Hołownia w Watykanie? Niezły pomysł, ale mało prawdopodobny
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
O tym, że Szymon Hołownia miałby zostać ambasadorem w Watykanie, kościelne wróbelki ćwierkają od dawna. Plotki na ten temat słyszałem i z samego Rzymu, i od polskich polityków, a i działacze Polski 2050 mówią o tym (bez wielkiego entuzjazmu) od jakiegoś czasu. Sam zainteresowany – nauczony doświadczeniem z poprzednich sytuacji – nie mówi o tym zbyt wiele. Ale można przypuszczać, że i on – mocno przemielony emocjonalnie przez polską politykę – chętnie znalazłby swoje miejsce na placówce dyplomatycznej w miejscu nie tylko pięknym, ale i takim, które pozwoliłoby mu zajmować się tematami, na których się zna i które go osobiście interesują. To wszystko jednak wcale nie oznacza, że te plany się spełnią.
Dlaczego? Zacznijmy od tego, że choć Hołownia nigdy nie pełnił funkcji dyplomatycznych, niewątpliwie akurat na tej placówce mógłby się sprawdzić. Jego droga życiowa pokazuje, że na Kościele się zna, że umie budować relacje także z duchownymi - co akurat w Watykanie ma ogromne znaczenie - a politykę międzynarodową poznał jako marszałek Sejmu. Jest też człowiekiem sympatycznym, z dużą dozą uroku, uczącym się i sprawnie operującym językiem. Wszystko to sprawia, że zapewne odnalazłby się na tej placówce i nawet jeśli brakuje mu doświadczenia z MSZ, można przypuszczać, że odnalazłby się na tym stanowisku.
Tyle że w tym przypadku o nominacji ambasadorskiej nie decydują ani osobiste kwalifikacje, ani zdolności, ale polityka. Z tej perspektywy ta nominacja nie jest już tak oczywista. Jest jasne, że premier Donald Tusk chętnie doprowadziłby do pełnej pacyfikacji, skonsumowania lub likwidacji przystawki, jaką jest dla niego Polska 2050. A będzie to prostsze, jeśli na miejscu nie będzie Hołowni, który pozostaje dość nieprzewidywalnym graczem. Identyczne stanowisko zajmuje część jego dawnych współpracowników, którzy już szukają dla siebie nowego miejsca. Z perspektywy rządu i koalicji rządowej (a przynajmniej jej części) nie ma powodów, by nie dać mu zielonego światła na tę placówkę, szczególnie jeśli Hołownia rzeczywiście tego chce.
Nominacja ambasadorska wymaga jednak zgody Pałacu Prezydenckiego, a nie sądzę, by były marszałek Sejmu chciał być jedynie kierownikiem placówki. Ta zgoda nie jest już tak oczywista. Oczywiście - na co zwraca uwagę "Newsweek" - Karol Nawrocki ma wobec Hołowni pewien dług wdzięczności, a ten ostatni - mniej lub bardziej - próbuje zachowywać pewną równowagę między oboma ośrodkami władzy, tej realnej i tej symbolicznej. To mogłoby sprawić, że akurat ta nominacja zostanie podpisana.
Można mieć jednak wątpliwości. Po pierwsze, prezydent – pozostając na poziomie czysto politycznym – nie ma żadnych powodów, by zaspokajać zapotrzebowanie polityczne premiera Donalda Tuska, który chciałby wyjazdu byłego marszałka Sejmu. A po drugie, nie ma żadnych powodów, by ustępować w tej sprawie, gdy wciąż toczy się spór o innych ambasadorów.
Symbolicznie taka decyzja byłaby błędem i choć Pałac Prezydencki może z innych powodów ją podjąć, nie jest to przesadnie prawdopodobne. W tej sprawie kandydatura Hołowni jest więc zakładnikiem sporu politycznego, który sam próbował kilkukrotnie przełamywać.
Hołownia zależny od innych
Cała ta rozmowa na temat stanowiska dla Hołowni jest jednak także – czego nie sposób nie dostrzec – dowodem na jego obecne miejsce w polskiej polityce. Człowiek, który najpierw zajął trzecie miejsce w wyborach prezydenckich, później zbudował formację, która weszła do Sejmu, został marszałkiem, a także pełnił podmiotową rolę w polityce, teraz jest – de facto – zależny od decyzji innych, jest przedmiotem rozgrywki politycznej. I nie chodzi o jakieś wielkie i istotne stanowisko, ale o ważną i potrzebną, nawet prestiżową, ale jednak z perspektywy wielkiej polityki mniej istotną ambasadę w Watykanie.
Wyjazd tam byłby polityczną emeryturą albo przynajmniej długim urlopem od walki partyjnej, który zapewne zaowocowałby publikacjami (jak to zwykle u Szymona fascynującymi), ale niekoniecznie umożliwiałby powrót do wielkiej polityki. Inna rzecz, czy Szymon Hołownia takiego powrotu jeszcze chce.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.