Rusza proces strażaka z Podhala. Rodzina zmarłego mówi o "kpinie" ze sprawiedliwości
Władysław M., do niedawna członek zarządu i gospodarz remizy Ochotniczej Straży Pożarnej w Białym Dunajcu, po trwającym ponad dwa lata śledztwie został oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci Pawła Ziętkowicza i spowodowanie u niego obrażeń ciała trwających dłużej niż siedem dni. Według Kodeksu karnego poważniejsze jest to pierwsze przestępstwo. Grozi mu za nie kara do pięciu lat więzienia.
– Władysław M. został zatrzymany w toku prowadzonego śledztwa i doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Zakopanem. Przesłuchany w charakterze podejrzanego nie przyznał się do zarzuconych mu przestępstw i skorzystał z prawa do odmowy złożenia wyjaśnień. Prokurator zastosował wobec mężczyzny środki zapobiegawcze w postaci dozoru policji, zakazu opuszczania kraju oraz poręczenia majątkowego – informuje Wirtualną Polskę prok. Justyna Rataj-Mykietyn, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Nowym Sączu.
DLA CIEBIE
Biznes od środka: Czy złoto wciąż się opłaca? Dyrektor Mennicy Apart Bartosz Rączyński o inwestowaniu w złoto
DLA CIEBIE
Matka ofiary: sprawiedliwości nie ma
Rozpoczęcie procesu Władysława M. to gorzki triumf rodziny zmarłego Pawła Ziętkowicza. Matka i siostra zmarłego strażaka od 2024 r. walczyły, by ktokolwiek odpowiedział za jego śmierć. Prokuratura przesłuchała Władysława M. dopiero latem bieżącego roku. Wcześniej w sprawie nie miał nawet statusu podejrzanego.
– Tyle tylko, że sprawiedliwości, jak nie było, tak nie ma. Zarzuty dla tego człowieka to jest po prostu kpina – uważa Anna Ziętkowicz, matka zmarłego strażaka. – Oskarżają go o nieumyślne spowodowanie śmierci, za które grozi maksymalnie pięć lat odsiadki. Moim zdaniem, jeśli nie za morderstwo, powinien odpowiedzieć za "pobicie ze skutkiem śmiertelnym". Za to przestępstwo grozi maksymalnie 15 lat więzienia. A teraz? Jestem pewna, że nawet jeśli go skażą, to nie trafi do więzienia. Dostanie wyrok w zawieszeniu. Będzie chodził na wolności, cieszył się życiem, a mój syn leży w grobie – dodaje z żalem.
Matka zmarłego strażaka nie może zrozumieć, dlaczego na ławie oskarżonych wraz z Władysławem M. nie zasiądą inni strażacy z OSP w Białym Dunajcu. Podkreśla, że byli świadkami tego, jak Władysław M. bije Pawła. Mieli widzieć, że ciosy są tak mocne, że 25-latek kilka razy pada na ziemię. Nie wezwali do swojego kolegi karetki pogotowia. Zamiast tego zadzwonili po żonę Władysława M., która przyszła do remizy, by posprzątać garaż w strażnicy i zmyć kałuże krwi.
Strażacy prawdopodobnie bali się wybuchu skandalu, jakim byłaby bójka w remizie OSP podczas libacji alkoholowej.
– Dla mnie najpierw prokuratura robiła wszystko, by nikogo w tej sprawie nie oskarżyć, a gdy to się nie udało, to teraz chce po prostu przepchnąć jak najłagodniejszy wyrok – uważa Anna Ziętkowicz.
Co stało się w remizie?
W nocy z 1 na 2 sierpnia 2024 r. w remizie OSP w Białym Dunajcu trwało nieformalne spotkanie strażaków. Druhowie zebrali się wieczorem w strażnicy na przygotowania do przypadającego na następny dzień odpustu. Zbiórka szybko przerodziła się jednak w alkoholową libację. Paweł Ziętkowicz początkowo nie planował pójść do remizy. Kompani z jednostki kilkukrotnie dzwonili jednak do niego z prośbą, by przywiózł im na miejsce burgery. 25-latek ostatecznie się zgodził. Gdy przyjechał pod remizę, sam wypił kilka kieliszków.
Po kilku kolejkach pomiędzy Pawłem Ziętkowiczem a innym, starszym strażakiem doszło do awantury, która szybko przerodziła się w bójkę. Jej przebieg zarejestrowały kamery monitoringu zainstalowane w remizie. Na nagraniu, które trafiło też do mediów, widać, jak Władysław M. kilkukrotnie mocno uderza Pawła w głowę. Ten upada i na chwilę zdaje się tracić przytomność. Ostatecznie jednak wstaje. Na końcu widać, jak cała impreza w remizie kończy się "rozgoniona" przez żonę jednego z obecnych w remizie mężczyzn. Kobieta chwyta za mopa i zmywa z posadzki w garażu krew Pawła.
Po bójce Władysław M. odprowadza oszołomionego Pawła Ziętkowicza do domu. W środku nocy budzi jego rodziców i siostrę. Słaniającego się na nogach chłopaka ciska przez próg i do jego ojca Władysława Ziętkowicza krzyczy: "Władek, bier se tego ch***!". Następnie odchodzi.
Mniej więcej w tej samej chwili Paweł Ziętkowicz zauważa, że nie ma w kieszeni kluczyków, portfela i telefonu. Zanim siostra z matką zdołają go powstrzymać, wraca do remizy. Kobiety ubierają płaszcze na piżamy i idą za nim kilka minut później. 100 metrów przed remizą zauważają Pawła leżącego na ulicy. Ma roztrzaskaną krwawiącą głowę. Matka i siostra Pawła wzywają na miejsce karetkę.
Ambulans wiezie umierającego najpierw do szpitala w Zakopanem, a następnie do Nowego Targu. Tu, na oddziale neurochirurgii, 25-latek przechodzi pilną operację czaszki. Lekarze od początku określają jego stan jako krytyczny – obrażenia wskazywały na uderzenia ciężkim, metalowym narzędziem. Paweł Ziętkowicz nigdy już nie odzyskuje przytomności. Umiera 11 sierpnia 2024 r.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.