„Miała czarne ręce od borówek”. 70-latka przetrwała pięć nocy w górach

Miała przy sobie tylko bluzę, czapkę i butelkę na wodę, gdy w Alpach zaskoczyła ją burza. 70-letnia Anna spędziła pięć nocy na skalistym zboczu na wysokości ponad 2000 metrów, żywiąc się wyłącznie dzikimi borówkami. Gdy ratownicy stracili już niemal całą nadzieję, doszło do przełomu, który sami nazwali „prawdziwym cudem”.
foto: Corpo Nazionale Soccorso Alpino e Speleologico/Facebook /materiały udostępnione
Samotna wyprawa na alpejski szlak
Wyprawa, która miała być zwyczajną wędrówką po alpejskich szlakach, przerodziła się w dramatyczną walkę o życie. 70-letnia Włoszka Anna razem z koleżanką wybrała się trasą w okolicach Sant’Anna di Vinadio. W pewnym momencie jej towarzyszka zawróciła z powodu bólu w barku, a ona sama postanowiła kontynuować swoją górską wycieczkę.
Po raz ostatni dała znać przyjaciółce 7 września, pisząc, że cieszy się piękną pogodą. Potem kontakt z nią się urwał.
Pułapka na wysokości 2000 metrów
Anna była przygotowana jedynie na krótką, rekreacyjną wędrówkę. W plecaku miała tylko podstawowe rzeczy: butelkę na wodę, czapkę i bluzę z kapturem. Na wysokości 2000 metrów n.p.m. zaskoczyło ją nagłe załamanie pogody – żywioł na kilka dni odciął ją od świata.
Równolegle, po otrzymaniu sygnału od zaniepokojonej brakiem kontaktu przyjaciółki, ruszyły poszukiwania 70-latki.
Jak relacjonował później ratownik górski Cristiano Bastonero, Anna szukając schronienia przed burzą, wspięła się na skały, z których nie była już w stanie zejść. Znalazła się bowiem na trudno dostępnym, skalistym grzbiecie, porośniętym jedynie kilkoma drzewami.
W nocy temperatura spadała poniżej zera, skończyły się zapasy jedzenia, a wokół nie było śladu innych turystów.
Menu z borówek i sypialnia pod jodłami
Przez kolejne dni kobieta szukała schronienia pod rozłożystymi jodłami i żywiła się dzikimi borówkami, które rosły na skałach. Jej ręce były całe czarne od soku – mówił już po szczęśliwym zakończeniu akcji Bastonero.
Ratownicy przeczesywali w tym czasie teren, wypatrywali Anny także przy użyciu dronów.
Ukrywała się pod jodłami i dlatego nie była widoczna - opowiadał ratownik.
„Najmłodszy z nas podbiegł i ją uściskał”
W końcu po pięciu dniach i nocach spędzonych w surowych, górskich warunkach, Annę odnaleziono w sobotnie popołudnie. Była przytomna, ale mocno wychłodzona.
Ratownicy nie kryli emocji. Najmłodszy z naszego zespołu podbiegł do niej i ją uściskał. Kiedy na niego spojrzałem, miał łzy w oczach - opowiadał Bastonero. Bardzo się o nią baliśmy, ale w końcu to naprawdę cud - dodał ratownik.
70-latka została natychmiast przewieziona do szpitala, gdzie szybko doszła do siebie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.