Ksiądz "wściekł się" na spotkaniu do bierzmowania. Rodzice komentują
Rodzice dzieci przygotowujących się do bierzmowania w parafii Bogarodzicy Dziewicy Matki Kościoła na olsztyńskich Jarotach są oburzeni zachowaniem proboszcza ks. Tomasza Szałandy. Pan Piotr, który rozmawiał z "Gazetą Wyborczą", określił postępowanie duchownego jako "karygodne".
Rodzice krytykują słowa proboszcza
- Po raz kolejny podczas zebrania z rodzicami ksiądz z ambony powiedział do rodziców, że ich dzieci są bezbożnikami bez wyjątku, w domach obecny jest szatan, żadne z nich nie jest godne przystąpienia do sakramentu bierzmowania i nie dopuści nikogo do tego sakramentu, tak jak to zrobił już w parafii w Stawigudzie - przekazał mężczyzna. Według jego relacji ksiądz podczas spotkania miał też "przeklinać w obecności dzieci, ich rodziców, twierdząc, że mają 'w d....' spotkania niedzielne".
- Obecnemu proboszczowi chyba pomyliły się czasy średniowiecza i chęci władzy oraz bezkarności i podłego traktowania, jakie panowały wówczas wobec plebsu. To nie te czasy i czas to nagłośnić. Nikt nie będzie zastraszał ani obrażał i pomiatał dziećmi w Kościele - przekazał też dziennikowi uczestnik spotkania.
Gazeta podkreśla, że duchowny jest dobrze znany w olsztyńskim środowisku. Przed tym, jak został proboszczem na Jarotach, przez wiele lat kierował parafią w podolsztyńskiej Stawigudzie, gdzie pod jego adresem płynęło od wiernych mnóstwo pochwał.
W rozmowie z "GW", odnosząc się do zgłaszanego przez rodziców zachowania, przekazał, że na spotkanie dzieci miały przeczytać Ewangelię św. Marka i wypisać odręcznie na kartce najważniejsze zdarzenia z życia Jezusa. - Wynikało to z tego, że dwa tygodnie wcześniej z przeszło pięćdziesięciorga dzieci tylko dwoje było w stanie powiedzieć, co łączy Jezusa z krzyżem. Jedno dziecko wyjaśniło wtedy, "że umarł na krzyżu". Kiedy zapytałem, dlaczego umarł na krzyżu, usłyszałem, że "za to, że ludzie go nie lubili". Uznałem, że ta grupa nie ma w zasadzie żadnej wiedzy religijnej - mówił duchowny.
Podczas kolejnego spotkania ksiądz zapytał, kto wykonał pracę domową. Rękę podniosło 15 osób z ponad 60. - Nogi się wtedy pode mną ugięły - powiedział proboszcz, dodając, że "nerwy go wtedy chwyciły, bo jest cholerykiem".
- Powiedziałem, że to oznacza, że "mają wszystko - za przeproszeniem - w d....". To był wyraz mojej kompletnej bezradności, bo grupa chcąca iść do bierzmowania była znowu kompletnie nieprzygotowana. Jeszcze raz przepraszam, że użyłem takiego słownictwa - mówił proboszcz dziennikowi.
Oprócz tego przyznał, że powiedział dzieciom, że tak naprawdę są niewierzące i niezainteresowane wiarą. - A to oznacza, że w domu kwestie wiary także nie istnieją. Taka jest rzeczywistość - stwierdził.
Proboszcz powiedział, że od początku próbował przekonać rodziców, iż bierzmowanie powinny przyjmować osoby świadome i zainteresowane sakramentem. Dziennik przypomina, że również w poprzedniej parafii w Stawigudzie duchowny odwołał i przełożył bierzmowanie.
- Bo uważam, że przystąpienie do sakramentu powinno wynikać z przekonania wewnętrznego i wewnętrznej potrzeby, a nie z namawiania przez otoczenie. Tłumaczę młodzieży, że jeśli kogoś nic nie wiąże z Bogiem albo jest niewierzący, to niech nie przyjmuje sakramentu - wyjaśniał.
W rozmowie z "GW" proboszcz przyznał też, że po spotkaniu miał "moralnego kaca". - Po prostu się wściekłem i jest mi z tym źle - mówił i dodał, że "mimo tego wszystkiego, żaden z rodziców nie przyszedł, żeby porozmawiać, co dalej". - Nikt nie był tym zainteresowany - podkreślił.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.