Państwa bałtyckie na celowniku. Putin wraca z groźbą
Władimir Putin wyciągnął w ostatnich dniach dobrze znaną kartę nawiązującą do prześladowania rosyjskojęzycznej ludności. Tym razem dyktator przekonywał, że sytuacja dotyczy mieszkańców krajów bałtyckich.
Scenariusz dotyczący "obrony" rosyjskojęzycznej ludności sam w sobie nie jest niczym nowym. Putin podnosił łudząco podobne argumenty już wielokrotnie – m.in. w 2022 r. w związku z pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę. Był to jeden z pretekstów do rozpoczęcia działań wojennych.
Sytuacja jest zatem poważna, ale nie nowa. Jeden z krajów bałtyckich – Łotwa – znajduje się w szczególnym momencie. 3 października odbędą się tam bowiem przedterminowe wybory parlamentarne.
W poprzedzający głosowanie weekend na terenie Łotwy doszło m.in. do sabotażu monitoringu granicznego – na granicy z Białorusią i Rosją. Jak przekazała łotewska Straż Graniczna, do incydentów dochodzi na odcinkach granicy, gdzie powstaje nowa infrastruktura technologiczna. Uszkodzenia obejmują m.in. przewody oraz urządzenia odpowiedzialne za funkcjonowanie systemów obserwacyjnych. Z informacji Wirtualnej Polski wynika, że monitoringiem objętych jest 52 proc. granicy.
– To nie jest przypadkowy wandalizm – powiedział szef Państwowej Straży Granicznej Łotwy gen. Guntis Pujats. Jak wyjaśnił, celem działań jest zakłócenie nadzoru nad granicą oraz opóźnienie wdrożenia nowych technologii.
Łotysze intensywnie rozbudowują istniejącą infrastrukturę na granicy kraju. Na granicy powstają bowiem elementy Bałtyckiej Linii Obrony. Stopień zaawansowania prac wynosi jednak raptem ok. 5 proc.
Scenariusz "obrony rodaków"
Zdaniem Jerzego Marka Nowakowskiego, byłego ambasadora RP na Łotwie i w Armenii, ostatnia wypowiedź Putina nie ma jednak "wyborczego" celu.
– Obawiam się, że jest gorzej. To nie kampania, to element grożenia i budowania napięcia. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wywołania otwartego konfliktu Rosja-NATO jest właśnie rzekoma "obrona biednych, pokrzywdzonych rodaków" – mówi Nowakowski Wirtualnej Polsce.
Choć oficjalne dane mówią o około 30-procentowej mniejszości rosyjskiej na Łotwie, ambasador podkreśla, że realne wpływy i nasycenie ludnością rosyjskojęzyczną w niektórych regionach są znacznie wyższe. – Mamy do czynienia z przyśpieszeniem, wzmacnianiem napięcia z mniejszościami – dodaje.
Bartosz Chmielewski, analityk ds. państw bałtyckich w Zespole Niemiec i Europy Północnej OSW, przypomina natomiast, że Putin podobną retorykę dot. państw bałtyckich stosował już w 2002 r.
– Słowa Putina o ochronie praw rosyjskojęzycznych mieszkańców Łotwy i Estonii można interpretować jako próbę zastraszenia zachodniej Europy. Tu kontekst ostatnich doniesień medialnych dotyczących pogorszenia się sytuacji bezpieczeństwa pewnie sugerowałby, że jest to forma zapowiedzi eskalacji tzw. wojny hybrydowej – mówi wprost ekspert.
– Z tym że takie i podobne treści – czasem nawet ostrzejsze – są w kierunku państw bałtyckich wypowiadane od dekad. Wydaje się, że im dalej od granicy estońsko- czy łotewsko-rosyjskiej, tym są traktowane poważniej – zastrzega jednocześnie Chmielewski.
Dyneburg jak Krym?
Obszarem, który wśród ekspertów budzi największe zaniepokojenie na Łotwie, jest wschodnia część kraju – zamieszkana głównie przez rosyjskojęzyczną ludność. Wśród potencjalnych miejsc ewentualnej rosyjskiej prowokacji wymieniany jest m.in. Dyneburg.
– Jeśli Rosja miałaby zaatakować kraj NATO, to nie byłby to marsz na Frankfurt. To byłoby uderzenie lokalne, by stworzyć przyczółek i rzucić wyzwanie: "Czy naprawdę chcecie wojny jądrowej o ten kawałek ziemi?". Ich celem jest rozbicie NATO. Takim miejscem jest właśnie Dyneburg, który musieliby kontrolować, by operować w krajach bałtyckich. Widział pan te mosty, ten teren – to strategiczny punkt – mówił Wirtualnej Polsce niedawno gen. Ben Hodges.
Uwagę na Dyneburg zwraca także Nowakowski. Wskazuje na uderzające podobieństwo drugiego co do wielkości miasta kraju – Dyneburga (Daugavpils) – do terytoriów, które Rosja już raz zajęła siłą.
– Dyneburg ma strukturę ludnościową dokładnie taką, jaką miał Krym przed 2014 rokiem. Różnica jest tylko w nazwach: zamiast Ukraińców są tam Łotysze, a zamiast Tatarów krymskich – Polacy – podkreśla dyplomata. Większość to właśnie ludność rosyjskojęzyczna.
Same wypowiedzi Putina wpisują się także w kontekst ostatnich działań Moskwy. Jak informowały w ostatnich miesiącach media krajów bałtyckich, Rosja chce pozwać je właśnie za "dyskryminację" rosyjskojęzycznej ludności.
– Trzeba to obserwować bardzo uważnie. Wszystko zależy teraz od woli politycznej Rosjan – podkreśla Jerzy Marek Nowakowski.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.