Wpadł w szał po odmowie? Nowe ustalenia WP po ataku na klasztor w Jarosławiu
- Jedna osoba nie żyje, cztery są ranne. W czwartek przed południem 31-letni obywatel Ukrainy zaatakował ludzi na terenie opactwa benedyktynek, w części przeznaczonej dla księży. Jeden z rannych księży zmarł w szpitalu, dwóch innych poszkodowanych trzeba było operować. Napastnik został zatrzymany.
- Świadkowie mówią o zemście. Dwóch niezależnych rozmówców WP twierdzi, że rano mężczyzna prosił księży o pomoc materialną, ale odesłano go, bo był pijany. Miał się odgrażać, a później wrócić uzbrojony.
- Prokuratura nie zna jeszcze motywu. Śledczy czekają na wyniki badań krwi, które pokażą, czy napastnik był pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Nie wiadomo też, czy mieszkał w Jarosławiu, czy przyjechał z Ukrainy tuż przed atakiem.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
– Mogę potwierdzić, że część osób poszkodowanych w ataku na klasztor w Jarosławiu trafiła do naszego szpitala – mówił około godz. 13 w rozmowie z WP Łukasz Jerema, dyrektor Centrum Opieki Medycznej w Jarosławiu.
– Niestety jeden pacjent zmarł na SOR-ze. Miał bardzo liczne rany kłute i cięte w obrębie klatki piersiowej i brzucha. Ten pacjent się wykrwawił, po czym zatrzymało się jego serce. Reanimacja nie przyniosła skutku. Dwóch innych pacjentów, którzy ucierpieli w tym ataku, jest obecnie operowanych. Również i oni są bardzo poważnie ranni. Napastnik także i im zadał liczne rany ostrym narzędziem w brzuch i klatkę piersiową.
To był atak z zemsty?
Wirtualna Polska dotarła do świadków ataku w Jarosławiu. Z ich relacji wynika, że 31-latek wszedł na teren klasztoru, korzystając z tego, że wcześniej wpuszczono tam grupę uczniów. Ustaliliśmy, że była to klasa z pobliskiej szkoły podstawowej, którą nauczyciele zabrali na spacer po zakonnych ogrodach w ramach lekcji WF-u.
Dla dzieci spacer po klasztornych ogrodach skończył się dramatycznie. – Jednym z tych dzieci był mój syn. Nie widział, dzięki Bogu, samego napadu. Widział jednak później, jak wynosili tych krwawiących księży. Ma traumę. Cała klasa ma – mówi WP ojciec jednego z uczniów.
Ojciec ucznia sugeruje, co mogło kierować napastnikiem. Tę samą wersję usłyszeliśmy później od drugiego, całkowicie niezależnego rozmówcy. Na podstawie obu relacji można przypuszczać, jaki był motyw ataku, choć ostatecznie ustali to śledztwo.
Z obu relacji wynika, że 31-latek miał dziś rano zapukać do bram opactwa i poprosić o pomoc materialną. Księża, którzy prowadzą tam pomoc charytatywną dla ubogich, mieli jednak odesłać go do domu. Powodem - jak relacjonują nasi rozmówcy – było to, że mężczyzna był pijany, a być może także pod wpływem narkotyków. Księża powiedzieli mu, by wrócił, jak będzie trzeźwy. To normalna procedura w podobnych miejscach, nie tylko tych prowadzonych przez Kościół.
O tym, że Ukrainiec był nietrzeźwy, miały świadczyć nie tylko silny zapach alkoholu, jaki się od niego unosił, ale też irracjonalne zachowanie. Mężczyzna mówił nieskładnie i był ubrany bardzo lekko. To było dziwne, bo dziś nad ranem w Jarosławiu było zaledwie kilka stopni powyżej zera.
– Ten Ukrainiec wpadł w szał, gdy nie dostał pomocy. Miał się odgrażać księżom. Później odszedł i faktycznie wrócił z maczetą – mówi WP jeden z naszych rozmówców.
Był pijany? Śledczy czekają na badania krwi
O te informacje WP zapytała prok. Małgorzatę Taciuch-Kurasiewicz, rzeczniczkę prasową Prokuratury Okręgowej w Przemyślu.
– To, czy ten mężczyzna był pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających, na pewno będzie ustalone. Pobrano mu krew do badań. To obowiązek w takich sytuacjach. Wyników tych badań jednak jeszcze nie mamy – mówi WP prokuratorka.
– Alkomatem tego pana nie badano. Tak się robi tylko w przypadku przestępstw na drodze. Nie mam też wiedzy, czy policjanci wyczuli od napastnika woń alkoholu. Nikt mi takich ustaleń nie przekazywał, więc nie mogę tego ani potwierdzić, ani temu zaprzeczyć.
Prokuratorka Taciuch-Kurasiewicz nie podaje też na razie, czy 31-letni Ukrainiec mieszkał w Jarosławiu od dłuższego czasu, czy przyjechał z Ukrainy dopiero przed samym atakiem. Granica jest oddalona od miasta o ok. 35 km.
Na razie jedyną wersję wydarzeń przedstawiają świadkowie, z którymi rozmawiała Wirtualna Polska: odmowa pomocy, groźby i powrót z bronią. Czy tak było naprawdę, pokażą wyniki badań krwi napastnika i jego przesłuchanie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.