Prokuratura ujawni zarzuty wobec Dawida K. Lekarza nie było w przychodni
Pod przychodnią w Jaktorowie od rana są dziennikarze. Jedni wchodzą do środka, podając się za pacjentów. Inni ustawiają kamery na ulicy i kierują je na wejście i parking. Liczą, że uda się nagrać Dawida K., gdy przyjedzie do pracy. - Ja widzę, że dziennikarze próbują nagrywać — denerwuje się jedna z osób z personelu. Pod placówką trwa zamieszanie, ale przychodzą też zwykli pacjenci umówieni na wizyty i zabiegi. Na miejscu nie było osób odpowiedzialnych za przychodnię. Nie komentują one sprawy zarzutów wobec Dawida K.
Pracownicy przychodni przyznają, że afera nie odstraszyła pacjentów lekarza. — Niektórzy wręcz chcą go poznać jako uczestnika całej sprawy. Sądzę, że część pacjentów kojarzy go z mediów. Oczywiście są też osoby, dla których wydarzenia w Warszawie są gdzieś daleko. Nie każdy żyje polityką i nie każdy musi go kojarzyć — słyszymy od osoby pracującej w przychodni.
– Codziennie jest tu telewizja. Dajcie mu żyć. Gdzieś musi pracować – mówi z kolei jeden z pacjentów. – W Jaktorowie od wielu lat rządzi KO, nic dziwnego, że tu znalazł pracę – mówi inny pacjent i podkreśla, że odnawia u niego recepty. – Cały Jaktorów już wie o tym, że tu pracuje. Jako lekarz zachowuje się normalnie – dodaje.
Sam Dawid K. konsekwentnie odmawia komentarza. Jedyne jego słowa, które trafiły do opinii publicznej, pochodzą z nagrania opublikowanego przez Kanał Zero. Lekarz mówi na nim, że "ma to wszystko w d…".
O co chodzi w aferze w Szpitalu Południowym?
Sprawę ujawnił w czerwcu Kanał Zero. Sprawa dotyczy kontraktu, na którym 28-letni Dawid K. pracował w warszawskim Szpitalu Południowym. Lekarz nie był tam zatrudniony na etacie, tylko rozliczał się w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Z dokumentów wynikało, że w 2025 r. ta działalność przyniosła mu ponad 1,6 mln zł przychodu. Dawid K. wykazał przy tym niemal 4 tys. przepracowanych godzin. To średnio ok. 11 godzin dziennie przez cały rok, bez jednego dnia wolnego. Tak narodziło się określenie "lekarz milioner".
Sprawa miała też wymiar polityczny. Dawid K. był wówczas radnym warszawskiej dzielnicy Ursus z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Po ujawnieniu informacji o jego zarobkach złożył mandat i wystąpił z partii.
Prawie cztery miesiące czekania na zarzuty
Od ujawnienia afery minęły prawie cztery miesiące. Do wtorku Dawid K. nie był przesłuchiwany. Prokuratura tłumaczyła, że śledczy potrzebują czasu na zebranie obszernego materiału dowodowego. Nie chcieli też zbyt wcześnie ujawniać lekarzowi i jego obrońcom, jakimi dowodami dysponują.
Jak ustaliła Wirtualna Polska, we wtorek w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie przeprowadzono czynności z Dawidem K. Wieczorem jego pełnomocnik, mecenas Jacek Dubois, potwierdził PAP, że lekarz usłyszał zarzuty. Zastrzegł jednak, że do czasu przekazania informacji przez prokuraturę nie będzie komentował ich treści. Jako pierwsze o postawieniu zarzutów poinformowało Radio ZET.
Szczegóły prokuratura ma przedstawić w środę o godz. 14.45. Wtedy dowiemy się, co dokładnie zarzuca się Dawidowi K. i czego dotyczy prowadzone od miesięcy śledztwo.
Pod przychodnią w Jaktorowie kamery wciąż czekają. Lekarz ma się tu pojawić dopiero w kolejnych dniach, już po tym, jak opinia publiczna pozna treść zarzutów.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.