Kacperek z "Rodzinki.pl" zarobił 2 mln. W prawdziwym życiu 7 na 10 traci
Nieco ponad tydzień temu kilkaset tysięcy Polek i Polaków zasiadło przed telewizorami, żeby obejrzeć kolejny odcinek "Rodzinki.pl" w TVP2. W domu, w którym dzieje się akcja, trwała właśnie rozmowa o zarabianiu pieniędzy.
Jednym z bohaterów jest Kacper Boski (Mateusz Pawłowski), najmłodszy syn Natalii (Małgorzata Kożuchowska) i Ludwika (Tomasz Karolak). Widzowie pamiętają go jako rozbrajającego, kędzierzawego malca z zaraźliwym śmiechem, który przez dekadę dorastał na ich oczach. Dziś to dorosły mężczyzna, który oznajmia rodzicom: "Nie potrzebuję waszych pieniędzy. Mam swoje". Ile? "Dwa miliony". Odpowiedzią jest salwa śmiechu, ale Kacper nie żartuje i dorzuca, że "może trochę więcej". Śmiech się urywa. "Jezus Maria, skąd?" – pada pytanie. "Na daytradingu" – odpowiada Kacper.
Ludwik łapie się za serce, a w domu Boskich wybucha panika. Rodzice są przekonani, że syn "pójdzie siedzieć", i to "w tych klapkach", jako pierwszy w rodzinie. Kacper jest oburzony: "Za co? Za legalne inwestowanie? Gdzie ty żyjesz?" "Ale jak te dwa miliony, do jasnej cholery?" – dopytują rodzice. "No jak? Normalnie. Mam zdolności analityczne" – kwituje Kacper.
Rodziców martwi więc tylko jedno: czy pieniądze są legalne. O tym, że równie szybko można je stracić, nie pada ani słowo.
Fragment z tym dialogiem stał się w ostatnich dniach przebojem internetu. Krąży w co najmniej trzech kontekstach. Pierwszy jest oczywisty – to promocja powracającego na ekrany serialu. Dwa pozostałe dotyczą treści rozmowy. Jedni za pomocą tego dialogu reklamują tę formę gry na giełdzie. Inni wyśmiewają takie ujęcie strategii, którą uważają za skrajnie niebezpieczną.
Czym jest daytrading, dlaczego ma opinię tak niebezpiecznego i czy nadawca publiczny powinien go w ten sposób pokazywać? Zapytaliśmy Filipa Łysiaka, analityka Quercus TFI.
Przemek Gulda, Wirtualna Polska: Czym jest daytrading?
Filip Łysiak, analityk Quercus TFI: Daytrading, czyli handel krótkoterminowy, to forma spekulacji na rynkach finansowych, podczas której transakcje są otwierane i zamykane w obrębie jednej sesji giełdowej, a horyzont pojedynczej decyzji liczy się w minutach lub godzinach. Źródłem wyniku mają być niewielkie, krótkookresowe zmiany cen instrumentów finansowych. To gra o sumie zerowej, a po uwzględnieniu spreadu, prowizji, punktów swapowych i poślizgów cenowych – o sumie ujemnej.
Czy to standardowa forma inwestowania?
Warto wyraźnie rozdzielić trading od inwestowania. Daytrading jest przede wszystkim formą krótkoterminowej spekulacji. Jego istotą jest próba przewidzenia kierunku krótkookresowego ruchu ceny i osiągnięcia na tej podstawie zysku.
A inwestowanie?
Opiera się na alokacji kapitału w oparciu o analizę oczekiwanej stopy zwrotu, ryzyka, wyceny oraz możliwych scenariuszy w określonym horyzoncie. Różnica nie sprowadza się więc wyłącznie do czasu utrzymywania pozycji, ale dotyczy samego źródła oczekiwanego wyniku. Inwestowanie to lokowanie kapitału w aktywa, których wartość w dłuższym terminie powinna wynikać z generowanych przepływów pieniężnych, wzrostu wyników przedsiębiorstw czy zmian ich wyceny. W daytradingu horyzont jest na tyle krótki, że fundamentalne czynniki mają zazwyczaj znacznie mniejsze znaczenie, a większą rolę odgrywają płynność, zmienność, krótkoterminowy przepływ zleceń i reakcja rynku na napływające informacje.
Jak to działa w praktyce?
W przypadku handlu krótkoterminowego kluczowym elementem jest wykorzystanie tzw. lewara, czyli dźwigni finansowej. Otwierając pozycję, klient wpłaca jedynie depozyt zabezpieczający, ale zysk i strata naliczane są od pełnej wartości kontraktu. Przy dźwigni 1:30, maksymalnej dla klienta detalicznego na głównych parach walutowych, ruch ceny o około 3 proc. w niekorzystną stronę konsumuje cały depozyt. Przy 1:100, dostępnej w Polsce dla tzw. doświadczonego klienta detalicznego, wystarczy 1 proc. Nie są to scenariusze skrajne, lecz zwykła dzienna zmienność wielu instrumentów.
Czy to popularna dziś forma aktywności na giełdzie?
W ostatnich latach daytrading stał się przy tym szczególnie popularny wśród inwestorów indywidualnych. Dostęp do rynków jest dziś praktycznie natychmiastowy, koszty zawierania transakcji znacząco spadły, a platformy inwestycyjne pozwalają rozpocząć handel przy relatywnie niewielkim kapitale. Jednocześnie media społecznościowe stworzyły całe środowisko treści koncentrujących się na krótkoterminowym tradingu i możliwości szybkiego osiągania wysokich stóp zwrotu. W efekcie bariera wejścia na rynek jest nieporównywalnie niższa niż jeszcze kilkanaście lat temu.
Ludzie ruszyli w tę stronę? Co z tego wyniknęło?
Jeżeli chodzi o implikacje tej rosnącej popularności instrumentów o bardzo agresywnym profilu ryzyka wśród inwestorów indywidualnych, dane są jednoznaczne. Z raportu KNF za 2025 r. wynika, że 72,2 proc. aktywnych klientów rynku forex i CFD zakończyło rok ze stratą, a łączna wartość tych strat, czyli blisko 2,7 mld zł, niemal czterokrotnie przewyższyła sumę zysków pozostałych uczestników. Średnia strata wyniosła około 10 tys. zł na klienta.
To nie brzmi dobrze. Może to jednorazowy wypadek?
Co więcej, to nie jest jednorazowa anomalia: w żadnym z ostatnich pięciu lat odsetek tracących nie spadł poniżej 70 proc., niezależnie od koniunktury rynkowej. Inne badania, nie tylko organów regulacyjnych, ale również akademickie, dochodzą do zbliżonych konkluzji, jednocześnie dokumentując brak tzw. efektu uczenia, który pozwalałby traktować początkowe straty jako koszt nabywania kompetencji.
Czemu więc ludzie się na to łapią?
Osobną kwestią jest to, co widać w przestrzeni publicznej. Nagłaśniane są wyniki nielicznych wygranych, natomiast setki tysięcy rachunków zamkniętych ze stratą nie generują postów ani zrzutów ekranu. To klasyczny błąd doboru próby, który systematycznie zawyża postrzegane prawdopodobieństwo sukcesu.
A jak ocenia pan pokazanie daytradingu w ten sposób w serialu nadawcy publicznego, który ma w misji także edukację?
Przedstawianie daytradingu w kulturze popularnej przez pryzmat osoby, która w krótkim czasie osiąga bardzo wysoki zysk, wymaga odpowiedniego kontekstu. Sam wątek nie jest problemem.
Wątpliwości pojawiają się wtedy, gdy eksponowany jest spektakularny rezultat, natomiast ryzyko konieczne do jego osiągnięcia pozostaje niewidoczne. Może to tworzyć szczególnie u młodszych odbiorców przekonanie, że rynek finansowy jest miejscem, w którym niewielki kapitał, kilka trafnych decyzji i odrobina odwagi wystarczą do szybkiego osiągnięcia znaczących zysków.
A rzeczywistość?
Statystyki pokazują, że jest znacznie mniej atrakcyjna. Wejście na rynek jest dziś bardzo łatwe, natomiast systematyczne zarabianie na nim pozostaje bardzo trudne. Pojedynczy spektakularny zysk może być interesującą historią, ale z perspektywy profesjonalnego zarządzania kapitałem znacznie więcej mówi odpowiedź na trzy pytania: jakie ryzyko zostało podjęte, dlaczego dana decyzja miała przynieść zysk i czy ten sam proces można powtarzać w długim okresie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.