"5 tysięcy plus" Donalda Trumpa, czyli jak wygląda wyborcza desperacja [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Mario Cuomo, gubernator Nowego Jorku w latach 1983-94 powiedział kiedyś, że kampanie wyborcze politycy prowadzą w poezji, ale rządy sprawują już w prozie. Nawet biorąc poprawkę na prawidła "kampanijnej poezji" i specyfikę obecnego amerykańskiego prezydenta, obietnica, jaką w środę w nocy polskiego czasu Trump złożył na konwencji republikanów w Dallas, była niezwykła.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Komentatorzy od kilku dni zastanawiają się, czy propozycja Trumpa jest w ogóle realna, skąd rząd miałby wziąć na nią pieniądze, czy prezydent może uruchomić tak gigantyczne środki bez zgody Kongresu i czy będzie ją w stanie uzyskać, nawet gdyby jego partia zachowała nad nim kontrolę. Te rozważania są o tyle "akademickie", że dziś - dwa miesiące przed wyborami - wszystko wskazuje, że partia Trumpa utraci kontrolę zarówno nad Izbą Reprezentantów, jak i nad Senatem. Do czego znacząco przyczyni się rekordowa niepopularność Trumpa i jego administracji.
I obietnicę trumpowskiego "5 tysięcy plus" trzeba postrzegać przede wszystkim jako wyraz wyborczej desperacji Trumpa i jego otoczenia w wyborczym kontekście.
Teraz to republikanie chcą "przekupywać Amerykanów ich własnymi pieniędzmi"
Przy tym to, że w reakcji na sondażowe problemy Trump obiecuje rozdać masowo Amerykanom pieniądze - o ile odpowiednio zagłosują - a Partia Republikańska nie wydaje się mieć z tym w zasadzie żadnego problemu, pokazuje po raz kolejny, jak obecny prezydent zmienił amerykańską prawicę i jak bardzo republikanie funkcjonują dziś jako kult Trumpa.
Obietnica "5 tysięcy plus" stoi bowiem w kontrze do wartości i sposobu myślenia, jakie przez dekady stanowiły rdzeń republikańskiego DNA.
Republikanie od dekad budowali swój przekaz na sprzeciwie wobec programów socjalnych i instytucji państwa opiekuńczego - jak słabe nie byłyby one w Stanach na tle innych rozwiniętych demokracji - przekonując, że nie są one niczym innym jak "przekupywaniem" przez rząd ludzi ich własnymi, odebranymi im wcześniej w podatkach pieniędzmi.
Socjal - głosili najbardziej pryncypialni zwolennicy tego stanowiska - nie tylko jest gospodarczo nieefektywny, nie tylko uczy jego odbiorców "wyuczonej bezradności", ale jest też formą wyborczej korupcji, podmywającą republikańskie fundamenty amerykańskiego ustroju. Szczególnie paranoiczna część republikańskiej koalicji przekonywała wręcz latami, że demokraci wspierają migrację z "trzeciego świata", by zapewnić sobie armię uzależnionych od rządowych wydatków wyborców, których poparcie zapewni im nieskończoną władzę. Tego typu głosy rozbrzmiewały szczególnie głośno w otoczeniu Trumpa.
Dziś, gdy Trump sam proponuje, by zapłacić obywatelom rządowymi pieniędzmi za to, że odpowiednio zagłosują w wyborach, w Partii Republikańskiej, choć nie słychać entuzjazmu, to tym bardziej nie słychać znaczącego sprzeciwu. Republikańscy politycy pewnie czekają, co ostatecznie wykluje się z propozycji, czy nie przybierze ona na przykład bardziej wpisującej się w tożsamość partii propozycji cięć podatków, pozwalającej każdemu oszczędzić 5 tysięcy dolarów - co jednak znaczące w Dallas, Trump zupełnie nie przedstawił tego w ten sposób.
Wszystko to pokazuje, że dziś tożsamością partii republikańskiej jest to, co powie Trump. Bo choć w skali kraju prezydent jest coraz bardziej niepopularny, to Partia Republikańska cały czas pozostaje pod jego kontrolą - i być może trzeba będzie dopiero zdecydowanej wyborczej klęski w listopadzie, by zaczęła się w końcu od niej wyzwalać.
Problem jest gdzie indziej
Przy tym sam pomysł, by rząd wysłał każdemu dorosłemu obywatelowi i obywatelce czek na określoną sumę nie jest zupełnie absurdalny. Problem w tym, że dzisiejsza sytuacja gospodarcza wymaga zupełnie innych narzędzi. Pieniądze w gospodarkę można, a czasem nawet trzeba, pompować wtedy, gdy problemem jest zbyt niski poziom konsumpcji i efektywnego popytu - np. w warunkach paraliżującej normalną aktywność gospodarczą pandemii.
Dziś amerykańska gospodarka ma problem z czym innym - z inflacją przekładającą się na koszty życia. Dwa główne czynniki napędzające inflację to z jednej strony wojna na Bliskim Wschodzie, z drugiej bańka inwestycji w AI. Oba przekładają się na rosnące koszty energii, ta druga podnosi też koszty chipów komputerowych czy pracy w takich branżach jak budowlanka - bo za budowę centrów danych trzeba zapłacić pracownikom i firmom budowlanym.
5 tysięcy dla każdego nie rozwiązuje problemów z kosztami życia, wręcz przeciwnie, wrzucenie biliona dolarów do kieszeni Amerykanów może być kolejnym czynnikiem sprzyjającym inflacji. Co kluczowe dla Trumpa i republikanów, obietnica "5 tysięcy plus" może też nie zadziałać wyborczo - bo wyborcy bardziej niż obietnicą czeku po wyborach mogą kierować się przy urnach tym, ile dziś kosztuje benzyna. A ta w sierpniu była w Stanach o ponad 27 proc. droższa niż rok wcześniej, co przekłada się też na ceny innych produktów.
Trump już wcześniej zresztą obiecywał każdemu obywatelowi 2 tysiące dolarów z tytułu wpływów z nałożonych przez siebie ceł i choć zbliża się połowa kadencji, nikt tych pieniędzy jak dotąd nie zobaczył.
Rachunek za wojnę
Tego samego dnia, gdy Trump składał w Dallas hojne obietnice z Bliskiego Wschodu, przyszły kolejne niepokojące dla Amerykanów informacje. Po atakach z terytorium Iraku - najpewniej przeprowadzonych przez związane z Iranem grupy - Arabia Saudyjska wstrzymała prace kluczowego rurociągu, którym przesyłała ropę na zachód, do portów nad Morzem Czerwonym. Eksport ropy tą drogą pozwalał ominąć Zatokę Ormuz, będącą obszarem konfliktu Iranu ze Stanami.
Jednocześnie Huti, jemeński ruch wspierany przez Iran, przejął kontrolę nad kluczowym dla żeglugi u wejścia do Morza Czerwonego portem i wyspą, co może oznaczać zamknięcie kolejnego kluczowego dla eksportu ropy szlaku. W efekcie ceny ropy w piątek na chwilę przekroczyły 110 dolarów za baryłkę - osiągając wartość dwukrotnie większą niż przed wojną Trumpa z Iranem.
Wszystkich tych problemów nie byłoby, gdyby Trump w lutym nie zaatakował wspólnie z Izraelem Iranu. Dziś wojna wygląda na największy błąd drugiej kadencji Trumpa. Amerykanie zaatakowali Iran bez żadnego dobrego planu, lekceważąc przeciwnika i jego możliwości eskalacji konfliktu.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy Trump na przemian zapowiadał, że już za chwilę porozumie się z Iranem i groził krajowi całkowitym zniszczeniem. Jednocześnie Stany nie są w stanie zadać Iranowi zdecydowanego ciosu, bo wymagałoby to większego zaangażowania wojskowego, niż byłaby to w stanie zaakceptować opinia publiczna.
Wojna ta w żaden sposób nie była przy tym konieczna, Iran nie stwarzał dla Stanów zagrożenia uzasadniającego użycie siły. Trump obiecywał przy tym, że skończy z angażowaniem Stanów w pozbawione sensu wojny w odległych częściach świata. Nawet jeśli przed wyborami w listopadzie Trumpowi uda się jakoś porozumieć z Iranem, przywracając warunki do normalnego eksportu ropy z regionu, to i tak trudno będzie to uznać za sukces prezydenta i dowód siły kierowanego przez niego kraju. I Amerykanie w listopadzie skorzystają z okazji, by pokazać administracji co myślą o jej irańskiej polityce.
Stawka istotna też dla Trumpa
Trump rzadko przejmował się wyborami, w których na karcie wyborczej nie pojawiało się jego nazwisko. W przypadku tegorocznych wyborów do Kongresu jest jednak inaczej. Zanim zaczęła się kampania, naciskał na rządzone przez republikanów stany, by zmieniły granice okręgów wyborczych tak, by maksymalnie zwiększyć szanse republikanów na dodatkowe mandaty. Następnie ingerował w republikańskie prawybory, by eliminować swoich przeciwników w partii. Teraz wystąpił na partyjnej konwencji w wyborach w środku kadencji - choć w Stanach partie konwencje organizują na ogół tylko w okresie wyborów prezydenckich - wzywając swoich zwolenników, by zachowywali się, jakby Trump był na karcie wyborczej.
Dlaczego te wybory są tak ważne dla Trumpa, mimo tego, że sam nie startuje? Dlatego że jeśli demokraci odzyskają kontrolę nad Kongresem, oznacza to dla niego szereg problemów. I nie chodzi tylko o możliwy kolejny impeachment, choć pewnie dojdzie do kolejnej, trzeciej próby odsunięcia Trumpa z urzędu, która tak jak dwie poprzednie upadnie w Senacie, gdzie zabraknie koniecznej większości dwóch trzecich głosów.
Kluczowe jest coś innego: jeśli demokraci przejmą kontrolę nad obiema izbami Kongresu, to Trump nie przeprowadzi już żadnej istotnej legislacyjnej zmiany, która zapisałaby się w historii jako jego dziedzictwo. Gdyby przejęli kontrolę nad Senatem, to nie nominowałby nawet kolejnych konserwatywnych sędziów do Sądu Najwyższego. A pierwsze dwa lata obecnej kadencji nie obfitowały w przełomowe zmiany, z którymi na lata dobrze kojarzyłyby się ludziom z Trumpem - co odzwierciedlają fatalne notowania prezydenta.
Z wrogim Kongresem Trumpowi pozostanie w zasadzie budowanie sali balowej w Białym Domu. Także Partia Republikańska coraz mniej będzie się z nim liczyć, reorientując się na przyszłość po Trumpie. A obecny prezydent niczego tak się nie boi jak utraty statusu i znaczenia.
Aby temu zapobiec, gotów będzie rzucić na stół znacznie więcej niż obiecany w Dallas bilion. Zwłaszcza gdy płaci nie on, a podatnicy.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.