Wielka eskalacja po wyborach w Rosji? Iwan Preobrażeński: Kreml szykuje coś gorszego
- Wpadamy w stereotypowe myślenie, że po pseudowyborach zacznie się dziać coś wielkiego. Tymczasem nie będzie ogłoszenia wielkiej mobilizacji, przynajmniej jeszcze nie teraz. Moskwa ma inną strategię i zbiera siły, by przeprowadzić decydujące uderzenie - mówi Iwan Preobrażeński, rosyjski politolog i publicysta, od lat mieszkający w Pradze.
Iwan Preobrażeński: Powstał stereotyp, że wszystko, co złe, dzieje się po wyborach. Według tego toku myślenia, skoro w Rosji zakończyła się specjalna operacja wyborcza, powinna teraz nastąpić zakrojona na szeroką skalę mobilizacja.
Wskazują na to wszystkie analizy i przecieki. Według nich Kreml chce powołać 300 tysięcy ludzi do końca roku.
Można odnieść wrażenie, że te przecieki zorganizował sam Kreml. Jest to dezinformacja i zastraszanie.
WIDEO
Czy wojsko znów upomni się o Polaków? Posłanka o szykowaniu na kryzys
WIDEO
Według pana mobilizacji nie będzie?
Zacznijmy od tego, że ukryta mobilizacja się nie rozpocznie, bo ona nigdy się nie zakończyła. Po prostu nie mówi się o niej publicznie. Przypomnę, że dekret Putina o częściowej mobilizacji z września 2022 r. nie był uchylony i mobilizacja trwała cały czas. Gdzieś nadal "busyfikuje" się ludzi, jak w Ukrainie przyjęło się nazywać łapankę poborowych na ulicy, prosto do podstawionych busów. Gdzieś uniwersytety zmuszają studentów do podpisywania kontraktów, a ci trafiają na front.
Kreml z łatwością może sterować skalą mobilizacji. Jeśli uzna za potrzebne, to wyda polecenie i zwiększy liczby. Moim zdaniem tak się właśnie stanie, bo na froncie brakuje ludzi. Ale mobilizacja sama w sobie nie jest procesem związanym z pseudowyborami. Kreml w żaden sposób nie łączy jednego z drugim.
Bo nie musi obawiać się reakcji społeczeństwa?
Oczywiście, będzie to powodować więcej skandali, ale mobilizacja raczej nie osiągnie skali, która wywołałaby dużą reakcję społeczną. Wydaje się, że czas na wykonywanie ruchów w zimowym sezonie działań wojennych już minął. Żeby wykorzystać nowych zmobilizowanych w zimowej ofensywie, należało ich powołać jeszcze latem. Trzeba było ich przeszkolić przynajmniej przez kilka tygodni, wydać im broń, przydzielić oficerów. To wszystko wymaga czasu. W dodatku rosyjska logistyka działa teraz bardzo słabo, między innymi dzięki wysiłkom ukraińskiego wojska.
Realistyczny horyzont czasowy, w którym może dojść do zwiększenia mobilizacji, to wiosna roku 2027.
Czego więc oczekiwać tej zimy? Kreml skoncentruje siły wokół terroryzowania dużych ukraińskich miast? Kijów już od miesiąca żyje niemal jak miasto przyfrontowe. Alarmy przez kilkanaście godzin dziennie. Rosja bombarduje obiekty cywilne, jak leci - supermarkety, stacje, dworce, magazyny, infrastrukturę energetyczną i wodną…
Kreml zapowiada Ukrainie bardzo ciężką zimę. Mówi to wprost, bez owijania w bawełnę. Dmitrij Pieskow (rzecznik prasowy Putina - red.) tłumaczy, że strzelają, gdzie popadnie, bo Ukraina sama jest sobie winna. Widać zresztą, że Kreml w końcu wyznaczył nową strategię informacyjną. Wygląda w skrócie tak: "To Ukraina nas zaatakowała, my tylko odpowiadamy". To bezwstydne kłamstwo, ale Kreml nawet nie stara się zbytnio, żeby to wyglądało przekonująco.
Jak bardzo Kreml bolą ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę paliwowo-energetyczną?
Teraz w Rosji jest druga fala niedoboru paliw. I władze nie napotykają już żadnych poważnych problemów. Zachowują się znacznie spokojniej. Wprowadzają ograniczenia: dzisiaj tankują jedni, jutro drudzy. Społeczeństwo przyzwyczaiło się do tego, że trzeba stać w kolejkach po benzynę. Ot, tak po prostu, pogodziło się z tym.
A na poziomie makro? Według przecieków w mediach, podczas wizyty w Moskwie dyrektor CIA John Ratcliffe miał ostrzegać Kreml, że dalsze prowadzenie wojny może doprowadzić do załamania gospodarki, jak kiedyś w Związku Radzieckim.
Po letniej kampanii Ukrainy wojna stała się dla Kremla znacznie droższa. Wcześniej Rosja sprzedawała ropę i jej pochodne - benzynę i diesla. Po tym, jak większość rafinerii została uszkodzona lub zniszczona, Rosja wprowadziła zakaz eksportu benzyny i diesla. Więc sprzedaje tylko ropę i to tanio. Potem kupuje od innych państw, jak Indie czy Białoruś, paliwa przetworzone z własnej ropy. Innymi słowy, system działa ze stratą.
Jak bardzo wojna podrożała dla Kremla, nie jest jasne. Nadal jednak nie jest to aż tak krytyczne dla rosyjskiego budżetu i armii.
Tak, i chodzi tylko o tę część "białą", która jest jawna w budżecie (uważa się, że ok. jedna trzecia budżetu federalnego Rosji jest utajniona, a środki te finansują działania wojenne oraz resorty siłowe – red.). Putin więc nadal uważa, że zasobów wystarczy, że trzeba wydać jeszcze więcej, jeszcze mocniej docisnąć i Ukraina w końcu się złamie. To są jego stałe oczekiwania.
Myślę, że czeka na moment, by zadać decydujący cios. Dlatego należy uważnie obserwować wszystkie zmiany wokół Białorusi. Putin chciałby wielkiej ofensywy, ale musi skoncentrować siły. Kluczowym elementem jest Mińsk - Putin musi mieć pewność, że Łukaszenka przyłączy się do agresji. Nie jest to jedyny czynnik, który pozwoli na rozpoczęcie operacji, ale spośród wszystkich innych możliwych oznak właśnie ten możemy dość łatwo zidentyfikować.
Dopiero wtedy Kreml ogłosi jawną mobilizację na dużą skalę.
Dlaczego akurat wtedy?
Rosja nie odeszła zbyt daleko od radzieckiej teorii mobilizacji, którą opracowano jeszcze w latach 30. Zgodnie z nią blitzkrieg wymaga kilkumiesięcznego okresu jawnej powszechnej mobilizacji. Na razie tego nie ma i ewidentnie mobilizacja nie zacznie się w najbliższych miesiącach. Być może na wiosnę. Do tego czasu Rosja będzie prowadzić naloty, próbując pozbawić Ukrainę żywności, prądu i wody.
Putin nadal uważa, że czas działa na jego korzyść?
Tak, i dostaje sygnały, które utwierdzają go w przekonaniu, że dla niego sytuacja staje się tylko lepsza. Zbliżają się wybory we Francji, trwają wybory w niemieckich landach. Skrajnie prawicowe partie sympatyzujące z Rosją są o krok od przejęcia władzy. Minister spraw zagranicznych Niemiec po raz pierwszy od inwazji spotyka się z rosyjskim odpowiednikiem. Unia Europejska zdejmuje sankcje z bliskich Putinowi oligarchów.
Putin odczytuje to jako przejaw słabości Europy. Jej gotowości do ustępstw.
Wspomniał pan o oligarchach. Chodzi o Aliszera Usmanowa oraz Michaiła Fridmana, którzy tydzień temu zostali wykreśleni z listy sankcyjnej UE. Miały lobbować za tym m.in. Francja i Luksemburg. Jakie to będzie miało konsekwencje?
W efekcie Putin wierzy, że to on ma mocne karty, a czas tylko polepszy jego pozycję.
Na tyle, by przetestować NATO?
Uważam, że rozmowy o potencjalnym ataku na kraje Sojuszu są elementem rosyjskiej polityki zastraszania. Moskwa nie jest gotowa na atak na pełną skalę, bo zwyczajnie nie jest dla niej jasne, jaka będzie reakcja innych krajów NATO, a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych.
Pokazała to wręcz histeryczna reakcja Kremla na słowa kanclerza Niemiec Friedricha Merza o tym, że należy poważnie przygotowywać się do wojny, a nie podnosić zasiłki, bo jeśli kraj straci suwerenność i tak nie będzie w stanie ich wypłacić. Myślę, że to uświadomiło Kremlowi, że rozłam w NATO - do którego tak dąży – nie nastąpił. To sygnał, że do bezpośredniej agresji na razie nie dojdzie. Przynajmniej dopóki trwa wojna w Ukrainie, Rosja nie będzie miała wystarczających sił, żeby zaatakować Sojusz.
Ale to nie wyklucza działań dywersyjnych - ich liczba będzie zdecydowanie rosnąć. Zwiększy się też ryzyko ataku hybrydowego. Takiego, który nie będzie bezpośrednią agresją.
Teraz w Wielkiej Brytanii szeroko omawiany jest miniserial "The Wargame" o ewentualnym konflikcie z Rosją. Rosyjski statek rozbija się o rafy w pobliżu Wielkiej Brytanii. Rosja ogłasza operację ratunkową i wkracza na terytorium Królestwa.
Uniwersalny scenariusz.
Tak, bo może wydarzyć się w każdym bałtyckim kraju. Rosja ma Kaliningrad [od maja 2022 r. w oficjalnym nazewnictwie w Polsce – Królewiec – red.], który zawsze może ratować przed "ekspansją" NATO, jak to było w przypadku agresji na Ukrainę. Może, używając swoich systemów obrony przeciwlotniczej, zakłócić też stamtąd sygnał w sporej części Polski i na całej Litwie, w Estonii oraz na Łotwie. Oznacza to de facto blokadę przestrzeni powietrznej.
Teraz Rosja demonstracyjnie zagłusza systemy łączności. Takie działania będą się nasilać. Główny cel Kremla – doprowadzić do sytuacji, w której nie dojdzie do otwartej agresji, ale pojawi się konieczność udzielenia pomocy przez inne kraje NATO. To zmusi Sojusz do dyskusji. Kreml liczy, że wówczas Stany Zjednoczone odmówią pomocy, bo stwierdzą, że działania hybrydowe nie są agresją i nie ma podstaw, by uruchamiać art. 5. I wtedy, być może, rozpocznie się wojna na pełną skalę. Putin to zrobi, jak tylko zda sobie sprawę, że kraje bałtyckie pozostały same.
Wróćmy do początku naszej rozmowy. Po wyborach w Dumie Państwowej znajdzie się kilkadziesiąt osób, które brały udział w wojnie przeciwko Ukrainie. Niektórzy z nich to zbrodniarze wojenni*. Po co Putinowi tacy ludzie w parlamencie?
Putin od lat prowadzi politykę tak zwanej nacjonalizacji elit. W jego wizji elity, zgodnie z mafijną zasadą, muszą być połączone więzami krwi. Wszyscy więc, jak podczas zbiorowego mordu, muszą mieć swój udział. Oznacza to, że jak największa część elit powinna w ten czy inny sposób stać się zbrodniarzami wojennymi. A przynajmniej być o jedno uściśnięcie ręki ze zbrodniarzami wojennymi. Uchwalać ustawy razem ze zbrodniarzami wojennymi. Zasiadać w komisjach parlamentarnych razem ze zbrodniarzami wojennymi. I już nigdy nie móc oczyścić się z tego brudu.
A nie jest to kwestia tego, że Kreml boi się powrotu weteranów z frontu, więc powtarza, że są nową elitą? Oni rzeczywiście są w stanie zachwiać Rosją?
Ludzie, którzy twierdzą, że powrót weteranów może wywołać zwrot w Rosji, nie zauważają, jak system się do tego przygotowuje. Nadzoruje to siostrzenica Putina Anna Cywilewa, która jest wiceministrem obrony. Dysponuje ogromnym funduszem na integrację weteranów. Oczywiście, znaczna część pieniędzy jest rozkradana, ale regionalne władze naciskają na biznes, by zatrudniał uczestników "operacji specjalnej".
Na terytoriach okupowanych Ukrainy bardzo aktywnie tworzy się warunki dla nich. Kiedyś w Imperium Rzymskim weteranów osiedlano na podbitych terenach. Rosja teraz robi to samo. Wręcz wypycha zdemobilizowanych na terytoria okupowane.
Kreml zdaje sobie sprawę z wagi problemu. Nie rozwiąże go całkowicie, ale też nie będzie to katastrofa i upadek państwa. Niestety, Rosją nie rządzą kompletni idioci.
*Zbrodniarze wojenni w Dumie Państwowej
Po wrześniowych wyborach mandaty deputowanych otrzymało 46 osób, które mają doświadczenie bojowe. Część z nich nigdy nie brała udziału w walkach, ale przebywała w strefach przyfrontowych, żeby zyskać status uczestnika "SWO" (tzw. specjalnej operacji wojskowej). Według szacunków portalu Meduza łącznie w nowej Dumie znajdzie się co najmniej 148 deputowanych, którzy w jawny sposób wspierają wojnę - finansują, wożą pomoc humanitarną, biorą udział w agresywnej propagandzie. Oznacza to, że jedna trzecia rosyjskiego parlamentu będzie reprezentować "frakcję SWO". Wśród tych osób znaleźli się również zbrodniarze wojenni.
Eduard Szonow służył w 45. oddzielnej brygadzie specjalnej Sił Powietrznoprzesadowych, która brała udział w okupacji Buczy i odpowiada za torturowanie i zabicie cywilów. Według Ukrainy dowódca jednostki wydał rozkaz rozstrzelania co najmniej 30 osób.
Nursultan Mussagalejew jest oskarżonych w Ukrainie o naruszenie praw i zwyczajów wojennych. Miał oddać rozkaz zabicia osoby cywilnej. Podlegli mu żołnierze porwali, torturowali, a następnie rozstrzelali 29-letniego mieszkańca Buczy.
Dashibal Munkożargalow dowodził 175. batalionem zwiadowczym, którego żołnierzy oskarżano o tortury i zabójstwo pułkownika SBU Aleksieja Telizhenko w Buczy.
Z kolei Aleksander Borodaj, jeden z założycieli tzw. "DNR" jest skazany w Ukrainie na 15 lat więzienia. Badma Baszankajew jest objęty sankcjami UE, USA, Wielkiej Brytanii i innych krajów, a w Ukrainie jest poszukiwany listem gończym.
Władysław Golowin uczestniczył w szturmie Mariupola, a następnie prowadził na terytoriach okupowanych organizacje militaryzujące ukraińskie dzieci.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.