Porażka Trumpa zwycięstwem Tuska? Najwyżej częściowym

Wziąłem udział w Forum Krynica, ciekawym zbiorze paneli i debat firmowanych przez Klub Jagielloński. Zaproszono mnie do panelu pod tytułem: "Wybory w USA: Kryzys trumpizmu?". Jestem historykiem amerykańskiej polityki, tej dawniejszej, ale trudno ją oddzielić od dzisiejszej.
Debatowaliśmy w doborowym gronie: poza mną Marek Magierowski (ambasador w USA, dziś komentator Wirtualnej Polski), Tomasz Wróblewski (przewodniczący Warsaw Enterprise Institute) i Jakub Dymek (autor podcastu, człowiek o lewicowym rodowodzie). Prowadziła sprawnie Joanna Pinkwart z Kanału Zero.
Chwilami się spieraliśmy o konkretne diagnozy, ale coś nas łączyło. Ani nie straszyliśmy Donaldem Trumpem dzieci, jak polski liberalny mainstream, ani nie wykonywaliśmy tańca godowego wokół niego, jak znaczna część prawicy.
Kogo Trump pociągnie w dół?
W pewnym momencie Jakub Dymek zauważył, że wybory do Izby Reprezentantów i częściowe do Senatu, które mogą Trumpa osłabić, będą miały jeszcze inny wymiar. To coś w rodzaju prawyborów w Polsce, przed wyborami parlamentarnymi za rok. One mogą uderzyć w polską prawicę, łącznie z niestartującym w roku 2027 prezydentem Karolem Nawrockim, jeśli demokraci przejmą kontrolę nad obiema izbami Kongresu. Ale jeśli Trump, który stał się twarzą republikańskiej kampanii, obroni stan posiadania republikanów, to może być dla odmiany swoista porażka Donalda Tuska.
Pozostała trójka trochę z redaktorem Dymkiem polemizowała. Ale też nie całkiem, bo jakaś racja w tym była. Więc powtórzmy pytanie o relacje między wyborami w połowie kadencji Trumpa, a polską polityką.
Zacznijmy od rzeczywistości wirtualnej. Mamy coś w rodzaju globalizacji polityki wewnętrznej poszczególnych państw, a w szczególności światowego mocarstwa, jakim są USA. Z pewnością jeśli Partia Demokratyczna zdobędzie kontrolę nad choć jedną z izb Kongresu, polscy liberałowie i lewica ogłoszą swoje zwycięstwo. Będą tak mówili politycy, zwłaszcza ci drugiego szeregu, a liderzy z samym Tuskiem postarają się o czytelne aluzje. Powtarzać to będzie tłum komentatorów.
Prawica odpowie, że to przecież nie jej sprawa, ale poczuje się przyparta do muru. Jej niektórzy politycy zachowywali się tak, jakby reprezentowali ruch MAGA. Teraz to zostanie obrócone przeciw nim.
Do tej pory musieli robić dobrą minę do złej gry, kiedy Trump wykonywał na przykład zbyt serdeczne gesty wobec Putina. W efekcie powoływali się na niego trochę mniej, a Karol Nawrocki musiał kilka razy delikatnie odcinać się od stanowiska Białego Domu. Teraz to zostanie powiązane z porażką republikanów, których tracący popularność Trump ciągnie w dół.
Oczywiście w samej amerykańskiej kampanii temat polityki wobec naszego regionu odgrywa rolę trzeciorzędną. Trump płaci cenę za niezrozumiałą wojnę z Iranem i za rosnące ceny benzyny, a nie za "zdradę" Europy wschodniej. Jednak i to Tusk może wykorzystać po trosze na swoją korzyść. Przecież obwiniał amerykańską administrację o wysokie ceny na stacjach benzynowych w Polsce.
Rozumiem przeświadczenie prawicy, że Trump zmienił globalny układ sił w wojnie kulturowej na całym świecie. I formułowaną pokrętnie nadzieję, że nawet jeśli wyda Ukrainę w ręce Rosji (do czego zmierza, choć niekonsekwentnie), to utrzyma przynajmniej jakiś parasol nad Polską. Rozumiem, choć przestrzegałem, że zbyt mocna identyfikacja z Trumpem może prawicy wyjść bokiem. Takie są prawa polityki tabloidalnej, opartej na pisaniu wszelkich haseł grubą krechą.
A zarazem ten koszt może nie być aż tak dolegliwy, jak by chcieli Radosław Sikorski z Tomaszem Lisem. Widzę teraz na lewicowych i liberalnych portalach gromkie przekonanie, że Trump zostanie całkiem zablokowany. To nie jest prawda. Jedni piszą tak z ignorancji, inni dla propagandy.

Jaki plan ma Trump na wybory?KENT NISHIMURAAFP
Trump jak rozgrywający kombinuje, by zostać w grze
W dotychczasowej historii USA prezydent, którego partia przegrywała Kongres w połowie kadencji, miał trudniej, ale nie był bez szans. W roku 1946 liberalny (czyli lewicowy) demokrata Harry Truman był tak niepopularny, że przewodniczący jego partii poprosił go, aby nie włączał się w połówkową kampanię. Zastosował się, co nie uratowało demokratów przed porażką. Z Trumpem było to oczywiście niemożliwe, on nawet tracąc popularność (skądinąd do poziomu Tuska po trzech latach rządów) ma wciąż gigantyczny wpływ na partię. Stąd kampania toczyła się do ostatniej chwili wokół niego.
Dodajmy zarazem, że Truman, wchodząc w zwady z republikańskim Kongresem, wygrał wybory prezydenckie w roku 1948. Z jednej strony wetował ustawy, z drugiej zasypywał kongresmenów i senatorów socjalnymi propozycjami, oskarżając o egoizm. Trump jest zawodnikiem, którego beznadziejne sytuacje utwardzają i czynią zawodnikiem wyjątkowo trudnym.
Dodajmy coś jeszcze. Pewnie zaraz po wyborach jedni będą świętować osaczenie Trumpa, inni go opłakiwać. Może się jednak okazać, że za kilka miesięcy tę jego porażkę niemal zapomnimy. Prowadzi on politykę coraz większego kumulowania władzy w swoich rękach i obchodzenia zarówno Kongresu jak i sądów. Dam dwa przykłady.
Według ustawy po 60 dniach zaangażowania sił zbrojnych za granicą prezydent powinien wystąpić do Kongresu o zatwierdzenie wojennych działań. Jest zaangażowany w Iranie od lutego. Ale używa różnych kruczków, żeby tego nie zrobić. A kiedy kontrolowany przez republikanów Kongres zażądał tego ustawą (kilku członków partii w tej sprawie go zdradziło), po prostu tę ustawę zawetował.
Inny przykład: już w lutym tego roku Sąd Najwyższy orzekł, że prezydent nie ma prawa do nakładania ceł bez zgody Kongresu. I co? Trump nadal je nakłada, powołując się na bałamutną wykładnię jednej z ustaw. Będzie więc wciąż występował w roli głównego rozgrywającego. Oczywiście demokraci mogą mu zadawać ciosy rozmaitymi dochodzeniami, mogą nawet uruchomić impeachment, do czego jednak potrzebują dwie trzecie głosów, a tego mieć nie będą.
Nadal w roli samca alfa
Donald Trump nadal będzie samcem alfa. Więc i polskie władze będą musiały zabiegać o jego korzystne dla Polski decyzje. A prawica może nadal po pewnej dezorientacji prężyć muskuły, chlubiąc się jego przyjaźnią. To on, a nie demokratyczny Kongres, będzie decydował o obecności wojsk amerykańskich w Polsce, czyli o stałej bazie. Skądinąd większość demokratów tego akurat nie kwestionuje.
Widzę to za to dwa inne zagrożenia. Dziś polska prawica nie jest już na ogół proukraińska, a obie Konfederacje ustawiły się wręcz bokiem wobec Rosji. Ale jeśli Trump posunie się za daleko w osłabianiu NATO-wskiej solidarności, jeśli faktycznie narzuci Kijowowi nową Jałtę, a zwłaszcza jeśli dla Putina zacznie zdradzać swoich formalnych sojuszników z naszego regionu, to się może Polakom nie spodobać. Przyjazne relacje z prezydentem USA będą znaczyć w oczach naszego społeczeństwa mniej niż dziś.
Jest i inne niebezpieczeństwo. Jeśli nawet dziś republikanie przegrają walkę o Kongres, mają szansę na prezydenturę w roku 2028. Tylko czy Trump pomoże republikańskiemu kandydatowi na swego następcę (J. D. Vance'owi? Marko Rubbio?), czy przeciwnie - zacznie mu rzucać kłody pod nogi, ba, spróbuje kandydować wbrew konstytucji i wbrew prawom biologii, co grozić będzie piramidalną awanturą.
Wtedy demokraci wezmą za dwa lata wszystko, co dla polskiej prawicy będzie ciosem. Czy pójdą drogą przetartą przez Joe Bidena, więc życzliwszą Europie? Czy może za swoim lewym skrzydłem podążą paradoksalnie drogą obecnego ruchu MAGA. Wszak sam Trump wyciągnął tylko wniosek z tego, że czas zimnej wojny się kończy.
Może demokraci spróbują, tak jak on dziś, przekupić Rosję, aby nie wiązała się z Chinami. Dziś mówią co innego, ale wszystko jest przy takim tempie zmian możliwe. Stary ład zbudowany po II wojnie światowej jest już nie do odbudowania. Polacy muszą się szykować na ciężkie czasy.
"Polityczny WF": Czy Nawrocki wpuści ludzi Brauna do Pałacu?INTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.