Umowa o Grenlandii: jad ustąpił miłości
Jeśli po wtorkowym porozumieniu Grenlandia będzie teraz lepiej chroniona, a Rosjanie i Chińczycy trzymani na dystans w całej Arktyce (chociaż to już zadanie dużo bardziej karkołomne), to w dłuższej perspektywie skorzysta na tym całe NATO, w tym Polska.
- Trump odpuścił Grenlandię, ale w zamian dostał to, czego naprawdę chciał – większą swobodę działania USA w Arktyce.
- Nowa umowa daje Grenlandczykom coś, czego nie mieli w dokumencie z 1951 r.: wyraźne uznanie ich prawa do samostanowienia.
- Wtorkowe porozumienie pokazuje, że amerykańskie interesy w Arktyce można realizować bez rozbijania NATO.
- Największym przegranym zakończonej właśnie awantury nie jest jednak Trump, lecz Rosja i Chiny, które dostają wyraźny sygnał: Grenlandia pozostaje zachodnim bastionem.
Trójstronną umowę, podpisaną we wtorek w Nowym Jorku przez rządy Stanów Zjednoczonych, Danii i Grenlandii, można by skwitować staropolskim komentarzem: "I wilk syty, i owca cała".
Tym razem, w największej mierze, należy oddać zasługi Donaldowi Trumpowi. Nie dlatego, iż okazał się wspaniałomyślnym mężem stanu czy wybitnym mediatorem, lecz dlatego, iż w końcu opanował swoje chorobliwe żądze oraz absurdalne, geopolityczne ambicje. I pozwolił własnym dyplomatom, jak również ich duńskim i grenlandzkim partnerom, na spokojne negocjacje.
WIDEO
Trump złamał wszelkie konwenanse. Tak potraktował Xi Jinpinga.
WIDEO
Po wielu miesiącach trzy strony doszły do porozumienia, które (prawdopodobnie) raz na zawsze rozwiązało problem w stosunkach Waszyngtonu nie tylko z Kopenhagą, lecz bez mała z całą Europą. Problem, dodajmy, stworzony przez samego Trumpa.
Kamień z serca (i szyi)
Warto, rzecz jasna, nadal dmuchać na zimne, bo do gwałtownych zmian nastrojów i zaskakujących wolt Donalda Trumpa już się przyzwyczailiśmy. Wystarczy, iż jutro rano w Białym Domu nadepnie na jakiś zagubiony klocek lego i jego sympatia do Królestwa Danii może się ulotnić w sekundę.
Na razie w dwustronnych relacjach zapanowała miłość i euforia. Po podpisaniu umowy szefowa duńskiego rządu Mette Frederiksen oraz premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen nie kryli satysfakcji, iż zdołali zrzucić młyński kamień u szyi, jakim niewątpliwie był spór z Ameryką o Grenlandię.
Frederiksen nie będzie już zmuszona powtarzać co kilka tygodni, co mówi o statusie wyspy prawo międzynarodowe, nie będzie musiała przekonywać, że "Grenlandia nie jest na sprzedaż", a mieszkańcy Nuuk przestaną drżeć przed inwazją marines (a oni sami, jak i duńscy politycy, zupełnie poważnie brali taki scenariusz pod uwagę).
Było więc w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy sporo nerwów, napięć i niepotrzebnego jadu. Pogróżki Trumpa wobec Grenlandii, Danii i kilku krajów NATO, które "ośmieliły się" wesprzeć Kopenhagę, doprowadziły do głębokiego kryzysu w łonie tej organizacji, a perspektywa konfliktu zbrojnego między dwoma członkami Sojuszu spędzała sen z powiek co najmniej kilku czołowym przywódcom na Starym Kontynencie.
Wygrała Grenlandia
A można było przecież zadbać o "strategiczne interesy USA" w regionie Arktyki bez politycznego cyrku, za to przy zachowaniu pewnych zasad dyplomacji, szacunku dla ważnego sojusznika, a przede wszystkim – zdrowego rozsądku.
Tym bardziej, iż nowa umowa tak naprawdę jest tylko niewielkim rozszerzeniem tej poprzedniej, z 1951 r. Obecna administracja twierdzi oczywiście, że to dokument przełomowy, bo daje nieomal nieograniczone możliwości i prawie pełną swobodę militarnej aktywności USA na Grenlandii. Niemniej, wedle wcześniejszego porozumienia, Amerykanie de facto także mogli zwiększać do woli swoją wojskową obecność na wyspie i inwestować w infrastrukturę. W rzeczywistości, po zakończeniu zimnej wojny, sami tę obecność drastycznie zredukowali.
Donald Trump zapowiedział teraz "natychmiastowe" rozpoczęcie budowy kolejnych dwóch baz, jednak w kontekście obecnych kłopotów finansowych Pentagonu i rosnących wydatków związanych z konfliktem na Bliskim Wschodzie, te plany mogą się tak szybko nie ziścić.
Jedno jest pewne: największymi wygranymi są sami Grenlandczycy oraz ich premier, Jens-Frederik Nielsen. Układ z 1951 r. był dwustronny, został zawarty jedynie przez Stany Zjednoczone i Królestwo Danii. Teraz podpisały się pod nim trzy podmioty, w dodatku przy głośnych fanfarach i wyjątkowej oprawie medialnej. Trzy parafki, troje liderów, trzy flagi. W nowej umowie jest także jednoznaczna wzmianka o prawie Grenlandczyków do samostanowienia (której nie znajdziemy w dokumencie z 1951 r.).
Ciekawy jest też Paragraf IV, w którym mowa o preferencjach dla grenlandzkiego biznesu w przetargach na rozbudowę amerykańskich baz.
Wygrało NATO
Wygrało też NATO, które przewija się w tekście wielokrotnie jako pewnego rodzaju "kotwica" porozumienia. Z dokumentu wynika jasno, że USA, Dania i Grenlandia podpisały układ nie dlatego, że "NATO nie działa jak należy", lecz wręcz przeciwnie: "Zacieśniamy współpracę, bo tego wymaga Sojusz."
Już w drugim akapicie preambuły pojawia się zdanie: "Świadomi praw i obowiązków, wynikających z zapisów Traktatu Północnoatlantyckiego z 1949 r., oraz faktu, iż Grenlandia, poprzez Królestwo Danii, jest też częścią NATO… […]". Mówiąc krótko, Donald Trump złożył podpis pod dokumentem, którego sens i wydźwięk nie do końca pokrywają się z tym, co słyszeliśmy z jego ust w ostatnich miesiącach, kiedy to nieustannie beształ Sojusz i większość jego członków. Tej akurat wolcie amerykańskiego przywódcy należałoby przyklasnąć.
Kto zaś jest przegranym? Chiny i Rosja, którym zablokowano… możliwość tworzenia własnych instalacji militarnych na wyspie (co oczywiście było i tak jedynie hipotetycznym zagrożeniem). Nie zablokowano im jednak – wbrew niektórym, zbyt pospiesznym komentarzom – w ogóle jakichkolwiek inwestycji. Zastrzeżono tylko, iż firmy z krajów, które nie są członkami Unii Europejskiej, NATO czy partnerami NATO, nie powinny mieć dostępu do pewnych "niepublicznych informacji", istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa Grenlandii.
Konkludując: umowa jest niewątpliwie sukcesem Trumpa (mimo iż Grenlandia nie stała się kolejnym stanem USA), jeszcze większym sukcesem premier Mette Frederiksen, a największym – szefa grenlandzkiego rządu, Jensa-Frederika Nielsena.
Jeśli Grenlandia będzie teraz lepiej chroniona, a Rosjanie i Chińczycy trzymani na dystans w całej Arktyce (chociaż to już zadanie dużo bardziej karkołomne), to w dłuższej perspektywie skorzysta na tym całe NATO, w tym Polska.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.