Tak wygląda Strefa Gazy rok po rozejmie. "W nocy nie możesz od tego uciec"
Donald Trump ogłosił to jako swój wielki sukces, mający przynieść mu pokojowego Nobla. 10 października 2025 r. w życie wszedł firmowany przez amerykańskiego prezydenta "plan pokojowy dla Gazy", który miał zakończyć trwającą dwa lata krwawą wojnę.
Jego postanowienia przewidywały natychmiastowe zawieszenie broni między Izraelem i Hamasem, uwolnienie wszystkich zakładników, wymianę więźniów i wyjście izraelskich żołnierzy z części okupowanego terytorium. W kolejnych krokach miało nastąpić rozbrojenie Hamasu i przejęcie kontroli nad Strefą przez cywilną administrację pod auspicjami międzynarodowej Rady Pokoju. Izraelskie wojsko miało stopniowo wycofywać się z kolejnych regionów Gazy.
Czytaj nas częściej w Google
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Rok po tamtym porozumieniu wiele jego zapisów pozostaje jedynie na papierze. W Strefie Gazy wciąż padają strzały i wybuchają bomby. Od czasu zawieszenia broni izraelskie siły zabiły tam ponad 1,4 tys. osób, rannych zostało ok. 5 tys. ludzi.
— W pierwszej chwili po zawarciu rozejmu mieliśmy poczucie ulgi — mówi w rozmowie z Onetem Ola Bardawill, koordynatorka pracująca dla Lekarzy Bez Granic, międzynarodowej organizacji zajmującej się pomocą medyczną. — Wydawało nam się, że ten koszmar się skończył. Ale od razu potem przyszły izraelskie celowane ostrzały. Nigdy nie wiesz, czy nie jesteś akurat w złym miejscu w złym czasie. Nigdy nie czujesz się bezpieczny.
— To nie zdarza się raz na jakiś czas — dodaje. To kilka ataków dziennie. Czasem wydaje się to nawet gorsze niż otwarta wojna. Wtedy przynajmniej mniej więcej wiedziałeś, gdzie toczą się walki, w jakich rejonach spadają bomby, dokąd możesz uciekać. Teraz jest ciągła niepewność.
Folia zamiast cementu. Ludzie giną pod gruzami domów
Bardawill mieszka w Strefie Gazy od ponad 20 lat. W czasie wojny jej dom został zniszczony. Ona sama ze swoimi bliskimi musiała wielokrotnie uciekać z miejsca na miejsce. Wreszcie mogła wrócić do miasta Gaza w północnej części terytorium. Ale życie po rozejmie w żaden sposób nie może wrócić do normalności.
Podczas wojny w izraelskich atakach zniszczonych zostało ponad 70 proc. budynków w Strefie. — Ludzie nie mają gdzie mieszkać. Ani jak mieszkać. Nie chodzi tylko o brak domów, ale też o brak wody, materacy, podstawowych środków higienicznych — tłumaczy Bardawill. Dodaje, że nawet szpital, w którym pracuje, wciąż mieści się przede wszystkim w namiotach.
Problemem jest odbudowa zniszczonych i uszkodzonych domów. Palestynka wskazuje, że import cementu i innych materiałów budowlanych do Strefy jest zakazany. Izrael uważa je za przedmioty podwójnego użytku. To znaczy takie, które mogą być wykorzystane przez Hamas w celach wojskowych.
Lekarze bez Granic / Craig Kenzie
Namioty uchodźców wewnętrznych w Strefie Gazy
— Ludzie sami produkują chałupniczo coś w rodzaju cementu, ale jest to kiepskiej jakości. Bardzo popularna jest plastikowa folia — zaznacza rozmówczyni Onetu. — Ludzie nie odbudowują domów, tylko łatają w nich dziury folią. Oczywiście jest to niebezpieczne, ale nie mają innego wyjścia. W ostatnim miesiącu jeden z uszkodzonych budynków się zawalił, 100 osób zostało uwięzionych pod gruzami. Ale ludzie wolą mieszkać w uszkodzonych blokach niż dalej pozostawać w namiotach.
W czasie wojny niemal całkowicie zniszczona została infrastruktura wodociągowa i kanalizacyjna. Jej odbudowa jest blokowana przez izraelskie siły. Licząca ponad dwa miliony ludzi populacja Gazy jest zmuszona do radzenia sobie z tym problemem prymitywnymi metodami i polegania na dystrybucji wody przez organizacje pomocowe.
— Widziałam takie sceny w namiotowych obozach: ludzie kopią studnię kilka metrów od wykopanego wcześniej prowizorycznego szamba. Bo nie mają innego wyboru — opowiada Ola Bardawill. — Nie muszę tłumaczyć, jakie to zagrożenie do rozprzestrzeniania się zakażeń. W szpitalach ciągle przyjmujemy ludzi z ostrą biegunką i innymi chorobami układu pokarmowego. Do tego wciąż mamy pacjentów z niedożywieniem. Głód nie jest tak katastrofalny jak w 2025 r., ale nadal pojawiają się takie przypadki — podkreśla.
"W nocy nie możesz od tego uciec. Wszystko wraca"
Jednym z postanowień planu pokojowego było wspomniane wycofanie się izraelskich wojsk za tzw. żółtą linię. Początkowo po palestyńskiej stronie linii było 47 proc. terytorium. Z czasem ten obszar miał się zwiększać wraz z dalszym wycofywaniem izraelskich żołnierzy.
W praktyce ruch nastąpił w przeciwną stronę. W maju 2026 r. Izrael ogłosił, że po jego stronie żółtej linii znajduje się już 60 proc. Strefy. A premier tego kraju Binjamin Netanjahu zapowiada dalsze przesunięcia i zajęcie nawet 70 proc. terytorium.
— Cały czas przyjmujemy pacjentów ranionych w pobliżu żółtej linii — mówi Bardawill. — Czasem to przypadkowe kule, czasem celowe strzały ze strony izraelskich żołnierzy. To nie tyle ludzie zbliżają się do żółtej linii, to raczej żółta linia zbliża się do nich. Izrael co jakiś czas ją przesuwa i krok po kroku zajmuje kolejne terytoria Gazy. I kolejni ludzie muszą wynosić się ze swoich domów i szukać schronienia w głębi Strefy.
Lekarze bez Granic / Nour Alsaqqa
Poparzony czterolatek w Strefie Gazy
Pracownica Lekarzy Bez Granic nie ukrywa, że w prowadzonych przez organizację placówkach brakuje niemal wszystkiego: leków, sprzętu, narzędzi. Ogromnym problemem jest zapewnienie elektryczności niezbędnej do funkcjonowania szpitali. Prąd w Gazie produkowany jest w przeważającej części przez napędzane ropą generatory. Tymczasem części zamienne i olej silnikowy również uważane są przez izraelskie władze za materiały podwójnego użytku. Awaria jednego z generatorów staje się katastrofą dla całego szpitala.
— Panuje poczucie niepewności. Niewiedzy, co będzie dalej. Słyszeliśmy oczywiście wszyscy o Radzie Pokoju, ale nigdy nie widzieliśmy tutaj żadnych jej działań — mówi Bardawill, nawiązując do międzynarodowego ciała.
— Żyjemy w sytuacji, w której większość czasu i energii zajmuje zabezpieczanie podstawowych potrzeb. Jesteśmy w trybie przetrwania — dodaje Palestynka. — Przez większość dnia biegasz, próbując zdobyć wodę i jedzenie dla swojej rodziny. To trochę zajmuje głowę, nie myślisz wtedy o przyjaciołach czy kolegach z pracy, którzy zostali zabici bez powodu. Ale w nocy nie możesz od tego uciec. Wtedy to wszystko wraca.
"Dzieci nie wiedzą, co to jest dzieciństwo. Wiedzą, jak stać w kolejkach i nosić baniaki z wodą"
W wojnie w Gazie zabitych zostało ponad 81 tys. mieszkańców Strefy. Wielokrotnie więcej zostało rannych.
Według raportu WHO 43 tys. ludzi zostało okaleczonych na całe życie. 10 tys. spośród nich to dzieci. — Mają amputowane ręce, amputowane nogi, uszkodzone oczy, są sparaliżowani. Zajmujemy się nimi w naszych placówkach, staramy się prowadzić rehabilitację, ale w sytuacji, w której jesteśmy, nie możemy tak naprawdę wiele zrobić. Brakuje nam niemal wszystkiego — relacjonuje Bardawill.
— Ci okaleczeni ludzie martwią się przede wszystkim o swoje rodziny — dodaje. — O to, kto się nimi zajmie, kto zapewni im jedzenie, wodę, dach nad głową. Weźmy przykład wody. W głównej mierze jest dystrybuowana przez organizacje pomocowe. Musisz wziąć 10— albo 20-litrowy baniak, pójść do specjalnego miejsca, napełnić go i wrócić z nim do domu.
Lekarze bez Granic / Craig Kenzie
Strefa Gazy
Pracownica Lekarzy Bez Granic podaje przykład pacjenta, którego niedawno przyjmowali w szpitalu. To ojciec dwójki małych dzieci i mąż niewidomej kobiety. W wojnie stracił dom, wielokrotnie był przesiedlany z miejsca na miejsce. Do tej pory mieszka z rodziną w namiocie, w pobliżu żółtej linii. To właśnie w namiocie został postrzelony zabłąkaną kulą. Lekarze musieli mu amputować nogę.
— Kiedy rozmawialiśmy, nie martwił się samą amputacją, tylko tym, jak zdobędzie jedzenie i wodę dla żony i dzieci — mówi Bardawill.
Jej uwagę zwracają dzieci, które mają teraz pięć albo sześć lat. — Nie znają innego życia. Nie wiedzą, co to jest plac zabaw. Nie wiedzą tak naprawdę, co to jest dzieciństwo. Wiedzą, jak nosić baniaki z wodą i jak stać w kolejce po ciepły posiłek. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak te doświadczenia wpłyną na ich życie, w jakim będą stanie za kilka czy kilkanaście lat — zaznacza.
— W ubiegłym roku w tzw. punktach pomocy żołnierze wielokrotnie strzelali do tłumów. Nie możesz sobie wyobrazić, co dzieje się z 10-letnim dzieckiem, które stoi w kolejce, widzi ludzi zabijanych tuż przed nimi, a potem bierze paczkę z jedzeniem i zanosi ją do swojej rodziny — dodaje. — Odpowiedzialność, którą te dzieci zostały obarczone, w żaden sposób nie przystaje do ich wieku. Tak naprawdę nie mamy teraz pojęcia, jak będzie wyglądał ich dalszy rozwój.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: marcin.terlik@redakcjaonet.pl
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.