Wyciek danych z platformy MyDr. Ekspert: do każdej firmy można się włamać
Adam Haertle o wycieku danych z platformy MyDr
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: Shutterstock
W środę Ministerstwo Cyfryzacji potwierdziło informację o cyberataku na firmę MyDr, w wyniku którego wyciekły dane 19 milionów Polaków, w tym informacje o wydanych receptach i przyjmowanych lekach. Firma jest dostawcą systemu do prowadzenia m.in. elektronicznej dokumentacji medycznej. Dane, które wyciekły, dotyczą klientów 12 tysięcy podmiotów medycznych - zarówno komercyjnych, jak i publicznych - korzystających z platformy.
- Jest to bardzo szeroki zakres informacji dotyczący naszego zdrowia, bo każda wizyta u lekarza opatrzona jest notatką z tej wizyty. Nie wiemy, czy te notatki w tym wypadku wyciekły, ale wiemy na pewno, że wyciekły informacje przynajmniej o części wystawianych recept, na podstawie których można bardzo dużo wywnioskować na temat naszego stanu zdrowia - powiedział Adam Haertle redaktor portalu Zaufana trzecia strona. Firma MyDr wciąż ustala czyje i jakie dane zostały wykradzione.
Donald Tusk o wycieku danych z MyDr
Źródło: TVN24
Tożsamość przestępców odpowiedzialnych za atak pozostaje nieznana ale, jak wyjaśnił ekspert, są pewne wskazówki, związane z ich sposobem komunikacji. To między innymi specyficzny angielski, najprawdopodobniej z rejonów azjatyckich, wykorzystywanie komunikatów charakterystycznych dla rosyjskiego internetu czy porozumiewanie się godzinach strefy czasowej dalekowschodniej Azji.
Nieznana pozostaje również kwota okupu, który przestępcy określają często mianem "opłaty za przeprowadzenie testów".
Scenariusze dla wycieku danych z MyDr
Jak twierdzi Adam Haertle w scenariuszu optymistycznym firma "dogada się z włamywaczami". Wówczas - najprawdopodobniej po wpłaceniu okupu - przestępcy pozbędą się wykradzionych informacji.
- W scenariuszu pesymistycznym do takiego porozumienia nie dojdzie albo przestępcy okażą się zupełnie nieuczciwi i nawet po otrzymaniu okupu będą chcieli wykradzione dane sprzedać dalej. W najgorszym scenariuszu te wrażliwe dane polskich obywateli trafią do wywiadu obcego kraju, który będzie mógł z nich zrobić nieprzyjemny dla Polski użytek - ocenił ekspert.
Pytany o to, jak mogło dojść do takiego wycieku, stwierdził, że "włamać można się do każdej firmy". - To nie wina firmy, że ktoś się do niej włamał, to wina hakerów. Natomiast ktoś nie zauważył tego włamania na czas. Nie upilnował tego, nie zauważył, że ktoś wykrada informacje, pozwalając hakerom na buszowanie w swojej sieci przez kilka dni. Firma niestety przyczyniła się do tego, że mogli wszystkie dane wyciągnąć - powiedział Haertle.
Zastrzeżenie numeru PESEL
Dodał również, że sam wyciek numeru PESEL nie stanowi większego zagrożenia. Przypomniał, że numery PESEL ponad trzech milionów Polaków pozostają jawne, jak chociażby w przypadku członków zarządu firm prawa handlowego. - Apokalipsy z tego tytułu nie ma - powiedział. Jednak dokumentacja lekarska zdaniem eksperta może posłużyć do szantażu albo do publicznej kompromitacji.
>>> "Każda osoba w Polsce powinna mieć zastrzeżony PESEL". Jak to zrobić?
W reakcji na wyciek Polacy masowo zaczęli zastrzegać swój PESEL za pośrednictwem aplikacji mObywatel. - To bardzo utrudnia życie przestępcom - ocenił. W przypadku, kiedy nie mamy zainstalowanej aplikacji mObywatel możemy zastrzec PESEL w urzędzie gminy, miasta albo dzielnicy. - Większość metod działania przestępców zostaje wtedy zablokowana - dodał Haertle.
Ekspert zachęca jednak do założenia konta na rządowej platformie, dodając, że jest to "jedno z najlepszych tego typu narzędzi w Europie".
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.