Inquirer‘Parents responsible for protecting kids online, not just government’ESPN Deportes¿Podría Ryan Flournoy darles a los Cowboys un tercer receptor de 1,000 yardas?RTP DesportoEuropeus de atletismo. Joana Pontes no top 10 da maratona em marcha com recorde nacionalוואלהחיזבאללה קורא לממשלת לבנון להפסיק את המו"מ עם ישראל ומאיימת בתגובהThe Jerusalem PostWATCH: Funnel cloud seen in Golan Heights amid widespread thunderstorm, flash flood warningsSky TG24Ceuta, la polizia disperde i migranti diretti in SpagnaIl Sole 24 OreTroppo caldo, stop allo sci estivo sul ghiacciaio dello StelvioBBC News BrasilTerremoto de magnitude 7,7 mata ao menos 47 pessoas na IndonésiaSportstarF1 remains the dream, eyeing strong finish to F2 season: Kush MainiRai NewsCinque anni dal ritorno dei Talebani: l’Afghanistan ha cancellato le donne, solo il 7% lavoraLa TerceraConductor en estado de ebriedad atropella a tres bomberos que atendían accidente en ChiguayanteRTL BoulevardSchrijver Peter Andriesse (85) overleden
The Daily Newsstand · Free, Always
Saturday, August 15, 2026

Kto pilnuje granic Europy. Wydarzenia z Ceuty pokazały, jak niebezpiecznie jest oddawać kontrolę nad imigracją

Translate

Ceuta, kontrolowane przez Madryt miasto-region, od czterech stuleci pozostaje częścią państwa hiszpańskiego, choć formalnie jest regionem autonomicznym, o sporym stopniu samorządności. Najważniejsze jednak, że nie jest objęte tymi samymi regulacjami prawa międzynarodowego co kontynentalna część kraju. Dokładniej: nie należy do strefy Schengen ani do Paktu Północnoatlantyckiego. Oznacza to, że nawet mieszkańcy Ceuty oraz legalnie przebywający tam imigranci muszą każdorazowo przejść kontrolę graniczną i pokazać dokumenty, żeby przedostać się na inne terytorium Unii Europejskiej. W przypadku ewentualnego ataku, nawet będącego elementem wojny hybrydowej, NATO nie miałoby też podstaw do interwencji.

Skąd ten zryw?

Jeszcze lepszy obraz sytuacji otrzymamy po zestawieniu danych populacyjnych. W Ceucie na co dzień mieszka ok. 82 tys. osób, głównie Hiszpanów, choć wielu z nich jest mieszanego pochodzenia i żyje w marokańsko-hiszpańskich związkach. Sporo jest też hiszpańskich muzułmanów. Jeśli zatem w ciągu 30 godzin na ulicach Ceuty pojawia się 60 tys. nielegalnych imigrantów, miasto jest sparaliżowane. Niemal dwukrotne zwiększenie populacji w ciągu nieco ponad doby doprowadziłoby do załamania wszystkich systemów społecznych, militarnych i infrastrukturalnych. Nie ma więc co się dziwić mediom i lokalnym władzom, które te wydarzenia błyskawicznie nazwały kryzysem.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Dalej na ścieżce dowodów liczbowych znajdują się dane Fronteksu, unijnej agencji kontroli zewnętrznych granic UE. Wynika z nich, że przez 12 miesięcy ubiegłego roku na tzw. szlaku zachodniego Morza Śródziemnego — obejmującym Ceutę, Melillę, ale też Gibraltar — odnotowano zaledwie 19,4 tys. przypadków przekroczenia granic bez wymaganych dokumentów. Z jednej strony to wzrost o 19 proc. rok do roku, wynikający najpewniej z uszczelnienia granic na środku Morza Śródziemnego i na Morzu Egejskim czy na szlaku bałkańskim. Z drugiej — i niech to wybrzmi — to mniej niż jedna trzecia całkowitej liczby imigrantów, która pojawiła się w Ceucie w ciągu nieco ponad doby.

Nawet gdyby uwierzyć w naturalne przyczyny tego zrywu migracyjnego, byłby on możliwy jedynie wskutek gwałtownej zmiany warunków bytowych po marokańskiej stronie granicy. Tak, w Maroku żyje się gorzej niż w Hiszpanii, państwo jest represyjne i słabiej rozwinięte gospodarczo, ale nierówności istnieją od dekad. W dodatku w Maroku w ostatnich dniach czy tygodniach nie doszło do żadnej katastrofy, która zmusiłaby ludzi do masowej ucieczki.

Jedyną zmianą na płaszczyźnie faktów, jaka rzeczywiście zaszła, był wyrok hiszpańskiego Sądu Najwyższego zabraniający natychmiastowego odsyłania za granicę imigrantów, którzy próbowali przedostać się do Hiszpanii drogą morską. Nie oznacza to absolutnie — wbrew temu, co propaguje dzisiaj skrajna prawica — że nagle rząd Pédra Sáncheza zdecydował się przyjąć wszystkich tych ludzi. Przeciwnie, nadal mieliby być odsyłani, ale po przejściu procedury weryfikacyjnej pod kątem prawa do azylu, już na lądzie. A ochrony prawnej większość z nich by nie otrzymała, bo Maroko nie jest w stanie wojny i nie prowadzi działań militarnych przeciwko innym państwom.

Z praktycznego punktu widzenia wyrok madryckiego sądu co najwyżej dawał imigrantom kilkanaście dodatkowych godzin w punkcie procesowania ich aplikacji gdzieś w Ceucie. Na hiszpańską część kontynentu i tak by się nie przedostawali.

Wreszcie ostatni element tła, czyli poprzedni incydent migracyjny w Ceucie. W 2021 r. władze Maroka wyraźnie manifestowały niezadowolenie z faktu, że Hiszpania zezwoliła na hospitalizację z powodu zachorowania na COVID-19 lidera Frontu Polisario, separatystycznej organizacji walczącej o niepodległość okupowanej przez Maroko Sahary Zachodniej. Hiszpanie przyjęli go do siebie, a w ramach "odwetu" Marokańczycy na chwilę zaprzestali kontroli paszportowych po swojej stronie granicy z Ceutą. Nawet wtedy jednak liczba imigrantów, którzy przedostali się do Hiszpanii, wyniosła 5 tys. Ponad 10 razy mniej niż ostatnio.

Nie ma solidarności

Wiedząc o tym, warto pytać o przyczyny ataku na Ceutę. Tego typu zdarzeń nigdy nie da się wyjaśnić pojedynczym ruchem, decyzją czy poglądem. Nic, co nastąpiło przez ostatnie kilkanaście dni pomiędzy Hiszpanią, Marokiem i UE, nie wynikło wyłącznie z najnowszej dynamiki geopolitycznej. Wreszcie trzeba pamiętać o unikatowości tej sytuacji, kontekście regionalnym i historycznym, który powoduje, że kryzysu z Ceuty nie można porównywać z wydarzeniami z 2021 r. na granicy polsko-białoruskiej w Białowieży.

Maroko i Hiszpania, w przeciwieństwie do Polski i Białorusi, utrzymują bowiem intensywne relacje. Za cztery lata oba kraje, razem z Portugalią, zorganizują mistrzostwa świata w piłce nożnej. Takiej kandydatury nie da się zgłosić i przygotować bez lat wspólnych konsultacji czy powoływania zespołów roboczych.

W dodatku tylko w latach 2017--2027 Hiszpania przekaże Maroku łącznie 969 mln euro pomocy rozwojowej — choć to określenie uznać należy raczej za eufemizm. To pieniądze przeznaczone głównie na to, by Maroko, z pomocą lepiej rozwiniętej infrastruktury granicznej, skuteczniejszej i dobrze wytrenowanej policji, dobrze wyposażonych klinik i nowocześniejszej technologii zatrzymywało imigrantów u siebie. Zarówno własnych, jak i tych przedostających się do Europy, np. z krajów Afryki Subsaharyjskiej. Polska na granicy z Białorusią stawia własne ogrodzenia, martwiąc się raczej o to, czy Białorusini ich nie zdewastują. Nikogo w Warszawie nie interesuje, jak funkcjonuje (a raczej nie funkcjonuje) białoruska straż graniczna. Nie ma partnerstwa, jest wrogość.

Pomiędzy Rabatem a Madrytem istnieje natomiast coś na kształt pragmatycznego realizmu. Współpraca wtedy, kiedy obu stronom to się kalkuluje. Okazjonalne eksplozje złości, kiedy ktoś komuś nadepnie na odcisk. Ale przede wszystkim pogłębiający się od lat proces oddawania przez państwa europejskie kontroli nad nielegalną imigracją państwom często autorytarnych, których przywiązanie do pryncypiów demokracji, liberalizmu czy praw człowieka jest dość luźne.

Na czynniki pierwsze rozłożyła to w komentarzu do wydarzeń w Ceucie Carla Hobbs, szefowa madryckiego biura Europejskiej Rady Spraw Międzynarodowych (ECFR), w eseju o wymownym tytule "Samotność na granicy". Bo o ile, wbrew narracjom premier Włoch Giorgii Meloni, amerykańskiej administracji czy rozmaitych skrajnie prawicowych influencerów nie można winić Sáncheza bezpośrednio za 60 tys. osób w Ceucie w ciągu zaledwie 30 godzin, to już można zapisać na jego konto odpowiedzialność za model, w którym to nie on decyduje o bezpieczeństwie własnych granic. Hobbs ma rację, pisząc, że Hiszpania w obliczu tego kryzysu została sama.

Premier Hiszpanii Pedro Sanchez

Alberto Gardin/SOPA Images/LightRocket via Getty Images / Contributor / Getty Images

Premier Hiszpanii Pedro Sanchez

Europa — inaczej niż w przypadku Puszczy Białowieskiej — nie okazała solidarności, wręcz przeciwnie. Z inicjatywy duńskiej premier Mette Frederiksen powstał list podpisany przez przywódców 22 państw unijnych (w tym Polski), wzywający do zwiększenia bezpieczeństwa zewnętrznych granic Unii, ale jednocześnie dość niedyskretnie krytykujący Sáncheza za jego politykę migracyjną.

To mało zawoalowany atak na jego niedawną decyzję o stworzeniu przyśpieszonej ścieżki najpierw legalizacji pobytu, a potem otrzymania hiszpańskiego obywatelstwa dla pół miliona imigrantów mieszkających w Hiszpanii — głównie Latynosów. To kolejna płaszczyzna, na której hiszpański szef rządu sytuuje się w opozycji do europejskiego głównego nurtu. Najpierw jako pierwszy stanął po stronie Palestyny w konflikcie z Izraelem, potem odmówił Amerykanom używania wspólnych baz do tankowania ich myśliwców w drodze na Bliski Wschód.

Jednocześnie — i to nie może umknąć uwadze opinii publicznej — Sánchez po odejściu z urzędu Viktora Orbána jest najbardziej w Unii otwarty na współpracę z Chinami. Regularnie też torpeduje na forum unijnym jakiekolwiek próby wzmocnienia europejskiej odporności na chińską nadprodukcję przemysłową. Sánchez jest dziś najbardziej odizolowanym od reszty kontynentu przywódcą, ale przynajmniej częściowo jest temu sam winien.

W polityce migracyjnej też nie był i nie jest do końca szlachetny, choć tu od mainstreamu Unii nie odstaje. Od lat sponsoruje sąsiednie państwo, by jego władze same zajmowały się problemem imigracji do Europy. Nie on jeden, dokładnie to samo robią Włosi wobec Libii i Tunezji oraz Grecja w stosunku Turcji. A cała Wspólnota przelewa rocznie na konto rządu w Ankarze prawie tyle samo pieniędzy, ile Hiszpanie dają Marokańczykom przez dekadę. To też, paradoksalnie, zagranie z podręcznika skrajnej prawicy, która od dawna normalizuje narrację, że imigracja jest sprawą krajów, z których ludzie uciekają, i to one powinny ten problem rozwiązywać u siebie. Lepiej więc płacić i się nie martwić, niż wziąć na siebie chociaż część odpowiedzialności.

Migracyjne punkty zapalne

Problem w tym, że podobna polityka niechcący zamienia takie miejsca jak Ceuta w migracyjne punkty zapalne. W dodatku to nie kraje europejskie, tylko właśnie bliskowschodni czy afrykańscy autokraci otrzymują narzędzie do uzbrojenia imigracji przeciwko Staremu Kontynentowi. Jeśli bowiem to po marokańskiej stronie jest tama migracyjna, właśnie Rabat może ją zlikwidować i wywołać kryzys w Ceucie. Kontrola, a przez to i sprawczość, została oddana komu innemu. Sánchez może być więc najbardziej współczującym, otwartym na migrację szefem rządu w Europie, ale to tylko kawałek opowieści o nim. Ukazany w szerszej perspektywie staje się takim samym politykiem jak współcześni mu premierzy i prezydenci innych krajów.

Co, niestety, nie przekłada się na solidarność. Europejscy przywódcy trafnie uznali bowiem kryzys w Ceucie za zagrożenie dla bezpieczeństwa całej UE. Tyle że proponowane przez nich rozwiązanie, zawierające się w stwierdzeniu o stosowaniu "tych samych metod, tylko bardziej, mocniej i częściej", niczego nie zmieni.

"Tygodnik Przeglad" nr 33

Tygodnik Przegląd / Tygodnik Przegląd

"Tygodnik Przeglad" nr 33

Problemem nie jest bowiem to, że Sánchez komuś coś obiecał, ani to, że Maroko obraziło się za normalizację stosunków Hiszpanii z lokalnym rywalem, Algierią. Sedno sprawy leży znacznie głębiej, na płaszczyźnie systemowej. Unia, nawet — a może zwłaszcza — po wprowadzeniu paktu migracyjnego, nie ma ujednoliconej polityki w tej kwestii. Nadal zachowuje się niejednoznacznie. Chce bronić atrybutów państwa narodowego, jakim są granice, jednocześnie sama państwem narodowym nie jest. Pakt migracyjny jest zresztą dokumentem dziurawym. Zakłada współdzielenie obowiązków na papierze, a w praktyce zawiera mnóstwo wyłączeń, o których arbitralnie decyduje Bruksela.

Kraje członkowskie w obliczu tego paraliżu podejmują własne działania. Tyle że same mogą paść ofiarą takiego ataku. Grecy, dzisiaj krytykujący Hiszpanów, byliby bezradni, gdyby Recep Tayyip Erdoğan nagle przestał pragnąć unijnych pieniędzy. Meloni nie poradziłaby sobie ze zmasowaną presją migracyjną wytworzoną przez przemytników ludzi i gangi z Libii. Wszyscy wtedy domagaliby się ogólnoeuropejskiej solidarności. I raczej nie mogliby na nią liczyć.

View the original on Onet

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.