Kraków w szoku po zamachu. "Cios w samo serce miasta"
Pusta płyta Rynku Głównego w Krakowie w sobotni wieczór przypomina obrazki ze szczytu pandemii koronawirusa. W centrum miasta kręcą się tylko turyści, zdezorientowani wyjącymi syrenami i wygrodzonymi ulicami. O tym, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, przypomina porzucone w pobliżu Plant czarne Subaru, rozbita witryna sklepu i całe zastępy policji.
— Strzelanina? — dopytuje policjanta Koreańczyk, który próbuje przejść ul. Grodzką w stronę Rynku. Ciągnie za sobą walizkę. Tłumaczy funkcjonariuszowi, że musi dotrzeć na nocleg. Myśli, że się przesłyszał, a może funkcjonariusz zmyśla i to wszystko tylko ćwiczenia.
W to, co działo się w sobotnie popołudnie w samym centrum Krakowa, trudno było uwierzyć nawet tym, którzy strzelaninę oglądali na własne oczy. Z relacji świadków wyłania się obraz przypominający sceny z filmu, którego stali się przypadkowymi bohaterami.
— Wszystko wyglądało bardzo nierealistycznie, a okazało się tragiczną prawdą — mówi nam jeden z fotoreporterów, który był na miejscu kilka minut po zamachu.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
"Cios w samo serce Krakowa"
Pierwsze doniesienia o strzelaninie na krakowskim Rynku pojawiły się po godz. 15. Wówczas w centrum miasta przebywały tłumy mieszkańców i turystów. Chłodne, ale słoneczne popołudnie zachęcało do spacerów albo spotkań w restauracjach.
To właśnie ten moment Michał O., 24-latek z Ostrowca Świętokrzyskiego, wybrał na dokonanie zamachu.
Pierwszą jego ofiarą będzie przypadkowo napotkana przy ul. Floriańskiej kobieta. — Gdy ją zobaczyłem, już była reanimowana. Ludzie uciekali z dala od płyty Rynku. Słyszałem strzały, wtedy, jak wiele innych osób schowałem się w jednej z restauracji — mówi nastoletni Krakowianin, który sobotnie popołudnie spędzał ze znajomymi w centrum miasta.
Miejsce ataku na Rynku w Krakowie
PAP/Art Service
Następnie zamachowiec swoim czarnym Subaru wjechał na płytę Rynku. Na cel wziął osoby znajdujące się u wylotu ul. Siennej.
— Szedłem od strony Sukiennic w stronę ul. Siennej. Wtedy przejechał ten samochód. Strzelił do trzech osób i pojechał dalej w stronę ul. Grodzkiej — mówi Julian, turysta z Grecji, który był świadkiem strzelaniny. Mówi, że w pierwszym momencie pomyślał, że to egzekucja.
— Jakieś porachunki. Ktoś dostał zlecenie i wykonał je — mówi, ale podkreśla, że dopiero po czasie zorientował się, że to byli całkiem przypadkowi ludzie. Wśród rannych będą dorożkarze i dwa ich konie.
23 sekundy na reakcję. "Mielibyśmy więcej ofiar"
W tym momencie na miejsce już docierają pierwsi policjanci. Nie mają daleko, bo posterunek znajduje się na samym Rynku. Od przyjęcia zgłoszenia o tym, że padły strzały, do interwencji miną zaledwie 23 sekundy. Policjanci najpierw zajmują się zabezpieczeniem rannych. Ale jeden z radiowozów rusza w pościg za samochodem zamachowca.
Lokale gastronomiczne, sklepy i Kościół Mariacki staną się na pewien czas jedynym możliwym miejscem schronienia dla setek osób. Kiedy policja taśmą ogrodzi wejście na Rynek, przy stolikach w ogródkach gastronomicznych pozostaną niedopite kawy i niedojedzone obiady.
— Schowaliśmy się w restauracji. Pracownicy otworzyli nam zaplecze i przejście w głąb kamienicy — mówi nam jedna z kobiet, która po kilku godzinach została ewakuowana z Rynku. W oczach wychodzących zza policyjnych taśm osób widać paraliżujący strach. Dzwonią do bliskich, żeby powiedzieć im, że są już bezpieczni.
— Gdyby sprawca ruszył dookoła Rynku i zaczął strzelać do ludzi przy stolikach, mielibyśmy znacznie więcej ofiar — mówi nam jeden z policjantów biorących udział w zabezpieczeniu Rynku.
Strzelanina na krakowskim Rynku
Jan Graczynski / East News / East News
"Strzelał do wszystkich na oślep"
Michał O. ruszył swoim samochodem w stronę ul. Grodzkiej, popularnego Traktu Królewskiego, który z Rynku prowadzi na Wawel. Tam rozegrały się kolejne tragiczne sceny.
— Wyszedłem na chwilę na przerwę. Wtedy zobaczyłem jak potężny tłum ludzi, jakby ich coś wymiotło z Rynku ul. Grodzką, pędzi w naszą stronę. Usłyszałem strzały i krzyki. Ktoś powiedział, że "on kogoś zabił". Wbiegłem do środka, a za mną cała masa ludzi — mówi nam pracownik cukierni, który widział atak sprawcy.
Uciekający przed zamachowcem skryli się w sklepach i lokalach przy ul. Grodzkiej. Schodzili do piwnic. — Gość jechał i strzelał do wszystkich na oślep. Chwila i by mnie tu nie było — mówi pracownik kawiarni. W jej witrynie jest ślad po kuli. Kilka budynków obok szklane wejście zostało całkiem rozbite. Kawałek dalej — mówią nam świadkowie — ratownicy opatrywali rannego mężczyznę.
Na krakowskim Rynku do nocy pracowały służby
PAP/Art Service
Premier o "przypadku terroryzmu". W mieszkaniu zamachowca znaleziono trzy ciała
Rajd Michała O. zakończył się u zbiegu ul. Dietla i Stradomskiej. Tam został postrzelony przez policjanta, którego zamachowiec także ciężko ranił. Michał O. został przewieziony do szpitala, gdzie przeszedł operację.
Łącznie zabił sześć osób, wśród nich obywatela Wielkiej Brytanii. Ranił 16 osób, w tym dwóch funkcjonariuszy policji — ich stan jest bardzo poważny.
Do centrum miasta zostały ściągnięte oddziały policji z różnych części Małopolski. Bronią oni wejścia w rejon krakowskiego Rynku. Kontrterroryści zajmowali się także samochodem sprawcy. Istniała obawa, że jest zaminowany, ale te informacje się nie potwierdziły.
Do stolicy Małopolski przybył premier Donald Tusk, który w obecności m.in. ministrów i wojewody omawiał dotychczasowe działania służb.
— Do tej pory w Polsce nie mieliśmy tak drastycznych przypadków terroryzmu, bo tak trzeba nazwać ten okrutny zamach na życie ludzi w Krakowie — mówił premier.
Niestety zabici w Krakowie to prawdopodobnie niejedyne ofiary Michała O. W jego rodzinnym domu w Ostrowcu Świętokrzyskim znaleziono ciała jego rodziców i siostry. Mężczyzna nie był wcześniej notowany. Był zafascynowany militariami oraz bardzo skrajnie prawicowymi poglądami.
Po tragedii w Krakowie w całej Polsce 8 i 9 listopada będzie obowiązywała żałoba narodowa. W mieście potrwa dłużej, bo do 11 listopada.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.