Używki, przemoc i zastraszanie. Mroczne praktyki bractw studenckich w USA. Niczym ze świata gangsterskiego
Od ponad dwóch tygodni nie tylko w Stanach Zjednoczonych głośno jest o sprawie z Uniwersytetu Cornell — grupa studentów z tej uczelni miała dokonać zbiorowego gwałtu na jednej ze studentek.
Główny zarzut dotyczący zeznań młodej kobiety, która w połowie września pozwała uniwersytet za sposób, w jaki podszedł do tej sprawy, dotyczy rozbieżności w tym, jak opisywała ona przebieg wydarzeń na przestrzeni czasu. W pozwie cywilnym stwierdziła, że została zgwałcona, w pierwotnym zeznaniu nie wspomniała o gwałcie. Nowe informacje pokazały, że nie jest to dokładny opis wydarzeń — i obnażyły poważne problemy w całym systemie. Rzuciły nowe światło na zjawisko przemocy seksualnej na amerykańskich uniwersytetach.
Czytaj nas częściej w Google
Coś się wydarzyło
Kluczowe informacje na temat tej sprawy opublikował na początku października magazyn "The New York Times". Opublikowany na jego łamach artykuł opiera się na dokumentacji liczącej ponad 1000 stron, która stopniowo powstawała w ramach dochodzenia prowadzonego przez władze uczelni i która przedstawia szczegółowy obraz wydarzeń. Fatalny dzień 19 października 2024 r. nie zaczął się dla 20-letniej kobiety zbyt dobrze.
Rano została okradziona i straciła portfel z dokumentami. Po południu zmieniła pierwotny plan pozostania w akademiku i udała się do baru, gdzie sprzedano jej alkohol, mimo że nie osiągnęła ustawowego wieku uprawniającego do jego zakupu.
Kiedy następnego dnia rano pojawiła się z powrotem w akademiku, jej współlokatorki — jak zeznały w toku postępowania — od razu zauważyły, że coś się stało. Jane (kobieta jest określana jako Jane Doe, zgodnie z anglosaskim terminem odnoszącym się do osoby pozostającej w anonimowości) była wyraźnie wzburzona, mówiła szybko i śmiała się. Obie kobiety powiedziały śledczym z uniwersytetu, że pomimo tego śmiechu przeczuwały, że przydarzyło jej się coś złego. Zrobiły to również dlatego, że wiedziały o wcześniejszych doświadczeniach dziewczyny związanych z przemocą seksualną i zdawały sobie sprawę z tego, że podobne zachowanie jest jedną z reakcji na przeżyty uraz.
Jane powiedziała współlokatorkom, że poprzedniego dnia upiła się, zażyła narkotyki (ketaminę i marihuanę) oraz uprawiała seks z kilkoma mężczyznami. Nie użyła terminu "gwałt" (nie pojawił się on również w późniejszej korespondencji tekstowej z kilkoma mężczyznami z tej grupy), ale — jak wynikało z jej zachowania w kolejnych dniach — zdawała sobie sprawę z tego, że coś zdecydowanie nie było w porządku.
Dwa dni po zdarzeniu poddała się badaniom na choroby przenoszone drogą płciową i poinformowała lekarkę, że ma infekcję dróg moczowych, której nabawiła się podczas "traumatycznego wydarzenia". Według "The New York Times" lekarka poradziła jej, by uporała się z tą traumą w ramach terapii i nie podjęła żadnych dalszych kroków. Dzisiaj może się to wydawać nieistotne, ale wiemy, że reakcja autorytetu może mieć kluczowe znaczenie dla determinacji ofiary, by jakoś uporać się z problemem.
Do podjęcia działań skłoniły Jane Doe dopiero plotki, które w ciągu dwóch tygodni po tamtej nocy zaczęły krążyć po kampusie — przedstawiały ją one jako kobietę lekkich obyczajów, która przespała się z siedmioma mężczyznami na raz. Jednocześnie na internetowym forum stowarzyszeń studenckich zaczęły pojawiać się komentarze, które nazywały to wydarzenie zbiorowym gwałtem i wzywały młodą kobietę do zgłoszenia sprawy, co zresztą zrobiła. W tym miejscu warto ponownie przypomnieć, że z punktu widzenia dynamiki traumy nie jest to sytuacja niezwykła — ofiary często nie potrafią nazwać tego, czego dokładnie doświadczyły, co znajduje odzwierciedlenie również we wcześniejszym zachowaniu i wypowiedziach dziewczyny. Nieraz też wstrzymują się od natychmiastowego podjęcia działań w tej sprawie.
Kiedy Jane Doe zwróciła się do władz uczelni, które zajmują się zgłaszaniem podobnych przypadków, opisała ten wieczór w następujący sposób: przyszła do domu męskiego stowarzyszenia studenckiego, aby spotkać się z jednym studentem, który następnie zaproponował jej seks. Jane stwierdziła, że zgodziła się na to, podobnie jak na dołączenie kolejnego studenta. Następnie jednak w pokoju zaczęli pojawiać się kolejni mężczyźni, na których udział w czynnościach seksualnych wyraźnie nie wyraziła zgody — jak sama twierdzi, nie była nawet w stanie tego zrobić, ponieważ znajdowała się pod wpływem alkoholu i narkotyków, a konkretnie ketaminy.
Jej stan odurzenia dodatkowo się nasilał, ponieważ, jak sama stwierdziła, była w stanie największego upojenia alkoholowego, w jakim kiedykolwiek się znalazła, a studenci proponowali jej kolejne dawki ketaminy. W pewnym momencie przyjęła ją dobrowolnie, ponieważ chciała uśmierzyć nieprzyjemne odczucia, jakie wywoływała w niej cała ta sytuacja. W najbardziej rozpaczliwym momencie miała schować się pod kołdrą. — Jestem w stu procentach pewna, że zostałam zgwałcona — powiedziała Jane Doe uniwersyteckim śledczym.
Wiele pytań, na razie żadnych odpowiedzi
Jej słowa nie wyszły jednak poza mury kampusu. Tutaj dochodzimy do kluczowej informacji, która otwiera obecnie szerszą debatę na temat tego, jak wygląda cały system zgłaszania i prowadzenia dochodzeń w podobnych sytuacjach oraz czy nie należałoby go zmienić.
Zeznanie Jane Doe liczyło 120 stron. Policja uniwersytecka przekazała jednak prokuratorowi okręgowemu sześciostronicowe streszczenie, w którym nie pojawiło się ani jedno słowo o gwałcie (w tym miejscu należy wyjaśnić, że władze uniwersyteckie nie mają obowiązku zgłaszania sprawy policji ani prokuraturze. Dochodzenie uniwersyteckie i standardowe śledztwo to dwa różne procesy — administracyjny i karny.) Innymi słowy — nieprawdą jest, że młoda kobieta zaczęła mówić o gwałcie dopiero w tym roku w pozwie cywilnym. Mówiła o nim już dwa lata temu, ale ta część jej zeznań nie dotarła do organów ścigania.
Te ustalenia rodzą kolejną serię pytań: dlaczego władze uniwersyteckie nie przekazały dalej tak poważnego zarzutu, w którym padły nawet nazwiska domniemanych sprawców? Amerykańska stacja telewizyjna NBC podała ponadto informację, że do policji uniwersyteckiej zwróciły się dwie inne studentki z informacjami potwierdzającymi podejrzenie, że Jane Doe została zgwałcona. Studentki zdecydowały się na ten krok po tym, jak uzyskały kopie rozmów ze wspomnianego wieczoru między członkami stowarzyszenia studenckiego na Snapchacie. Informowali się w nich nawzajem, że ciało kobiety jest do "swobodnego użytku". Według NBC do policji uniwersyteckiej zwrócili się również inni świadkowie z dodatkowymi informacjami.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dodatkowe wątpliwości budzi również inny fakt — dlaczego prokurator nie zażądał pełnej treści zeznań Jane, a ewentualnie dlaczego nie podjął decyzji o ponownym przesłuchaniu dziewczyny? I wreszcie — dlaczego sama Jane Doe podpisała skrótowy i ewidentnie niedokładny wyciąg ze swoich zeznań? Te pytania zadają sobie dziś nie tylko dziennikarze. — Prokurator okręgowy nie przesłuchał tej kobiety ani nikogo innego, kto jest zaangażowany w tę sprawę? Nie zażądał nawet pełnego tekstu jej zeznań? Gdzie my właściwie jesteśmy? — zapytała w zeszły piątek gubernator stanu Nowy Jork Kathy Hochul, która wezwała prokurator generalną Letitię James do zbadania całej sprawy.
Jak dotąd jasnych odpowiedzi nie udzielił również Uniwersytet Cornell. Jak stwierdził w oświadczeniu opublikowanym w weekend rektor Michael Kotlikoff, uczelnia nie ma jeszcze wszystkich odpowiedzi. Obiecał jednak dołożyć wszelkich starań do tego, by zbadać sprawę i udzielić odpowiedzi na pytania.
Oprócz pytań dotyczących tej konkretnej sprawy toczy się również bardziej ogólna debata na inne tematy. Przypadki molestowania seksualnego i przemocy na terenie uczelni rozpatrywane są zgodnie z tzw. Title IX, czyli federalną ustawą z 1972 r., która zakazuje dyskryminacji ze względu na płeć w placówkach edukacyjnych finansowanych ze środków federalnych. Molestowanie i przemoc są skrajną formą tego rodzaju dyskryminacji, a więc również podlegają ustawie Title IX.
Oznacza to jednak również, że bardzo złożone sprawy są często rozpatrywane przez osoby, które nie mają do tego odpowiednich kwalifikacji (przechodzą szkolenia, ale nie dysponują taką wiedzą jak policjanci czy prawnicy), a ponadto nie jest to ich główna praca. "The New York Times" obrazuje to na wspomnianych dokumentach śledczych.
Pokazują one, że pracownicy uniwersytetu prowadzili przesłuchania w trakcie wykonywania innych obowiązków, na przykład zdalnie podczas jazdy samochodem. Nie zadali też kluczowych pytań, które w normalnym postępowaniu karnym zostałyby zadane — na przykład jednoznacznego pytania o to, czy Jane Doe wyraźnie wyraziła zgodę na stosunek seksualny, czy też była na tyle pijana i pod wpływem narkotyków, że nie była w stanie tego zrobić.
Problematyczna kultura bractw
Problem ten nie istnieje zresztą od dziś — w zeszłorocznej ankiecie przeprowadzonej wśród studentek Uniwersytetu Cornell ponad 35 proc. z nich stwierdziło, że doświadczyły kontaktu seksualnego, na który nie wyraziły zgody i podczas którego doszło do użycia przemocy (lub groźby przemocy) albo wykorzystano ich niezdolność do obrony.
Debata toczy się również wokół specyficznej kultury stowarzyszeń studenckich, zwłaszcza tych przeznaczonych dla młodych mężczyzn. Często obejmuje ona problematyczne rytuały inicjacyjne, poprzez które przyjmowani są nowi członkowie. Stowarzyszenia studenckie podzielone według płci na "fraternity" (bractwa) i "sorority" (siostrzeństwa) są częścią amerykańskiego życia uniwersyteckiego i mogą zapewnić swoim członkom oparcie oraz wsparcie. W środowisku bractw od dawna zdarzają się jednak przypadki nadużywania narkotyków, przemocy i zastraszania — praktyki te są zwrócone nie tylko przeciwko mężczyznom będącym członkami tych grup, ale także przeciwko kobietom.
— Gwałty zbiorowe, czyli czyny popełnione przez dwóch lub więcej mężczyzn, są bardzo częstym zjawiskiem w męskich kulturach inicjacyjnych związanych z futbolem amerykańskim, koszykówką czy bractwami studenckimi. Większość spraw, którymi się zajmowałem, dotyczyła właśnie zbiorowych gwałtów — powiedział prawnik Blaine Kerr, specjalizujący się w sprawach objętych Title IX, w wywiadzie dla stacji NPR.
Wreszcie rozpocznie się to, co według krytyków postępowania uniwersytetu oraz oskarżycieli miało nastąpić już w 2024 r. — pod kierownictwem wspomnianej prokurator generalnej Letitii James zostanie przeprowadzone szczegółowe śledztwo w sprawie Jane Doe.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.