Białoruski generał puszcza oko do Polski. Chodzi o nawozy i Amerykanów
Białoruś nie przestaje być groźnym sąsiadem. To stamtąd od kilku lat kierowane są fale migrantów uderzające we wschodnią granicę Polski, a Mińsk konsekwentnie przedstawiał Polskę i Litwę jako źródło zagrożenia - właśnie tym Aleksandr Łukaszenka uzasadniał rozbudowę armii i kolejne ćwiczenia wojskowe.
Tym bardziej zaskakuje to, co 16 sierpnia powiedział dowódca białoruskich Sił Powietrznych gen. Andriej Łukjanowicz. W państwowej telewizji STV zapewnił, że przy zachodniej granicy "zagrożeń nie ma", a białoruscy wojskowi wymieniają się z Polską, Litwą i Łotwą informacjami o lotach w pasie przygranicznym. Takich słów z Mińska nie było od pięciu lat.
Łukasz Maziewski, Wirtualna Polska: Zacznijmy od tego, co mówił generał Łukjanowicz. Dowódca białoruskich Sił Powietrznych zapewnił w państwowej telewizji STV, że przy zachodniej granicy "zagrożeń nie ma", a jego służby wymieniają się z Polską, Litwą i Łotwą informacjami o lotach w pasie przygranicznym. Dlaczego to powiedział? Czy to było puszczenie oka, które ma nas doprowadzić do jakiegoś odprężenia, do resetu między naszymi krajami - i w którą stronę to idzie w pana ocenie?
Paweł Kazanecki, politolog i działacz na rzecz praw człowieka: Na razie Białoruś manewruje. Tak naprawdę żadne poważne ruchy wojskowe na Białorusi się nie odbywają. Postępuje natomiast powolna, ale coraz większa dyslokacja wojsk rosyjskich na teren Białorusi. Ale póki toczy się wojna z Ukrainą, poważniejsze przerzuty rosyjskich sił nie są możliwe.
Ale rosyjska obecność rośnie. Co dziś na Białorusi jest realnie rosyjskie?
Na Białorusi są obecnie dwie-trzy strategicznie ważne rosyjskie bazy wojskowe. Pierwsza to baza lotnicza w Baranowiczach, z samolotami Su-30. Druga to Gancewicze, z systemem ostrzegania przed atakiem rakietowym oraz możliwością kierowania dronami. A trzecia - w Wilejce, gdzie mieści się centrum łączności rosyjskiej floty.
Zatrzymajmy się przy tych Su-30. To wielozadaniowe myśliwce, w tej samej klasie co nasze F-16. Białoruś ma ich tyle, żeby stanowić realne zagrożenie?
Białoruś kupuje je od Rosji systematycznie, po trochu, zgodnie z umową z 2017 r. Ale białoruskie inwestycje wojskowe nie są duże. Mowa w tej chwili o 19 samolotach Su-30, choć nie jestem pewien, czy Rosja dostarczyła już wszystkie. Przypomnijmy jednak istotną rzecz: to właśnie od strony Białorusi rosyjskie wojska weszły na teren Ukrainy. Zrobiono to dla zaskoczenia - nikt nie spodziewał się, że rosyjscy żołnierze będą przechodzić przez błota Polesia i skażone tereny wokół Czarnobyla.
Okazało się, że jednak tak.
Tak, ale w tej chwili tego manewru nie dałoby się powtórzyć. Myślę, że Rosjanie mają tego świadomość, bo Ukraińcy przez ostatnie lata zrobili wiele, żeby tę linię umocnić. A jeśli spojrzymy na działania armii rosyjskiej, to prowadzone są one bezpośrednio przez granicę rosyjsko-ukraińską. Nie wydaje mi się też, żeby włączenie Białorusinów do wojny w jakikolwiek sposób zwiększyło potencjał rosyjski. Zresztą oni sami tego nie chcą.
A jak do wojny w Ukrainie nastawieni są sami Białorusini — nie tylko cywile, ale i wojsko?
Negatywne. Oni tej wojny nie chcą, a tym bardziej nie chcą bezpośredniego zaangażowania swojej armii. I dotyczy to nie tylko zwykłych obywateli, ale myślę, że również samych żołnierzy. W Ukrainie walczyć nie chcą.
Wróćmy zatem do generała Łukjanowicza. Skoro nie chodzi o wojsko - to do kogo on właściwie mówił?
Byłbym gotów myśleć o tym właśnie jako o mrugnięciu, puszczeniu oka do Polski. Łukaszenka, jak mówiłem, nie jest w ogóle zainteresowany udziałem w wojnie rosyjsko-ukraińskiej. A tym bardziej myśleniem o agresji na Unię Europejską czy Polskę. Nie ma do tego zasobów, a jego najważniejszym celem jest przetrwanie reżimu. Dlatego jeśli cokolwiek zrobi, będą to działania markowane - na tyle, na ile Rosja go do nich zmusi.
Czym w takim razie zajmuje się Łukaszenka, jeśli nie wojną? Gospodarką?
Tak, jest zainteresowany odnowieniem stosunków gospodarczych z Unią Europejską. I oczywiście ze Stanami Zjednoczonymi, co być może jest w tej chwili bardziej realne. Robi to na różne sposoby - zarówno wypuszczając więźniów politycznych, jak i prowadząc rozmowy dyplomatyczne.
Jest jeszcze trzeci kierunek: Chiny i tranzyt chińskich towarów przez Białoruś.
Oczywiście. To dziś główne źródło dochodów - tranzyt chińskich towarów do Europy. Białoruś stała się dla Chin olbrzymim hubem handlowym i to właśnie ten kierunek jest w tej chwili najważniejszy. Stosunki gospodarcze z Chinami i chińskie inwestycje na Białorusi są nastawione na rozszerzanie handlu z Unią Europejską.
A jakie jest miejsce Polski w tej układance?
Białoruś najbardziej liczy na zniesienie sankcji na eksport nawozów. To perła w koronie tamtejszego przemysłu, i to z prostego powodu - sole potasowe są w zasadzie jedynym surowcem, jaki Białoruś ma. Ten handel szedł głównie do Europy, ale też do wielu innych krajów świata. Sankcje unijne go zamroziły. Warto przy tym zwrócić uwagę na budowę dużych terminali kontenerowych w Gdańsku i Szczecinie. Pozwolą one ominąć chiński tranzyt przez Białoruś. Polska działa więc wielotorowo.
I tu wchodzą Amerykanie. Okazuje się, że rolnictwo w USA potrzebuje tego samego, co Białoruś ma pod ziemią?
Tak, bo wojny celne z Kanadą zerwały łączące oba kraje więzi gospodarcze. A Kanada eksportowała do USA ogromne ilości nawozów. Dla Łukaszenki karta amerykańska rzeczywiście częściowo się odwróciła.
A Europa? Nie wygląda na gotową do interesów z Mińskiem…
Tym bardziej że Europa zawsze traktowała Białoruś jako część stosunków gospodarczych z Rosją, a nie jako samodzielnego gracza. I sądzę, że słusznie, bo Białoruś sama się w takiej pozycji ustawiła - ze względów ekonomicznych, ale także wojskowych. Kolejne umowy w ramach Państwa Związkowego coraz bardziej uzależniały ją od Moskwy.
Czyli Europa próbowała wyrwać Białoruś z rąk Rosji i przegrała. A może nigdy nie próbowała naprawdę?
Oczywiście możemy się zastanawiać, czy warto to robić. Pewnie tak, tylko osobiście nie wierzę w to, że obecnie jest to możliwe. Wszystkie działania, które przez ostatnie 20 czy 30 lat były prowadzone przede wszystkim przez Niemców, aby właśnie "oswoić" Łukaszenkę i zbudować jakieś mosty między nim a Europą, spaliły na panewce.
Dlaczego?
Z bardzo prostego powodu: Europa nie jest w stanie finansowo zaproponować takiej stabilności czy być tak poważną alternatywą dla pieniędzy, przede wszystkim pożyczek, którymi cały czas Rosja karmi Białoruś. I dopóki nie nastąpi sama zmiana polityczna wewnątrz Rosji, to nie widzę szans na realne działania Łukaszenki jako samodzielnego podmiotu.
Traktujemy to, co dzieje się na Białorusi, jako wypadkową tego, co dzieje się w Rosji — i nic się nie zmienia. Myślę, że wtedy, kiedy można było budować współpracę z Łukaszenką jako podmiotem samodzielnym albo częściowo samodzielnym, tej szansy politycznej nie wykorzystaliśmy. Dało się to zrobić mniej więcej do 2010 r., do wyborów prezydenckich, po których reżim po raz pierwszy sięgnął po naprawdę zdecydowane represje wobec opozycji. Były zatrzymania, tortury w więzieniach, podpisywanie lojalek…
I potem już poszło.
Białoruś coraz bardziej odwracała się od Europy, właśnie w stronę Rosji. Podpisywano kolejne umowy w ramach Związku Białorusi i Rosji.
A co się wydarzyło w 2010 r.? Określam tę datę jako symboliczną cezurę. I na dziś Białoruś nie ma tak naprawdę żadnej autonomii wojskowej wobec Rosji. Nie była w stanie nawet przeciwstawić się wejściu wojsk rosyjskich na Ukrainę przez swoje terytorium w 2022 r.
Trudno mówić także o niezależnej gospodarce białoruskiej. Łukaszenka oczywiście próbuje robić międzynarodowe interesy, głównie z krajami afrykańskimi i azjatyckimi, ale niezależności od Rosji mu to nie daje. Upadł też handel ropą naftową z Wenezuelą. Wydaje mi się więc, że na myślenie o odciąganiu Łukaszenki od Rosji jest z jednej strony za późno, a z drugiej za wcześnie.
A jednak z Amerykanami rozmawia.
Nie wierzę w to, żeby mógł prowadzić samodzielną grę. Nawet dzisiaj, kiedy rozmawia z Amerykanami i wypuszcza więźniów politycznych - a właściwie nimi handluje - traktuje się to jako gest niezależności od Rosji.
Słusznie?
Nie mogę tego tak interpretować. Te gesty są zsynchronizowane z wymianami jeńców ukraińskich przez Rosję i nie zdziwiłbym się, gdyby Łukaszenka uzgadniał je wprost z Putinem.
A jednak rok temu to Białorusini ostrzegli nas, że w stronę Polski lecą rosyjskie drony. Zmniejszyli też presję migracyjną na granicy. To już nie są gesty pod Moskwę.
Łukaszenka chciałby zachować autonomię, być samodzielnym graczem. Ale pytanie, ile on realnie może ugrać. Zgoda, ostrzegł Polskę. Tylko to nadal działanie na poziomie puszczenia oka, a nie samodzielnej rozgrywki. Jego możliwości są naprawdę ograniczone. I druga sprawa, czyli granica. Myślę, że w pewnym momencie stracił zainteresowanie tym narzędziem, bo uznał, że zmniejszając presję, ugra więcej. Dam ważniejszy przykład - odłączanie systemów elektronicznych do kierowania dronami, na co naciskał Wołodymyr Zełenski.
Ale to nadal drobne gesty.
Takie, na które Łukaszenkę stać?
Właśnie tak! Ale to niewiele w porównaniu z możliwościami Kazachstanu czy Armenii, które coraz bardziej wychodzą spod wpływów rosyjskich. Głównie dlatego, że ich stosunki gospodarcze są dużo bardziej zdywersyfikowane niż białoruskie. W Kazachstanie rosną wpływy chińskie, a nawet amerykańskie, Armenia zaś rozszerza współpracę z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi - mimo uzależnienia energetycznego od Rosji. Skala tych działań jest z białoruskimi nieporównywalna.
To skąd wzięli się Amerykanie w Mińsku?
Na razie nie widzę w tym długoterminowej zmiany. To raczej zwrot doraźny, związany z polityką Donalda Trumpa i jego administracji - wykorzystanie "okna możliwości". Stosunki amerykańsko-białoruskie są zamrożone od wielu lat, dlatego każde drgnięcie odczytuje się jako rewolucję. Pamiętajmy, że do 2022 r. i wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej to Europa budowała stosunki gospodarcze z Łukaszenką i próbowała zachęcić go do kontaktów z Zachodem. Stany Zjednoczone od co najmniej 2006 r. prowadziły bardzo ostrą politykę izolacji Białorusi.
W jaki sposób?
Jeszcze niedawno ambasada amerykańska odpowiedzialna za stosunki z Białorusią mieściła się w Wilnie, a nie w Mińsku. W grudniu 2025 r. ogłoszono, że Stany Zjednoczone i Białoruś podpisały umowę o odnowieniu stosunków dyplomatycznych oraz o handlu solami potasowymi. Tyle że motywacje amerykańskie są moim zdaniem czysto ekonomiczne - chodzi o brak nawozów potasowych na rynku amerykańskim i o to, że alternatywy trudno szukać, bo światowe zasoby soli potasowych są ograniczone.
Czyli nie ideologia, a pragmatyzm stoi za działaniami USA?
Tak, i to raczej jako średnioterminowe rozwiązanie problemów ekonomicznych. Przez administrację amerykańską. Te nawozy muszą być jakoś eksportowane. I drogi są dwie: przez Polskę, albo przez Litwę.
Przez port w Kłajpedzie.
Dokładnie. Do tej pory szlak nie został uruchomiony na nowo — głównie dlatego, że Litwa ma olbrzymie obawy o swoje bezpieczeństwo ze strony Białorusi. Mówiąc o przesmyku suwalskim, łatwo zapominamy, że w ogromnej mierze obejmuje on tereny litewskie. A Litwa jest krajem o wiele mniejszym od Polski - i pod względem liczby ludności, i powierzchni. Stąd tamtejsze obawy są dużo większe.
Ten strach jest uzasadniony. Ale czy przekłada się na politykę?
Przypomnę w tym miejscu, że kiedy Polska nawoływała Unię Europejską w okolicach 2010 r. do izolacji Białorusi, to Litwa cały czas z Białorusią handlowała. Przez litewskie porty cały czas szedł eksport i import towarów przeznaczonych dla Białorusi. Dlatego Litwa była zawsze zwolennikiem tego otwarcia ekonomicznego. Stąd na Białorusi można kupić "białoruskie krewetki" czy inne produkty morskie.
Czyli mówią jedno, a robią drugie?
Mimo ostrych deklaracji ten handel zawsze się rozwijał. Był w latach 90. taki moment, gdy Białoruś myślała o tym, żeby jej portem przeładunkowym została Gdynia. Wybrano jednak Kłajpedę i powstał strategiczny układ między Litwą a Łukaszenką. W zasadzie nierozerwalny - do 2020 r.
Do wyborów prezydenckich, po których ruszył kryzys migracyjny.
Ta migracja była oczywiście odczuwalna dla Polski, ale dla Litwy to był właściwie wielki kryzys. Litwini przez 30 lat pracowali nad tym, żeby usunąć z Wilna język rosyjski — bo to nie polski tam dominował, tylko właśnie rosyjski. I po sukcesach w litwinizacji ziemi wileńskiej nagle, po 2020 r., znów pojawili się na Litwie rosyjskojęzyczni migranci z Białorusi. To zmieniało sytuację bezpieczeństwa, na co Wilno musiało zareagować. Kiedy więc Unia zaczęła wprowadzać sankcje wobec Białorusi, Litwa chętnie się do nich dołączyła.
Wilno poszło wtedy jeszcze dalej - postawiło na Tajwan i wypadło z chińskiej wymiany handlowej. Czy to ta sama logika?
To bardzo mocno zdeklarowany wybór geopolityczny. Moim zdaniem promieniujący także na stosunki Litwy z dzisiejszą Białorusią. I tu wracamy do eksportu nawozów przez Kłajpedę. W litewskim parlamencie zaczęła się o tym dyskusja, ale nie jest jeszcze rozstrzygnięta. A Amerykanie w każdej chwili mogą tupnąć nogą i zmusić Litwinów do otwarcia portu na handel nawozami.
Czyli Waszyngton i Mińsk to sojusz z rozsądku, na glebie mocno użyźnionej nawozami. A poza handlem coś się w tych relacjach dzieje? Amerykańskie inwestycje na Białorusi?
Jeżeli mówimy o stosunkach gospodarczych - nie dzieje się nic. I myślę, że nawet Amerykanie nie mają w tej chwili żadnych planów. To kwestia ogólnej sytuacji w regionie, bardzo niestabilnej. O inwestycjach nikt teraz nie będzie myślał, może poza ewentualnym zaangażowaniem w przemysł zbrojeniowy Ukrainy. Postawiłbym raczej pytanie o rolę Białorusi w stosunkach rosyjsko-amerykańskich.
Proszę bardzo, pytam: jaką rolę Białoruś odgrywa w relacjach Waszyngtonu z Moskwą?
Wydaje mi się, że Amerykanie wykorzystują bardzo różne sposoby wyjścia na rosyjską administrację. I rozmowy prowadzone przez Łukaszenkę mogą być jednym z takich elementów. To, że z Łukaszenką rozmawiają te same osoby, które prowadzą rozmowy z Putinem, świadczy o tym, że jest to szersze myślenie administracji amerykańskiej o prowadzeniu dyplomacji w tym regionie. Trudno powiedzieć, co jest tak naprawdę w tej chwili strategią dyplomatyczną Amerykanów.
Odnoszę wrażenie, że Amerykanie zdecydowanie postawili na oficjalne odnowienie stosunków dyplomatycznych z Mińskiem, bo widzą w tym kwestie strategiczne. To wiąże się również z działaniami wobec opozycji. Zamknięcie przez Donalda Trumpa programu USAID, czyli jednego z najważniejszych instrumentów międzynarodowej polityki amerykańskiej, prowadzonej w ciągu ostatnich 30 lat, było zlikwidowaniem soft power tej polityki.
I to był błąd?
To była silna metoda oddziaływania na kraje trzeciego świata i na kraje naszego regionu. Wraz z agencją zamknięto amerykańskie programy wsparcia białoruskiej opozycji. To jeden z elementów.
A kolejne?
Czerwoną lampką był dla mnie list gończy, który Mińsk wystawił w sierpniu 2026 r. za laureatem Pokojowej Nagrody Nobla Alesiem Bielackim - świeżo wypuszczonym z łukaszenkowskiego więzienia w ramach zwolnień więźniów politycznych. Przedziwne działanie. A brak reakcji Waszyngtonu, nawet jeśli wynika z ignorancji tamtejszych urzędników, pokazuje, jak niewielką wagę Stany Zjednoczone przywiązują dziś do relacji z białoruską opozycją demokratyczną.
Powiedział pan o "trzecim świecie". A którym "światem" jest dziś dla USA Białoruś?
Zdecydowanie trzecim. Sądzę, że Białoruś pojawia się tam w kontekście stosunków Rosja-Ukraina. I tego doraźnego, pragmatycznego handlu nawozami, o którym mówiłem wcześniej.
A co z relacjami Białorusi z Europą?
Białoruś jest dziś rosyjskim "balkonem" wiszącym nad Europą — i po prostu jej zagraża. Po to Rosjanie wzmacniają tam swoją obecność: żeby Europę penetrować i destabilizować. To bardzo ważny i niebezpieczny moment, wymagający pochylenia się nad Białorusią i bezpieczeństwem kontynentu. Ale realnie będzie to możliwe dopiero po zmianach politycznych w Rosji.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.