Części teleskopu NASA mają spaść na Ziemię. Kiedy?
Teleskop Swift zmierza w stronę ziemi. NASA wysłała misję ratunkową
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: NASA
W 2004 roku na orbitę okołoziemską trafiło kosmiczne obserwatorium Swift (Neil Gehrels Swift Observatory), którego misją było badanie rozbłysków promieniowania gamma. Wyposażony w trzy instrumenty pomiarowe sprzęt zaobserwował wiele takich zjawisk, a ponadto dostarczał cennych danych na temat innych typów kosmicznych rozbłysków, komet czy asteroid.
Od kilku lat obiekt tracił jednak wysokość - początkowo znajdował się 600 kilometrów nad Ziemią, ale odległość ta zaczęła maleć. W utrzymaniu się na orbicie nie pomagało mu Słońce. Burze słoneczne doprowadziły do nasilenia oporu szczątkowej atmosfery na wysokości Swifta, przez co obserwatorium zaczęło tracić wysokość szybciej, niż przewidywano. Aby dać mu drugą szansę, NASA zdecydowała się na wysłanie misji ratunkowej.
>>>CZYTAJ TEŻ: Odebrali sygnał radiowy z egzoplanety. Czego się dowiedzieli
Problem bez łatwego rozwiązania
Zadanie powierzone zostało prywatnej firmie Katalyst Space z Arizony. Zaprojektowała ona satelitę, który w zamyśle miał dogonić Swifta, złapać go i wynieść na wyższą orbitę. Sprzęt o nazwie Link wystartował 3 lipca 2026 roku z bazy na atolu Kwajalein w archipelagu Wysp Marshalla, na pokładzie rakiety Northrop Grumman Pegasus XL.
Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, ale w pewnym momencie Link zaczął mieć problemy z komunikacją oraz utrzymywaniem położenia. Wtedy NASA ostatecznie zrezygnowała z ratowania Swifta. Zamiast tego skoncentrowano się na testowaniu technologii zaprojektowanych przez Katalyst, w tym zdalnie sterowanych robotycznych ramion. Pod koniec września Link wszedł w atmosferę Ziemi, kończąc misję.
- Sonda Link została zbudowana, aby zmierzyć się z problemem, który nie miał łatwego rozwiązania - powiedział Ghonhee Lee, dyrektor firmy Katalyst. - Była to ambitna misja o bardzo napiętym harmonogramie. Chociaż nie osiągnęliśmy wszystkich wyznaczonych celów, w niecały rok przeszliśmy od koncepcji misji do wystrzelenia i uruchomienia pierwszego amerykańskiego komercyjnego robota kosmicznego. To fundament, na którym możemy dalej budować - dodał.
Obserwatorium Swift (wizualizacja)
Źródło zdjęcia: NASA
Wysokie ryzyko, ogromne korzyści
Obecnie Swift znajduje się około 325 kilometrów ponad Ziemią. Zgodnie z wyliczeniami, poniżej 300 km komunikacja z obserwatorium stanie się trudna, co w praktyce uniemożliwi korzystanie z instrumentów wyłączonych na czas misji ratunkowej. Naukowcy zdecydowali się na ich ponowne włączenie i wykorzystanie do jak największej ilości obserwacji, zanim Swift osiągnie krytyczny pułap. Stanie się to prawdopodobnie na początku lub w połowie października. Samo wejście a atmosferę Swifta, jak wynika z najnowszych ustaleń, może mieć miejsce na początku listopada.
- Od samego początku była to misja obarczona wysokim ryzykiem, ale obiecująca ogromne korzyści - powiedział Shawn Domagal-Goldman z Wydziału Astrofizyki NASA. - Gdyby nie podjęto żadnych działań, Swift i tak wszedłby w atmosferę przed końcem roku. Choć z przykrością patrzymy na zakończenie misji, wiedzieliśmy, że ta operacja będzie cenna na wielu płaszczyznach - dodał.
Zajmująca się śledzeniem obiektów kosmicznych firma LeoLabs przekazała stacji CNN, że ważące prawie 1,5 tony obserwatorium Swift prawdopodobnie nie wyrządzi poważnych szkód po wejściu w atmosferę. Chociaż możliwe jest, że niektóre elementy przetrwają je ze względu na swoje rozmiary, prawdopodobnie spadną one do oceanu lub na niezamieszkane tereny lądowe. Stacja dodała, że NASA nie odpowiedziała na prośbę o komentarz dotyczący zagrożeń związanych z powrotem Swifta.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.