ESPN DeportesEN VIVO: Sigue el Balón de Oro 2026The Jerusalem PostTrump denies discussing Netanyahu request for another endorsement: ‘I never spoke about it’Daily MaverickFOREIGN AFFAIRS: SA has moved on from Trump’s G20 summit snub, says Ambassador Roelf MeyerInquirerPCSO lotto results Oct. 26: ₱305.12M jackpot unwonESPNLIVE 2026 Ballon d'Or updates: Winners, results, reactionCollider‘Resident Evil’ Officially Becomes the Franchise’s Biggest Movie After Being Removed From 1,000 TheatersGlobal NewsNew Brunswick strikes deal to explore recovering metals from old mine wasteZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioSBS 뉴스접경 긴장 속 "30대에 민통선 뚫렸다" 질타France 24Trump offers $1 million for tipoffs leading to vote fraud conviction as midterms approachDeadlineMicrosoft Offers Buyouts To 60,000, A Quarter Of Its Workforce
The Daily Newsstand · Free, Always
Monday, October 26, 2026

Trump najbardziej pomógłby republikanom, gdyby przestał pomagać [OPINIA]

Translate

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Do wyborów połówkowych w Stanach został tydzień. Na ostatniej prostej kampanii kandydatom z obu partii z pomocą pospieszyli prezydenci – były Barack Obama i obecny Donald Trump. Obama przemawiał w weekend w Ohio i Michigan. W obu stanach Trump wygrał dwa lata temu, w tym roku demokraci w obu walczą o zwycięstwo w wyborach do Senatu i o stanowisko gubernatora. Trump także był w niedzielę w Michigan, a dzień wcześniej przemawiał w Georgii – innym stanie, gdzie wygrał w 2024, który może rozstrzygnąć o tym, kto będzie kontrolował Senat.

O tym, który z prezydentów pomógł bardziej swoim kandydatom, ostatecznie dowiemy się po przyszłym wtorku. Patrząc z zewnątrz, w porównaniu z Obamą, Trump wypadł dość tragicznie. Na tyle, że można zastanawiać się, czy obecny prezydent nie pomógłby najbardziej republikanom, gdyby pomagać przestał i na chwilę usunął się z uwagi Amerykanów.

Ulubiona pupa pana prezydenta

W Michigan Trump co prawda zgromadził sporą grupę słuchaczy, ale trudno znaleźć choć jeden klip z jego wystąpienia, w którym prezydent byłby w stanie wyartykułować przekaz zdolny przekonać rozczarowanych jego administracją wyborców, by nie skreślali jeszcze republikanów. W niektórych momentach wystąpienie Trumpa wyglądało jak parodia prezydenckich wystąpień ze skeczu Saturday Night Live.

Prezydent skupił się na atakach na demokratę do Senatu w Michigan, Abdula El-Sayeda. Trump od dawna na swoich wiecach nazywał go "Mahomedem", żartując, że każdą osobę z tego regionu świata można tak nazwać i na ogół będzie się miało rację – El-Sayed jest urodzonym w Stanach potomkiem emigranta z Egiptu. W Michigan nazwał go "dżihadystą" i stwierdził, że jeśli wygra, to będzie jedynym senatorem, który będzie potrzebował przejść przez bramkę z wykrywaczem metalu, zanim zostanie wpuszczony do Senatu.

Bardziej niż rasistowskie ataki na El-Sayeda do mediów przebił się jednak moment, gdy Trump poprosił towarzyszącą mu w Michigan raperkę Nicki Minaj, by wstała i pokazała swoją… pupę, po tym, gdy wcześniej zachwalał przed tłumem jej estetyczne walory. Pupa Minaj nie była jedyną, jaka pojawiła się w wystąpieniu Trumpa; wcześniej mówił o tej należącej do walczącego w tym roku o reelekcję senatora z Ohio Jona Husteda. Od wiecu w Youngstown w Ohio z 12.10. Trump kilkakrotnie zachwalał fizyczność republikańskiego polityka, 59-latka w młodości grającego jako zawodnik w uniwersyteckiej drużynie amerykańskiego futbolu. Dziennik "USA Today" zatytułował nawet jeden ze swoich materiałów "Prezydent Trump ciągle mówi o tylnej części ciała Jona Husteda".

Oczywiście, polityczną supermocą Trumpa zawsze było to, że wyborcy nie tylko byli mu w stanie wybaczyć wypowiedzi, które pogrzebałyby karierę każdego innego polityka, ale wręcz uznawali je za dowód "autentyczności" Trumpa, tego, że nie myśli i nie zachowuje się jak wygładzony zawodowy polityk, tylko "mówi jak jest". Pytanie jednak, jak długo działać będzie jeszcze ta supermoc. Prezydent sennym głosem wujka, który wyraźnie zmęczył się już na rodzinnej uroczystości, komentujący fizyczne zalety kandydata swojej partii i popierającej go raperki, w sytuacji, gdy Amerykanie zastanawiają się, ile jeszcze płacić będą jak za zboże za benzynę, nie wygląda jak ktoś, kto jest w stanie przewietrzyć politykę, tylko jak starszy pan, który coraz bardziej traci wątek.

"To nie jest zwycięski komunikat"

Nie lepiej Trump poradził sobie wcześniej w Georgii. W pewnym momencie odniósł się do kluczowego problemu tej kampanii: wysokich cen paliwa, spowodowanych głównie przez wojnę z Iranem, którą obecna administracja zaczęła z wielkim entuzjazmem i pewnością siebie, a którą do dziś nie potrafi zakończyć. Prezydent stwierdził, że choć ceny paliwa są wysokie, to nie ma co się tym szczególnie przejmować, bo "zarabiamy fortunę na ropie".

Jak skomentował to strateg demokratów David Axelrod: "Nie jest to zwycięski komunikat". Przeciwnicy Trumpa dostali od prezydenta wymarzony prezent, mogą teraz cytować klip z Georgii z komentarzem: patrzcie, Trump nie przejmuje się tym, jak boli was rachunek za benzynę, bo on i jego obrzydliwie bogaci darczyńcy zarabiają kokosy na ropie naftowej. Być może dla republikańskich kandydatów lepiej byłoby, jakby Trump spędzał weekendy grając w golfa.

Trump zaatakował także walczącego o reelekcję demokratycznego senatora z Georgii, Jona Ossoffa, przezywając go "Pee Wee Hermanem". Dał też do zrozumienia, że jeśli mieszkańcy stanu znów wyślą do Senatu demokratę, a nie republikańskiego kandydata Mike’a Collinsa, to rząd dwa razy pomyśli, zanim skieruje do Georgii federalne środki. "Jest wielka różnica, czy prezydent lubi ludzi reprezentujących stan. Collins może do mnie zadzwonić w każdej chwili. (…) Ale jeśli zadzwoni Pee Wee Herman? Powiedzcie mu, że mnie nie ma. Nie obchodzi mnie, że prosi o pieniądze dla Georgii".

Problem z takimi szantażami – poza ich etyczną i estetyczną oceną – jest taki, że często mają one przeciwstawny do zamierzonego wyborczy skutek. Wyborcy nie lubią być szantażowani przez rząd i, naciskani w ten sposób, niejednokrotnie głosują tak, by ukarać szantażystę. Ossoff ma za sobą świetną kampanię i prowadzi w sondażach, mówi się nawet o nim jako potencjalnym kandydacie demokratów w wyborach prezydenckich w 2028 r. Jeśli Collins przegra, to interwencja Trumpa będzie tylko jednym z wielu powodów jego klęski, ale z pewnością prezydent mu nie pomógł.

Obama jednoczy partię

Obama z kolei zarówno w Michigan, jak i w Ohio przypomniał, jak doskonałym jest mówcą i jak niewielu amerykańskich polityków może się z nim równać. Tryskając humorem, doskonale punktował absurdy polityki Trumpa, na czele z niepotrzebną wojną z Iranem.

Szczególne znaczenie miało wystąpienie prezydenta w Michigan i jego wspólny wiec z El-Sayedem. Jako lewicowy demokrata i muzułmanin krytyczny wobec polityki Izraela i wsparcia, jakie udzielają mu Stany, El-Sayed budził kontrowersje także wśród demokratów. Część przedstawicieli prawego skrzydła partii nie tylko nie pała entuzjazmem do jego kandydatury, ale wręcz wolałaby, by demokraci stracili ważny dla ich kontroli nad izbą wyższą Kongresu mandat w Senacie, niż żeby zdobył go El-Sayed.

Obama wystąpił w Michigan jako kandydat przynoszący jedność podzielonej partii, łączący oba jej skrzydła z jej centrum. W swoim wystąpieniu podkreślał solidarność z atakami, z którymi El-Sayed zmaga się jako muzułmanin, porównując je do swojego doświadczenia. Obama był atakowany w kampanii jako "ukryty muzułmanin", a republikańscy spece od teorii spiskowych zbudowali cały ekosystem dezinformacji mający przekonać Amerykanów, że Obama "tak naprawdę urodził się w Kenii" i z przyczyn konstytucyjnych nie ma prawa zostać prezydentem.

Wystąpienie Obamy miało oswoić z kandydaturą El-Sayeda nie tylko sceptycznych centrowych wyborców, ale także elektorat afroamerykański – bo jest to ta część wyborców demokratów, w której kandydat na senatora z Michigan radzi sobie wyraźnie słabiej. Co częściowo może wynikać z napięć między muzułmańską a czarną ludnością Michigan.

Znów, dopiero po przyszłym wtorku dowiemy się, czy El-Sayed wygra wybory w swoim stanie. Kampanijna interwencja Obamy raczej zwiększyła niż zmniejszyła jego szanse.

Jak wysoki będzie rachunek?

Jednocześnie republikańscy liderzy opinii próbowali wygenerować oburzenie wokół żartu Obamy, który w Ohio wyśmiewał się z Trumpa, zarzucając mu, że Biały Dom pod jego rządami wygląda jak "oddział Cheesecake Factory otworzony przez Saddama Husajna". Republikańskie konta, jedne po drugich, powtarzały, że ma to dowodzić "elitarnej pogardy Obamy i liberalnych elit" dla "zwykłych Amerykanów z klasy średniej" stołujących się w tej sieci restauracji i uznających ją za miejsce na elegancki posiłek.

Nie widać jednak, by ten przekaz jakoś szczególnie mocno "zażarł". W 2024 r. amerykańska prawica skutecznie zbudowała alternatywną rzeczywistość, w której miliarder Trump popierany przez najbogatszych Amerykanów jest przedstawicielem "ludu", a afroamerykańska prawniczka, córka wykładowców akademickich, Kamala Harris, oderwana od życia zwykłych Amerykanów, jest przedstawicielką elit. Dwa lata później coraz więcej Amerykanów widzi jednak, jak bardzo oligarchiczny charakter mają rządy Trumpa i jak prezydent w niespotykany do tej pory w Stanach sposób używa stanowiska, by wzbogacić siebie i swoją rodzinę. Kolejne sondaże pokazują, że korupcja administracji staje się jednym z priorytetów wyborców.

Trump nie zapłaci już za to wyborczego rachunku, nie może startować na trzecią kadencję. Ale Amerykanie mogą ukarać partię, która trzykrotnie poparła go w walce o najwyższy urząd w kraju – za tydzień przekonamy się, jak wysoki rachunek jej wystawią.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.