42 sekundy i 300 metrów. Rosjanie sprawdzili polską granicę
Do incydentu doszło w środę, w biały dzień, o godz. 11.08 – wynika z komunikatu Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Rosyjski śmigłowiec wojskowy Mi-8 wleciał z obwodu królewieckiego w polską przestrzeń powietrzną na północ od Braniewa. Zagłębił się w nią na ok. 300 m, a po 42 sekundach zawrócił.
Jak zapewnia wojsko, lot maszyny był obserwowany przez systemy radiolokacyjne Sił Zbrojnych RP, poderwano samoloty myśliwskie, a naziemne siły i środki pozostawały w stanie gotowości. Dowództwo nie ma wątpliwości co do intencji Moskwy. W jego ocenie "charakter incydentu wskazuje na to, że Rosja po raz kolejny testuje gotowość naszej obrony powietrznej".
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
To nie pierwsza taka sytuacja. W ostatnich latach polską granicę powietrzną naruszały już rosyjskie maszyny, a także pociski manewrujące i drony.
Co zrobić z takim statkiem powietrznym i jak powinno zareagować wojsko? Trzeba pamiętać, że mamy czas pokoju, a zestrzelenie śmigłowca z załogą mogłoby stać się pretekstem do działań zbrojnych. Siły Zbrojne RP rutynowo poderwały więc dyżurną parę myśliwców.
Takie działania to nie nowość
Gen. broni pil. Sławomir Dygnatowski, były dowódca Centrum Operacji Powietrznych, mówi Wirtualnej Polsce, że takich prowokacji należało się spodziewać. Zarówno politycy, jak i wojskowi wielokrotnie przed nimi ostrzegali.
– Typowe rosyjskie "drapanie", przed którym nas ostrzegano – mówi gen. Dygnatowski.
Generał tłumaczy, że śmigłowce latają zwykle na wysokości kilkudziesięciu metrów, czyli nisko, w strefie, którą radary obejmują najsłabiej. Dlatego kluczowe jest, jego zdaniem, pytanie, jak daleko od granicy stoją nasze posterunki radiolokacyjne i z jakiej odległości są w stanie "zobaczyć" taki cel.
Gen. Dygnatowski wyjaśnia też, jak wygląda procedura. Najpierw załogi posterunków muszą ustalić, jaki obiekt naruszył granicę. Potem nadaje mu się numer i zapada decyzja, "co z tym fantem zrobić". Wszystko to zajmuje chwilę. Jeśli więc w pobliżu nie ma naszych samolotów czy śmigłowców w powietrzu, szanse na reakcję są – jak mówi generał – mocno ograniczone.
Czy Polska może zestrzelić rosyjski śmigłowiec nad granicą?
Skutecznym przeciwdziałaniem mogłoby być rozmieszczenie wzdłuż granicy środków obrony przeciwlotniczej, takich jak wyrzutnie pocisków czy artyleria. Tyle że w czasie pokoju nie można ich użyć.
– Takie działania są właśnie na to obliczone, że niewiele można zrobić – mówi gen. Dygnatowski.
Jak tłumaczy, podobnie wygląda to w przypadku rosyjskich samolotów rozpoznawczych. Odpowiedzią mogłoby być namierzenie maszyny aktywną wiązką radaru, co jest dla jej załogi jasnym sygnałem: "widzimy was, możemy odpalić pocisk". Ale – jak zaznacza generał – nikt nie zdąży tak zareagować, gdy chodzi o kilkaset metrów i kilkadziesiąt sekund.
Rosjanie mogli też przy okazji sprawdzić, że w okolicy nie ma dyżurnych patroli śmigłowców obrony powietrznej.
– Mówiąc krótko: wiedzą, że niewiele tam mamy. Można byłoby raz strzelić. Ale do tego trzeba byłoby mieć czym strzelać i z czego strzelać – mówi inny nasz rozmówca, żołnierz związany z obroną przeciwlotniczą.
Dlaczego wojsko nie zestrzeliło rosyjskiego śmigłowca?
Spokojniej ocenia to gen. dyw. pil. Włodzimierz Usarek, który, podobnie jak gen. Dygnatowski, dowodził Centrum Operacji Powietrznych. W jego ocenie wojsko zadziałało wzorowo, zgodnie z procedurami przygotowanymi na takie sytuacje. Obiekt wykryto i zidentyfikowano, a poderwana para dyżurna doleciała na miejsce i wróciła.
– To nie tak, że samolot czy śmigłowiec wlatuje i trzeba go od razu zestrzelić. Właśnie po to wysyła się parę dyżurną: aby sprawdzić, czy np. pilot nie utracił kontroli nad maszyną. Zestrzelić tak sobie samolotu nie można. Chyba że jest wojna, wtedy strzelamy do wszystkiego, co wlatuje. W przypadku pokoju dąży się do wyjaśnienia takiej sytuacji na drodze metod pokojowych – mówi gen. Usarek.
Generał zwraca też uwagę, że ok. 300 m to bardzo niewiele, bo mniej niż promień skrętu takiego śmigłowca. Dlatego, mimo naruszenia granicy, Polsce pozostają – jak mówi gen. Usarek – "de facto tylko noty dyplomatyczne".
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.