Bajeczka o wetomanie to jedna z większych ściem tej koalicji [OPINIA]

Kilka dni temu Ministerstwo Finansów wpuściło do mediów wyliczenie, z którego wynika, że gdyby tylko ten zły prezydent Nawrocki nie zablokował rządowi takich pomysłów jak podatek od zysków koncernów paliwowych, podwyżka akcyzy na alkohol, system SENT na cement, opłata cukrowa (i jeszcze kilka innych), to w budżecie byłoby aż o 8 miliardów złotych więcej.
A czy wiecie, ile znaczy tych 8 miliardów złotych w skali całego budżetu? Otóż jest to nieco ponad 1 procent dochodów państwa polskiego w bieżącym roku.
Zaskoczeni? Część pewnie tak. Bo ów koszt wet Nawrockiego został w międzyczasie przez rządową otulinę propagandową rozdmuchany do rozmiarów niebotycznych. Nie jest to przypadek. To ważna część rządowej strategii PR-owskiego tłumaczenia rekordowo wysokiego w III RP poziomu deficytu budżetowego.
Prezydent Karol Nawrocki i 1 proc. budżetu
Przez wiele miesięcy po wyborach roku 2023 napięta sytuacja finansów publicznych osłaniana była polityczną opowieścią o "wydatkowych pułapkach z opóźnionym zapłonem" pozostawionych przez poprzedników od Mateusza Morawieckiego. Ale ponieważ wiecznie nie da się wszystko tłumaczyć, że "to nie my, to ci, co przed nami", Tuskowcy musieli wymyślić nowy spin. I wymyślili.
Teraz winny jest "wetoman" Karol Nawrocki. To przez tego podłego niszczyciela biedny minister finansów nie może tych pieniędzy zapisać po stronie dochodów państwa, więc jechać na wielkim deficycie. Deficycie, którym oni w rządzie się oczywiście brzydzą, no ale - wiecie, rozumiecie - z takim prezydentem to nic się nie da zrobić.
Mam taką prośbę, byście następnym razem, gdy usłyszycie tę "bajeczkę o kosztownych wetach", przypomnieli sobie o tych 8 miliardach i 1 procencie dochodów budżetu państwa. Nie 20 procentach, nie 10 i nawet nie pięciu. Tylko właśnie jednym.
Nie, weto to nie jest żaden wstyd
Takie tanie manipulacje obliczone na ekonomiczną ignorancję odbiorców to jednak ledwie mniejsza część problemu. Znacznie poważniejszym zagrożeniem jest uparte budowanie przez rząd i jego propagandzistów przekonania, że wetując ustawy, prezydent RP robi coś bezprawnego. Coś, czego on i jego polityczne otoczenie powinno się wstydzić i za co głowa państwa musi zostać pociągnięta do odpowiedzialności. Tymczasem w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie.
Prezydencka zgoda wyrażona podpisem pod ustawami stanowi warunek konieczny do stanowienia prawa w Polsce. To jest absolutny fundament naszego systemu politycznego. Bez prezydenckiego podpisu pomysły parlamentarnej większości nie są żadnym prawem. Tylko chciejstwem zgromadzonych przy Wiejskiej parlamentarzystów. Wartym mniej więcej tyle, co uchwalona przeze mnie w tym momencie decyzja o delegalizacji Lecha Poznań (albo innego klubu, który stoi Legii na drodze do należnego jej mistrzostwa).
Mało tego. Odmawiając podpisu pod ustawami, prezydent ani nie wychodzi poza swoją rolę zapisaną literalnie w konstytucji (jak ktoś, kto skończył szkołę podstawową w ogóle może coś takiego twierdzić?) ani nie sprzeniewierza się nawet duchowi ustawy zasadniczej. Po to mamy przecież prezydenta, by stanowił dodatkową gwarancję, że prawo, które opuszcza parlament, będzie zgodne z wolą większości polskiego społeczeństwa.
A ma do tego prezydent mandat potężny i arcydemokratyczny wyrażony przeszło 10 milionami oddanych na niego (nie na partię tylko na człowieka!) głosów obywateli RP.
Można nawet powiedzieć, że to prezydent, który nie wetuje niczego, lecz puszcza wszystko jak leci, nie wykonuje należycie roboty, do której został wybrany.
A już najbardziej absurdalne jest mówienie, że głowa państwa nie ponosi odpowiedzialności za swoje weta. Owszem, ponosi. Z tego, co podpisywał, a co zablokował, będzie rozliczony przez wyborców w dniu kolejnej elekcji. Dokładnie na tej samej zasadzie, co premier, ministrowie i parlamentarzyści.
I nie ma tu nic do rzeczy, że prezydent nie może się ubiegać o trzecią kadencję. Przecież także członkowie rządu i premierzy nie muszą koniecznie stawać do walki w kolejnych wyborach. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przychodzi jednak do głowy mówić z tego powodu, że rząd nie ma w polskim systemie politycznej odpowiedzialności. Bo przecież to byłby absurd.
I kto tu jest wetomanem?
Przywódcy koalicji Tusk, Czarzasty czy Kosiniak lubią o sobie mówić, że stanowią "obóz demokratyczny". A to już dawno przestało być śmieszne. To właśnie od tych, co przed rokiem 2023 powtarzali formuły o praworządności i demokracji, teraz dostajemy przekaz, że prezydent i jego weta są nam zbędne. Ci sami ludzie gardłowali, że PiS-owcy nie chcą znać żadnych ograniczeń, żadnego trójpodziału i żadnych demokratycznych bezpieczników. Dziś to oni dają sobie prawo do obchodzenia ustrojowej pozycji prezydenta i godzą to z hasłem demokracji z gracją wegetarianina obżerającego się krwistym befsztykiem.
I jeszcze jedno. W pierwszym roku urzędowania Karol Nawrocki zawetował rządowi niecałe 20 procent ustaw, które uchwalili. Oznacza to, że podpis rzekomego "wetomana" Nawrockiego znalazł się jednak na 80 procentach ustaw, który do niego trafiły. Dokładnie w tym samym czasie z 22 projektów ustaw zgłoszonych przez prezydenta w sejmie tuskowo-czarzasto-kosiniakowa koalicja uchwaliła ledwie… jedną. To znaczy 4 procent.
Przepraszam, że się czepiam, ale chciałbym wiedzieć, kto tu, u licha, jest wetomanem?
"Polityczny WF": Hołownia wejdzie do rządu? Roszada możliwa już wkrótce INTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.