Nowe opcje vs. nowa czapeczka Trumpa. Jak wybory w USA wpłyną na Ukrainę

"Wiele zależy teraz od wyborów (połówkowych, tzw. midterms - red.) w Stanach Zjednoczonych. Ich wynik będzie miał wpływ na sytuację, niezależnie od tego, jaki będzie" - mówił prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla "The Sun" na tydzień przed amerykańską elekcją.
Tuż po głosowaniu, którego wyniki wskazują na odbicie Kongresu przez "niebieskich", z samej Rosji popłynął dość jasny sygnał. I jasna ocena Partii Demokratycznej.
"Podejście kierownictwa Partii Demokratycznej do relacji z Rosją jest zdecydowanie negatywne. Nie ma w tym nic nowego" - skomentował Siergiej Riabkow, wiceminister spraw zagranicznych Rosji, cytowany przez agencję RIA. Jak dodał, polityka Federacji Rosyjskiej wobec Ukrainy - i polityka zagraniczna w ogóle - nie ulegają zmianie.
Wybory w USA a Ukraina. Zwrotu nie będzie, ale...
Czy wraz ze zwycięstwem demokratów w Kongresie zmieni się podejście USA do wojny w Ukrainie, na co tak liczy Wołodymyr Zełenski?
Zdaniem dr. hab. Tomasza Płudowskiego, prof. Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie, gwałtownych zwrotów w polityce wobec Ukrainy nie należy się spodziewać.
- Początkowa fala szerokiego wsparcia wobec Ukrainy już za nami. Wtedy nikt nie zakładał, że wojna potrwa tak długo - wskazuje prof. Płudowski.
- Dzisiaj społeczeństwo amerykańskie odczuwa wyraźne zmęczenie długotrwałym zaangażowaniem militarnym. Dominowało tam przekonanie, że Stany Zjednoczone skupiały się na polityce zagranicznej kosztem spraw wewnętrznych, co negatywnie odbiło się na krajowej infrastrukturze, szkolnictwie czy ochronie zdrowia, czyli obszarach, których dofinansowanie popierają demokraci - dodaje.
Jak jednak zaznacza, "o ile zniecierpliwienie obywateli kosztami pomocy może być zrozumiałe, o tyle Donald Trump posunął się za daleko w próbach ponownego włączania Władimira Putina do instytucji międzynarodowych, akceptowaniu jego posunięć oraz pomniejszaniu wagi rosyjskich działań wojennych".
...zmieni się klimat
Zdaniem amerykanisty, żeby polityka USA wobec Ukrainy i Rosji uległa drastycznej zmianie, trzeba poczekać na wybory prezydenckie. - Natomiast na pewno zmieni się klimat - mówi rozmówca Interii.
Zwraca też na to uwagę prof. Małgorzata Zachara-Szymańska z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych na Uniwersytecie Jagiellońskim.
- Demokratyczny Kongres zmienia podejście Stanów Zjednoczonych jako państwa do konfliktu w Ukrainie - komentuje w rozmowie z Interią. Jak zauważa, "pojawiają się pewne możliwości". Jakie?
Wybory połówkowe światełkiem w tunelu dla Ukrainy
- Pierwsza, zupełnie konkretna, to kwestie ustawodawcze. Kongres w Stanach Zjednoczonych ma "władzę nad sakiewką", czyli dysponuje pieniędzmi. Jeśli przy władzy są demokraci, to może wrócić też przekonanie o konieczności wsparcia Ukrainy promowane przez prezydenta Joe Bidena, które Donald Trump zanegował. W ślad za tym pójdą rozwiązania ustawodawcze, które oferują wsparcie Ukrainie - mówi prof. Zachara-Szymańska.
Tylko co z prezydenckim wetem?
Stosowanie tego rozwiązania już zapowiedział Donald Trump, publikując na swoim koncie w mediach społecznościowych zdjęcie charakterystycznej czerwonej czapki z daszkiem. Z tym, że zamiast napisu "Make America Great Again", pojawiło się krótkie hasło: "veto".
Rozmówczyni Interii przyznaje, że jest to jasna zapowiedź, że prezydent USA ma zamiar torpedować ustawy, które będą wychodzić z demokratycznego Kongresu.
"Polityczne karty Trumpa słabną"
- Odrzucenie prezydenckiego weta wymaga większości 2/3 Kongresu. Takiej większości demokraci mieć nie będą - zauważa ekspertka. Jak jednak wskazuje, jesteśmy w fazie przetasowania amerykańskiej sceny politycznej.
- Wśród tradycyjnie umiarkowanych kongresmenów republikańskich, których część pozostanie w Senacie, panuje przekonanie, że Rosję należy powstrzymywać. Niektórzy z nich poprą ustawy forsowane przez demokratów, które dotyczą wsparcia Ukrainy. Będą działać zgodnie ze swoim przekonaniem, ale też świadomością, że karty polityczne Trumpa słabną - ocenia.
I zaznacza, że dziś już nie mamy do czynienia z sytuacją, jak przez pierwsze dwa lata urzędowania Donalda Trumpa w drugiej kadencji.
- Wówczas ktokolwiek z partii wystąpił przeciw prezydentowi, był skazany na porażkę. Prezydent traktował te przejawy niesubordynacji nie jako część debaty politycznej, tylko jako ataki wymierzone w niego - mówi.
Jak zaznacza prof. Zachara-Szymańska, jeśli chodzi o politykę USA wobec wojny w Ukrainie, pozostaje też kwestia sankcji na Rosję.
- Spodziewam się dążenia do negocjowania z obozem prezydenta na temat zaostrzenia sankcji i powstrzymywania przed ich ograniczaniem - prognozuje.
Kulawa kaczka w Białym Domu
Prof. Tomasz Płudowski zwraca z kolei uwagę, że porażkę republikanów w wyborach połówkowych można traktować "jako wotum nieufności obywateli wobec stylu i spuścizny politycznej Donalda Trumpa".
- Choć on sam mówi, że na pewno wynik byłby inny, gdyby był na liście, to w czasie kampanii widać było, że sami kandydaci republikańscy nie są tak chętni, by sobie z Trumpem robić zdjęcia - zauważa.
- Teraz Donald Trump przez pozostałe dwa lata kadencji stanie się, jak to się mówi, "kulawą kaczką", czyli lame duck - prezydentem pozbawionym poparcia społecznego oraz większości w obu izbach - dodaje.

Amerykańscy żołnierze w Polsce, fot. ilustracyjna Klaudia Radecka/NurPhotoGetty Images
A co ze stałą bazą USA w Polsce?
Przetasowania w amerykańskim Kongresie wywołały także pytania o polskie relacje z USA.
Marcin Przydacz zapewnił we wpisie na X, że Polska będzie kontynuować dobrą współpracę z USA, bo jest to nasz sojusznik, a kooperacja jest we wspólnym interesie.
"Zgodnie z przewidywaniami w wyborach połówkowych w USA wyborcy zdecydowali o zmianie. Wcześniej wygrywali republikanie, dziś demokraci" - napisał prezydencki minister.
Premier Donald Tusk wyraził nadzieję, otwiera się w nowym oknie, że wynik amerykańskich midtermsów "ustabilizuje sytuację także w naszym regionie".
Jednak szef klubu parlamentarnego PiS Mariusz Błaszczak, pytany rano w RMF FM, czy wygrana demokratów w wyborach do Kongresu ma znaczenie, jeśli chodzi o stałą bazę wojsk amerykańskich w Polsce, nie był optymistą. - Obawiam się, że tak i że ma to negatywne znaczenie dla Polski - ocenił.
Pytamy o to rozmówców Interii.
- Z samego faktu zwycięstwa demokratów nie wynika - ani formalnoprawnie, ani też polityczne - przekreślenie szansy na tę bazę. To przede wszystkim prezydent i Pentagon podejmują tę decyzję - komentuje prof. Zachara-Szymańska.
Jak dodaje, "demokratyczny Kongres może wywierać presję i ograniczać finansowanie tej obecności, bo to powoduje koszty".
- Ale nie może ani sam nakazać utworzenia bazy, ani powiedzieć, że jej nie będzie. Zarówno głoszenie poglądu, że baza będzie, jak i tego, że jej nie będzie, to przedwczesne prognozy - zaznacza.
Jak podkreśla, stała baza USA w Polsce to nie jest pomysł ugruntowany - administracja Trumpa prowadzi przegląd rozmieszczenia wojsk w Europie i wysłany jest sygnał o takiej możliwości.
- Warto o ten projekt zabiegać, ale do deklaracji na tak wczesnym etapie nie warto się przywiązywać - mówi.
Także prof. Płudowski z dystansem podchodzi do tematu. Jak zauważa, dojście do władzy demokratów w Kongresie nie przyniesie wielkiej zmiany w tym zakresie.
- Jednocześnie mam wątpliwość, czy sam Donald Trump rzeczywiście takiej bazy chce. Jest to koncepcja trudna do pogodzenia z polityką prezydenta USA wobec Rosji. Mało prawdopodobne jest, by dążył on do ustępstw czy układów z Putinem i jednocześnie decydował się na krok, któremu Rosja najbardziej się sprzeciwia, traktując zbliżanie się infrastruktury NATO do jej granic jako prowokację - mówi.
Podkreśla, że także demokraci nie wykazują chęci prowadzenia konfrontacyjnej polityki militarnej wobec Rosji.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.