Horna-Cieślak i krok ostateczny. Co sądzę o burzy wokół rzeczniczki

Rzecz zdarzyła się w sierpniu na warszawskiej Białołęce, ale dopiero teraz ją nagłośniono. Rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak miała być świadkiem sytuacji, w której matka krzyczała na swoje dziecko i szarpała je. Zwróciła jej uwagę, w odpowiedzi kobieta podobno jej ubliżyła.
Dalszy ciąg historii jest ogólnie znany, otwiera się w nowym oknie. Początkowo policja odmówiła interwencji na żądanie rzeczniczki, a sąd rodzinny ograniczył się do ustanowienia kuratora dla tej rodziny. Ale, według dziennikarzy, Horna-Cieślak naciskała zarówno na policję jak i - poprzez swoich pracowników - na sędziego. Szczegóły są sporne, policjantka twierdzi, że wciągnięto w to nawet komendanta stołecznego policji, czemu zarówno rzeczniczka jak i policja zaprzecza.
Poznajmy różne wersje
Ostatecznie po konferencjach z Horną-Cieślak policja zmieniła front. Bez nowej decyzji sądu kobiecie odebrano dwójkę dzieci w wieku czterech i trzech lat - jest to zgodne z ogólnymi założeniami procedury antyprzemocowej, która zaleca w takiej sytuacji szybkie oddzielenie ofiar od oprawców. Dziś policja tłumaczy się, że pojawiły się nowe okoliczności: ojciec dzieci był kiedyś karany, w rodzinie już wcześniej miało dochodzić do awantur. Założono albo miano jej założyć tak zwaną Niebieską Kartę.
A jednak sąd ponownie zadziałał orzekając, że działania Hornej-Cieślak "mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej, a machina państwowa i urzędowa została uruchomiona w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia". Sędzia wyśmiał argument policji, że w mieszkaniu tej rodziny znaleziono dwie butelki piwa. Określił go jako "całkowicie chybiony i wręcz absurdalny", wskazując, że rodzice nie byli pod wpływem alkoholu, a w mieszkaniu nie znaleziono zakazanych substancji.
Historia wywołała polityczną burzę. Posłowie Konfederacji i Rozwoju Plus zapowiadają zbieranie podpisów pod wnioskiem o odwołanie urzędniczki, wybranej w listopadzie 2023 roku (była jedną z pierwszych powołanych po wyborach przez centrolewicową koalicję). Poseł Rozwoju Paweł Jabłoński powiadomił prokuraturę, że Horna-Cieślak mogła się dopuścić przestępstwa. Szef Kanału Zero Krzysztof Stanowski nazwał ją "bardzo złą kobietą" i "osobą niezrównoważoną".
Najpierw odniosę się do medialnego szumu. Mnóstwo komentarzy krytycznych wobec pani rzecznik właściwie pomija jej stanowisko. I nie chodzi mi tu nawet o bombastyczne oficjalne stanowisko jej biura.
"Nie tylko Biuro Rzecznika Praw Dziecka, ale również inne właściwe służby, podjęły i nadal podejmują działania mające na celu zabezpieczenie dzieci, gdyż ich sytuacja niezmienne wymaga ochrony" - piszą urzędnicy.
Chodzi mi o to, co twierdzi ona sama. Bo wielu komentatorów przedstawia jej działania jako zemstę za kłótnię z matką dziecka. Oto ta matka zdenerwowała się, że jej pociecha wybiegła sama na ulicę, stąd krzyki i szarpanie. Pani rzecznik się wtrąciła, a zwymyślana poszukała odwetu.
Jednak ona sama przedstawia sytuację jako dramatyczną. "Byłam świadkiem stosowania przemocy fizycznej i psychicznej wobec kilkuletnich dzieci w miejscu publicznym. Poza stosowaniem przemocy fizycznej, Matka wyzywała dziecko w wulgarny sposób w tym m.in. 'ty k****'" - napisała na X. Jak podkreśliła, "jako świadek przemocy" zawiadomiła policję.
Co się naprawdę zdarzyło?
Cóż, sami sytuacji nie widzieliśmy, nie wiemy jak ona wyglądała. Dodajmy, że Horna-Cieślak powołuje się na dalsze ustalenia dotyczące tej rodziny.
"Biuro Rzecznika Praw Dziecka jest w posiadaniu pełnej dokumentacji i materiału dowodowego dotyczącego tej rodziny i wcześniejszych form stosowania przemocy wobec dzieci - w szczególności Niebieskich Kart, informacji ze strony sąsiadów" - napisała.
Dopiero po poznaniu jej wersji, można próbować bardziej kompleksowej oceny. Bo warto jednak wysłuchać opinii choćby adwokata specjalizującego się w prawie rodzinnym Tomasza Gołembiewskiego. W rozmowie z Zero.pl mówił on o użyciu procedury antyprzemocowej jako wytrycha. Pan mecenas zwrócił uwagę na nieprawidłowości w postępowaniu Hornej-Cieślak. Nie powinna wywierać nacisku na sędziego. Powinna też wyłączyć się z postępowania na rzecz kogoś ze swoich podwładnych, a samej wystąpić w roli świadka.
To zastrzeżenia niby tylko formalne. Czym one są wobec obowiązku reagowania na zło, zakrzyknie ktoś przekonany, że polskie rodziny są źródłem patologii, a w tym przypadku mamy nawet poszlaki, że to istotnie spotkanie z rodziną dysfunkcjonalną. Takie głosy już się odezwały, a po lewej strony będzie ich więcej.
Rzeczniczka sama postawiła kropkę nad "i". W rozmowie z dziennikarzem Polsat News, otwiera się w nowym oknie przypomniała historię Kamilka zakatowanego przez swojego ojczyma przy bierności matki. I oznajmiła, że takie przypadki powinny uczyć szybkiego reagowania zamiast obojętności.
Brzmi to sugestywnie, ale przypomnijmy, że nawet biorąca udział w tych zdarzeniach policjantka, a później i sąd, byli skonsternowani wyjątkową gorliwością w używaniu instytucji przeciw konkretnym ludziom. Nie mam podstaw, aby przypisywać im złą wolę czy brak rozeznania. Uwaga sędziego o "przemocy instytucjonalnej" do mnie przemawia, bo jest jej w Polsce coraz więcej - w imię rozmaitych politycznych poprawności.
I przypomnę też, że oddzielenie dzieci od rodziców powinno być czymś absolutnie wyjątkowym. Bo nawet jeśli w rodzinie dzieje się nie całkiem dobrze, to wiara, że przekazanie dzieci państwu polepszy ich los, czy będzie źródłem ich komfortu, jest iluzją. W tym przypadku mamy do czynienia zapewne z ludźmi prostymi. Ich obyczaje pewnie mogą razić inteligenta. Ale do historii nieszczęsnego Kamilka jest zapewne bardzo daleko.
W cieniu ideologii
W tle mamy jeden z wyrazistych konfliktów ideologicznych. Kiedy w latach 2015-2016 do władzy dochodziła prawica, piętnowała pochopność, z jaką sądy kilka razy zabierały dzieci rodzicom. Z kolei kiedy w 2023 roku w Częstochowie zginął Kamilek, lewica i liberałowie przystąpili do kontrataku. Uznano ten przypadek za dowód, że wobec tego co dzieje się w rodzinach, trzeba być w sposób instytucjonalny nieufnym. Wręcz oskarżano konserwatystów, że to oni wydali dziecko w ręce katów - choć tak naprawdę zawinił brak dociekliwości i uwagi konkretnych biurokratycznych instytucji.
Teraz na kanwie tego przypadku kontratakuje prawica. Przypomina jak pochopnie państwo zastępuje rodzinę w niektórych państwach zachodnich. I opisuje rzeczniczkę Horną-Cieślak jako osobę zideologizowaną, która gotowa jest zabierać dzieci rodzicom w imię dogmatycznych, lewicowych, czy może nawet lewackich, przekonań.
Przykro mi, że was zawiodę, ale nie jestem stuprocentowym wyznawcą żadnej z tych teorii. Każdy przypadek jest inny, a my na ogół rozpoznajemy go po fakcie, albo w pełni nie rozpoznajemy nigdy. Musielibyśmy być z konkretnymi rodzinami w ich mieszkaniach, a nie jesteśmy.
Co napisawszy, intuicyjnie cieszę się, że konkretny sędzia podjął decyzję nie kierując się ani wyczuwalną ideologią, której hołduje znaczna część naszego rządu, ani strachem przed ważną nominatką tej koalicji. Która nie budzi mojego zaufania jako człowiek. To ona była oskarżana przez TVN24 (przecież nie wrogi obecnej władzy) o mobbowanie własnych pracowników. I to ona zastraszała pewną lodziarnię z Pszczyny, aby przerwać zwyczaj fundowania lodów prymusom - w imię fałszywego, właśnie ideologicznego, wyobrażenia o tym, jak zapewnić każdemu dziecku jednakowy komfort psychiczny.
Co napisawszy, wyrażę jednak marzenie, że może ktoś pomógłby tej konkretnej rodzinie. Może oduczyłby rodziców krzyczeć wulgarnie na dzieci, bo to żadne wychowanie. Wiem, że to oczekiwanie utopijne, bo od jakiej instytucji tego żądać? Gdzie szukać ludzi, którzy mieliby na to pomysł i stosowne uprawnienia? Ale mogę przecież pomarzyć...
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.