ESPN DeportesMourinho explica postura con el expediente a AsencioThe Jerusalem PostFormer NSC chief Eiland warns Israel’s diplomatic approach is harming vital interestsוואלהדיווח רוסי: וויטקוף וקושנר נחתו במוסקבהInquirer EntertainmentPH’s Asia Rose Simpson among Miss World 2026 frontrunnersCNN TürkPSG yine puan kaybettiSCMP ChinaChinese man, Nepali woman found alive 10 days after flood매일경제“비단뱀 산 채로 가죽 벗겨”…‘100만달러 브라’ 금메달리스트, 명품백 공개에 뭇매VanguardPlateau shuts schools over diphtheria threatHet Laatste NieuwsKIJK. Jan Vertonghen toont gouden hart: ex-Rode Duivel padelt met zieke kinderenRTL BoulevardGordon 'overspoeld' met aanvragen voor bruiloften7sur7Le youtubeur Greg Guillotin reconnait les violences dont l’accuse son ex-compagneNTVÖzelleştirme İdaresi'nden köprü ve otoyol açıklaması
The Daily Newsstand · Free, Always
Saturday, September 5, 2026

Hiszpania gra inaczej niż cała Europa. Teraz nadchodzi najtrudniejszy test

Translate

Ponadto im bardziej europejski główny nurt, z Ursulą von der Leyen, Mette Frederiksen i Donaldem Tuskiem na czele, skręca w prawo pod względem regulacji migracyjnych i skali deportacji, tym bardziej Pedro Sánchez obiera kurs przeciwny. Niedawno jego rząd podjął decyzję o stworzeniu szybkiej ścieżki legalizacji pobytu, a z czasem nawet uzyskania obywatelstwa, dla pół miliona nielegalnych imigrantów, głównie z krajów Ameryki Łacińskiej. Początkowe szacunki okazały się zresztą zbyt zachowawcze. Osób, które będą w stanie skorzystać z nowych przepisów, może być nawet o jedną trzecią więcej.

W dodatku Sánchez, polityk szalenie utalentowany, ale też kochający splendor, nie kryje się ze swoją oryginalnością. Nową politykę migracyjną ogłosił światu esejem na łamach "New York Timesa".

Logo

Czytaj nas częściej w Google

Dodaj w Google

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Brama do UE

Migracja to oczywiście przykład najjaskrawszy, ale fundamentalnych różnic pomiędzy Madrytem a resztą kontynentu jest znacznie więcej. W obliczu nadchodzącego "drugiego chińskiego szoku handlowego", który może wyeliminować setki tysięcy miejsc pracy w europejskim przemyśle, Bruksela i Berlin przygotowują się do ostrzejszego protekcjonizmu wobec Chin. Hiszpanie w tym samym czasie otwierają się na chiński kapitał.

Sánchez był w Pekinie cztery razy w ciągu czterech lat, a jego współpraca z Państwem Środka zaczyna przyjmować niepokojącą formę. Portal śledczy Intelligence Online ujawnił niedawno, że w Madrycie odkryto jeden z wielu rozsianych po całej Europie nieoficjalnych i po prostu nielegalnych posterunków chińskiej policji. Xi Jinping używa tych jednostek do monitorowania chińskiej diaspory, szpiegostwa — w tym przemysłowego — i wpuszczania propagandy do obiegu informacyjnego społeczeństw europejskich.

Władze w Madrycie rzekomo miały wiedzieć o istnieniu posterunku, ale nic z tą wiedzą nie zrobiły, bo sięgające ponad 3,5 mld euro chińskie inwestycje w tamtejszy przemysł motoryzacyjny byłyby zbyt wielką ceną, którą trzeba by zapłacić za interwencję w tej sprawie.

Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, o które niedawno pokusił się Ivan Krastev. Bułgarski politolog powiedział, że Sánchez "jest tak samo utalentowany jak Viktor Orbán i zaczyna odgrywać tę samą rolę wobec Pekinu, którą przez lata odgrywał premier Węgier". Krótko mówiąc, dawniej to Budapeszt był bramą Chińczyków do Unii Europejskiej, dzisiaj jest nią Madryt.

Premier Hiszpanii Pedro Sanchez, Madryt, 28 kwietnia 2026 r.

Pablo Blazquez Dominguez / Getty Images

Premier Hiszpanii Pedro Sanchez, Madryt, 28 kwietnia 2026 r.

Energia jądrowa, źródła odnawialne, eutanazja, kobietobójstwo, prawa mniejszości, decentralizacja. Tam, gdzie wiele państw europejskich próbuje wrócić wręcz do XIX w., monopolizując władzę w rękach rządów i ograniczając swobody obywatelskie, lewicowy premier Hiszpanii podąża w przeciwną stronę. Nie ma co się oszukiwać, pod wieloma względami jest to możliwe dzięki dywidendzie geograficznej. Wojna, przynajmniej na razie, Hiszpanom nie grozi, obawiać się mogą — i powinni — znacznie bardziej katastrofy klimatycznej, która właściwie już każdego lata dewastuje tysiące hektarów lasów i niszczy infrastrukturę krytyczną. Na razie jednak to problem głównie dla turystyki, odpowiadającej za 13 proc. tamtejszego PKB. Póki nie płoną miasta, można co najwyżej się martwić, że mniej Niemców i Amerykanów przyjedzie wylegiwać się na andaluzyjskich plażach.

Niezatapialny

Nie zmienia to oczywiście faktu, że kariera polityczna Sáncheza jest fenomenem na tle współczesnej polityki europejskiej. W całej Unii jest obecnie tylko troje nominalnie socjalistycznych (lub socjaldemokratycznych) szefów rządu. Bo słowackiego premiera Roberta Ficę, teoretycznie lewicowego, można nazwać jedynie oportunistą, a nie człowiekiem wiernym ideologii. Trzy na 27 to bardzo mała część Wspólnoty, oprócz Hiszpanii są w niej tylko Dania i Malta. Przy czym Mette Frederiksen i Pedro Sánchez, oboje zrzeszeni w europarlamentarnej frakcji Socjalistów i Demokratów, mają ze sobą niewiele wspólnego, głównie z powodu radykalnych różnic w kwestiach migracyjnych.

Nie było więc przypadku w tym, że kiedy na początku roku Sánchez inaugurował w Barcelonie pierwszy zjazd międzynarodówki lewicowej, mającej być odpowiedzią na CPAC (Conservative Political Action Conference), zaprosił Luiza Inácia Lulę da Silvę, wicekanclerza Niemiec Larsa Klingbeila i wielu innych progresywnych polityków — ale premier Danii już nie.

Hiszpan u władzy utrzymuje się nieprzerwanie przez osiem lat, i to pomimo przeprowadzenia w tym czasie aż trzykrotnie wyborów, z których ostatnie były przegrane, tyle że prawicowa Partia Ludowa nie zbudowała większości, by stworzyć rząd. Mimo licznych afer, w tym korupcyjnej, dotyczącej jego partnerki Begoni Gómez, braku stabilnych partnerów koalicyjnych, konieczności handlowania głosami z separatystami z Kraju Basków i Katalonii w zamian za ich poparcie, socjalistyczny premier pozostaje niezatapialny.

No właśnie — dlaczego? Czy, o ironio, jest w tej samej sytuacji co Frederiksen, silna słabością swoich prawicowych przeciwników? Czy Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE), ugrupowanie Sáncheza, rządzi, bo alternatywa — koalicja prawicowej Partii Ludowej (PP) z radykalnie prawicową formacją Vox — jawi się jako jeszcze gorsza opcja? A może chodzi o demony przeszłości i faszystowskie korzenie prawicy? Tradycje ruchu republikańskiego i separatyzmy?

Prawdopodobnie wszystkie punkty z tej listy mają mniejsze lub większe znaczenie dla kariery politycznej Sáncheza. Przeprowadzanie wiwisekcji tego sukcesu nie ma jednak teraz zbytniego sensu, bo Hiszpanie pójdą do urn w przyszłym roku, najpóźniej w sierpniu, i w następstwie tego głosowania hiszpański cud socjalistyczny najprawdopodobniej przejdzie do historii.

Gdyby wybory odbyły się jutro, prawica przejęłaby władzę bez problemu. W tej chwili poparcie dla PP wynosi 34 proc. , przy 26 proc. dla PSOE. Na trzecim miejscu jest Vox — 17 proc. , dalej plasują się dwie coraz bardziej planktonowe formacje lewicowe: koalicja Sumar z 6 proc. i znane z populistycznej eksplozji poprzedniej dekady Podemos z 4 proc. Pierwszy przypis, który należy zrobić w tej analizie, dotyczy samej góry sondażowej tabeli.

Nie ma co się przywiązywać do dystansu między PP a PSOE, bo te sondaże są akurat mocno chybotliwe. Jeszcze w kwietniu różnica wynosiła 2 pkt proc., czyli mieściła się w granicach błędu statystycznego. Może to jest jakieś pocieszenie dla lewicy, ale jeśli tak, to marne. Remis między tymi partiami ostatni raz zanotowano w marcu 2022 r. Od tego czasu prawica, coraz bardziej radykalna i przytulająca się do zbratanego z Orbánem ugrupowania Vox, konsekwentnie utrzymuje się na prowadzeniu.

Znacznie większym problemem dla Sáncheza są jednak słabi koalicjanci. Taka sytuacja zresztą jest dobrze znana w wielu europejskich krajach. W ostatnich wyborach, w sierpniu 2023 r., Sumar poparło 13 proc. głosujących, ponad dwa razy więcej, niż wynosi ich obecna średnia sondażowa. Podemos, które wyłamało się z szerokiej lewicowej koalicji przed tamtym głosowaniem, akurat w sondażach urosło, ale tylko dlatego, że poprzednio szorowało po dnie. Partia podwoiła poparcie, co brzmi imponująco. Gorzej, kiedy popatrzy się na liczby, bo to podwojenie nastąpiło z 2 proc.

Tymczasem notowania Vox skoczyły do 17 proc. , choć — co ciekawe i często w tych debatach pomijane — wciąż daleko jest tej partii do najwyższych poziomów w historii. Kilka lat temu poparcie dla niej oscylowało już w granicach 20 proc. , ale lider ugrupowania Santiago Abascal nigdy nie osiągnął tego wyniku w wyborach. Nad tym zjawiskiem akurat warto się pochylić, bo jest w miarę typowe dla antysystemowych partii europejskiej prawicy. Starczy popatrzeć na naszą Konfederację, która wprawdzie sukcesywnie zyskuje w sondażach i na pewno nie można jej lekceważyć, ale w krytycznych momentach pikuje.

Przed ostatnimi wyborami Vox stracił jedną trzecią sympatyków w ciągu roku. Wszyscy nad Wisłą z kolei pamiętają, jak jeszcze we wrześniu 2023 r. Sławomir Mentzen sam koronował się na głównego rozgrywającego późniejszej koalicji, bo w sondażach poparcie urosło mu do 16 proc. Skończyło się nieco inaczej — w trakcie konfederackiego wieczoru wyborczego o godz. 20.50, 10 minut przed ogłoszeniem wyników exit poll, ówczesna rzeczniczka Konfederacji Anna Bryłka wyszła do dziennikarzy i powiedziała, że nie wiadomo, czy Mentzen z nimi porozmawia, bo realna jest perspektywa spadku Konfederacji pod pięcioprocentowy próg wyborczy.

"Tygodnik Przegląd" nr 36

Tygodnik Przegląd

"Tygodnik Przegląd" nr 36

Przestrogi i zagrożenia

Te wszystkie zmienne warto brać pod uwagę przy robieniu symulacji wyborczych, nie tylko w Hiszpanii. Jednocześnie nie można zapominać, że zmieniła się zasadnicza dynamika. Dziś perspektywa współpracy PP i Vox w koalicji jest znacznie bardziej prawdopodobna niż trzy lata temu. Obie partie współrządzą już w czterech regionach na szczeblu samorządowym, a i natura tych sojuszy wiele mówi o potencjale stworzenia rządu centralnego.

Przestrogą dla lewicy powinna być zwłaszcza sytuacja w Andaluzji, jednym z tradycyjnych bastionów socjalizmu, gdzie pamięć o wojnie domowej i niechęć do monarchii zawsze były wyeksponowane. Tam władzę przejęła prawica i niedawno oba konserwatywne ugrupowania podpisały coś na kształt umowy programowej, zawierającej "narodowe priorytety", chociażby w dostępie do usług publicznych. Sama nazwa dokumentu każe zakładać, że ewentualny sojusz Vox i PP, mimo rytualnego obrzucania się przez nie obelgami na kampanijnym szlaku, nie jest dziś abstrakcją.

Gdyby do tego doszło, hiszpańska odrębność w polityce zagranicznej, energetycznej i migracyjnej najpewniej by się wypaliła. Zwłaszcza że ewentualny triumf iberyjskiej prawicy wybiłby się na coraz bardziej prawdopodobnej fali prawicowych zwycięstw. 2027 będzie rokiem wyborczym we Włoszech, we Francji, w Polsce i właśnie w Hiszpanii. Biorąc pod uwagę fakt, że w Niemczech AfD rośnie w sondażach, a krytyczną opinię o Friedrichu Merzu ma już pięciu na sześciu obywateli Republiki Federalnej, nie można wykluczyć, że upadnie również koalicyjny rząd w Berlinie.

W niebezpiecznym dla Europy, ale bardzo możliwym scenariuszu mniej lub bardziej skrajna prawica za 13-14 miesięcy będzie rządzić lub współrządzić we wszystkich pięciu najludniejszych krajach UE. W praktyce, na poziomie idei, norm, rozumienia roli kontynentu w świecie, oznaczać to będzie koniec powojennego europejskiego projektu politycznego, zapoczątkowanego przez Schumana, De Gasperiego i Monneta osiem dekad temu.

Vox już zresztą mości się w fotelu partnera koalicyjnego, snując imperialne plany na czas swoich pierwszych rządów. Europejska odsłona portalu Politico przedstawiła niedawno ich plan na Hiszpanię, zwłaszcza w kontekście roli kraju we Wspólnocie Europejskiej. Po pierwsze, regularne używanie przez Madryt prawa weta na forum Rady Europejskiej. "Koniec z byciem miłymi gośćmi — powiedzieli dziennikarzom Politico członkowie Vox. — Tam, gdzie nam nie pasuje polityka wspólnotowa, będziemy ją blokować". To niebezpieczne zwłaszcza dla Polski, bo Vox jest partią otwarcie "antywojenną", co należy uznać za eufemistycznie nazwaną chęć zatrzymania unijnego wsparcia dla Ukrainy, zwłaszcza finansowego. Podobnie jak pobratymcy ideologiczni z francuskiego Zjednoczenia Narodowego czy wspomnianej AfD hiszpańscy radykałowie chcieliby zatrzymać pogłębianie europejskiej integracji, odwrócić regulacje spod znaku Zielonego Ładu i stosować twardą politykę wobec imigrantów, nie tylko nielegalnych.

Madryt

shutterstock/R.M. Nunes

Madryt

Największe niebezpieczeństwo dla Europy leży jednak gdzie indziej. I znowu to opowieść nie tylko o Hiszpanii. Partie skrajnie prawicowe, w tym Vox, chcą wywracać stolik i zmieniać systemy w swoich krajach, ale nie mają pojęcia, jak te systemy działają. Nawet jeśli niektóre ich pomysły na reformy bywają sensowne, nie mają one doświadczenia ani metody, by je wprowadzić. Im dłużej biurokratyczne molochy będą te zmiany opóźniać albo komplikować, tym mniej radykałowie będą mieli cierpliwości. Aż w pewnym momencie mogą do zmian w swoich krajach zabrać się z piłą mechaniczną w ręku — nawiązując do popularnego dziś artefaktu politycznego.

Wtedy naprawdę zrobi się niebezpiecznie, bo do Europy zawita styl rządzenia znany z drugiej administracji Donalda Trumpa. Destruktywny, chaotyczny, bardzo trudny do odwrócenia dla kolejnej władzy. Pedro Sánchez ma więc rok, żeby na ten rodzaj radykalizmu znaleźć szczepionkę.

View the original on Onet

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.