony, istotną rolę odgrywają listy. Postanowiliśmy nawiązać do tej klasycznej, dziś nieco zapomnianej formy komunikacji i właśnie w ten sposób podzielić się swoimi wrażeniami. Miłej lektury!
Drogi Macieju,
Widziałam już tę serialową „Lalkę”, co to o niej głośno od dłuższego czasu. Ona wywoła burzę, jeszcze wspomnisz moje słowa.
Oburzą niektórych brzydkie słowa, które padają między bohaterami. Widzowie muszą wiedzieć, że to nie jest przecież klasyczna ekranizacja, lecz odważna, momentami wręcz bezczelna wariacja na temat „Lalki” Bolesława Prusa. Są tam zupełnie inne wątki, przewartościowane relacje między bohaterami oraz, co z pewnością zszokuje tradycjonalistów, całkowicie zmienione zakończenie. Pewnie niektórzy będą pytać zaskoczeni: „Co w tej opowieści robi do cholery Eliza Orzeszkowa?".
Największą rewolucją w serialu jest oddanie głosu kobiecie. Izabela Łęcka dostaje przestrzeń życiową i psychologiczną, której Prus nie dał jej w powieści.
„Przyświecają mi idee emancypacyjne” - mówi w pewnym momencie serialowa Izabela, którą gra Sandra Drzymalska.
Izabela Łęcka próbuje swoich sił... w dziennikarstwie. Mocno feministyczny i prokobiecy jest przekaz tego serialu. Oglądamy kobietę, która walczy ze wstydem, miota się i próbuje wyrwać się z kleszczy patriarchalnego handlu małżeńskiego.
Oglądając ten serial myślałam o dzisiejszym kulcie mediów społecznościowych i wszechobecnej kulturze udawanego luksusowego życia. Myślę, że Izabela Łęcka całkiem dobrze odnalazłaby się dziś w social mediach. Zapewne jako topowa influencerka, która doskonale wie, jak monetyzować swój wizerunek, jednocześnie walcząc o swoje prawa. Bo przecież „przeświecają jej idee emancypacyjne”. Przy okazji... Kostiumy Izabeli są olśniewające.
Lubię powtarzać, że warto mieć swoje zdanie, nie cudze. 16 września każdy zobaczy sobie sam serialową „Lalkę”. Wielu nie wybaczy twórcom radykalnych zmian i tak mocnej ingerencji w arcydzieło literackie Prusa. Ale będzie dym!
Serdeczności, jak zawsze.
Kasia
Droga Katarzyno,
Nie będę owijał w bawełnę, bo znamy się nie od dziś – podchodziłem do tego serialu z pewną taką nieśmiałością…
„Kos” Pawła Maślony, który jest reżyserem „Lalki”, to dla mnie jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat – znakomity aktorsko, scenariuszowo, wizualnie… Obawiałem się, czy da się powtórzyć ten poziom w projekcie, który z założenia ma być nowatorski, odważny i niepokorny – i to w taki sposób, w jaki definiuje to platforma z czerwonym N w logo. W materiałach, które oboje dostaliśmy, pada w końcu zastrzeżenie, że to „współczesna reinterpretacja”, a nie adaptacja.
Czy będzie burza? Pewnie tak, w końcu dziś lubimy oburzać się o wszystko. Nic nie robi zasięgów tak dobrze jak kontrowersja.
Czy ja się czuję oburzony, zniesmaczony, sprowokowany do rozdzierania szat? Broń Boże.
Doceniam (godną lepszej sprawy) konsekwencję, z jaką scenarzyści naszpikowali tę historię z założenia prowokacyjnymi elementami. 20 lub 30 lat temu arystokracja mówiąca jak bohaterowie wczesnych filmów Władysława Pasikowskiego pewnie byłaby skandalem i przełamaniem jakiegoś tabu. Ale dziś na ekranie widzieliśmy już chyba wszystko. Więc – parafrazując pamiętne słowa Wokulskiego z powieści – jest w tym dla mnie „tyle demona, ile trucizny w zapałce”.
Jaki jest nowy Wokulski? Na pewno poświęcono mu znacznie mniej uwagi niż w filmie Hasa czy serialu Bera. W obu wspomnianych produkcjach dostawaliśmy sporo informacji o jego przeszłości. To ułatwiało szersze spojrzenie na jego ambicje, motywacje i działania. Tu zdecydowano się rozegrać sprawę inaczej, co ma swoje lepsze i gorsze strony.
Stach Wokulski grany przez Tomasza Schuchardta to postać, którą poznajemy głównie w działaniu. Z wyjątkiem kilku chwil szczerości i wzburzenia jest raczej oszczędny w słowach. Bywa nieporadny na tanecznym parkiecie i przy stole, ale biznes to bez dwóch zdań jego żywioł.
W wielu scenach Schuchardt gra oszczędnie, na niuansach. Z jego spojrzeń i grymasów możemy próbować wyczytać, o czym tak naprawdę myśli Wokulski, gdy rozmawia z Łęckim, Izabelą czy Rzeckim. Czasem jest w tych oczach zagubienie, czasem smutek, a innym razem furia.
Nowy Wokulski na pewno wyróżnia się na tle grona arystokratów – co nie jest trudne, bo pokazano ich jako zgraję pijaków, degeneratów, darmozjadów i odklejonych od rzeczywistości dziwaków, ziejących pogardą do otoczenia. U Prusa i w klasycznych ekranizacjach męska część świata przedstawionego prezentowana była nieco ciekawiej i różnorodniej. To też czyniło portret Stacha bardziej wielowymiarowym, bo widzieliśmy go w różnych sytuacjach i relacjach. Pozostaje więc pewien niedosyt, ale nie wszystko da się zmieścić w 6 odcinkach…
Czy Wokulski był przegrywem albo stalkerem? Nie jestem fanem zadawania tego typu pytań, więc nie będę próbował na nie odpowiedzieć po obejrzeniu serialu. Niech każdy sam oceni.
Czy ten serial straciłby wiele, gdyby zatytułować go np. „Emancypantki” albo „Bluszcz”, a bohaterom dać nieco inne nazwiska? Nie mam takiego wrażenia. Twórcy zdecydowali inaczej. Jedni uznają to za chęć dialogu z klasyką, a inni za sprytny zabieg handlowy, który doceniłby sam Stach.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.