"The Washington Post": Reportaż ze wschodniej Ukrainy

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. Co piątek w ramach cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty opiniotwórczych zagranicznych gazet. Założony w 1877 r. dziennik "The Washington Post", z którego pochodzi poniższy artykuł, to najstarsza gazeta w USA. Jej dziennikarze 73-krotnie zdobywali nagrodę Pulitzera.
Dwóch leśników weszło do lasu pewnego poranka z piłami i taśmami do oznaczania drzew oraz dwoma nowymi narzędziami: niewielkim urządzeniem z mnóstwem anten przypominającym futurystyczne radio tranzystorowe oraz strzelbą kaliber 12.
To na drony.
- Mamy tu jednego - powiedział 41-letni Wołodymyr Czerkasow, gdy tylko włączył detektor dronów Dżyga. Rozległ się alert oznaczający, że w odległości do czterech kilometrów znajduje się dron FPV, jeden z wielu wystrzelonych z pobliskiego terytorium, będącego pod rosyjską kontrolą.
Czerkasow i jego 53-letni partner Wołodymyr Matsuj i tak zaczęli pracować w nadziei, że detektor da im czas na schowanie się przed atakiem drona lub uda im się zniszczyć go w powietrzu. Obaj przybyli niedawno do tego regionu dotkniętego wojną, gdzie wszystko, co się rusza, jest potencjalnym celem ataku z powietrza.

Wołodymyr Matsuj obserwuje wskazania swojego wykrywacza dronówHeidi Levine/The Washington Postmateriał zewnętrzny
Tak wygląda życie we wschodniej Ukrainie, gdzie leśnicy, kierowcy autobusów, rolnicy i osoby dojeżdżające do pracy żyją w strachu przed rosyjskimi dronami, które są obecnie główną przyczyną śmierci cywilów w pobliżu frontu. Według ostatniego raportu ONZ w lipcu i sierpniu ginęło lub było ranionych ponad 800 osób.
Zespół reporterów "The Washington Post", mając po raz pierwszy do czynienia z własnym detektorem, wybrał się w niemal 250-kilometrową podróż z Charkowa do obwodu donieckiego, by pokazać, jak cywile próbują przetrwać.
Mieszkańcy wschodniej Ukrainy żyją w świecie przypominającym świat pająków. Drogi, chodniki i stacje paliw otoczone są siatkami, które mają powstrzymywać drony. Karabiny maszynowe montowane są na starych sedanach i pick-upach.
Niektórzy cywile noszą przy sobie strzelby do zestrzeliwania dronów jak cietrzewi. Żołnierze i robotnicy mają nawet pistolety wystrzeliwujące siatkę, popularne wśród biologów i pracowników zajmujących się kontrolą zwierząt, dzięki którym mogą wystrzeliwać w ostatniej chwili siatkę w stylu Spidermana.
Kierowcy nie zapinają pasów bezpieczeństwa i nie blokują drzwi, by móc szybciej uciec. Niektórzy podróżują tylko w deszczu i mgle, kiedy drony mogą być uziemione lub nie widzieć dobrze.

Ukraina: Siatki ochronne w IziumieHeidi Levine/The Washington Postmateriał zewnętrzny
Ci, których na to stać, kupują niedawno opracowane detektory dronów. Stały się one w tym roku popularne wśród cywilów. Ich cena ostatnio spadła, a główny model wojskowy trafił do komercyjnej sprzedaży w sierpniu.
Jedna z matek stała się wiralem, gdy opublikowała nagranie, na którym widać, jak detektor zamontowany jest na uchwycie wózka jej dziecka.
Opinie na temat tego sprzętu są podzielone.
Niektórzy użytkownicy twierdzą, że nie można na nim polegać i określają go jako bezustannie piszczący generator niepewności. Inni twierdzą, że ratuje życie, a przynajmniej koi nerwy.
- Dzięki temu przynajmniej masz jakiś ogląd sytuacji - powiedział Matsuj, gdy wraz z Czerkasowem wszedł do lasu.
Sytuacja nie wyglądała dobrze. Ich detektor wciąż wysyłał ostrzeżenia. Słychać było wystrzały z karabinu maszynowego.
Drony były na polowaniu.
Z Charkowa do Szewczenkowa
Zespół "The Washington Post" składający się z fotografa, kierowcy, dwóch reporterów i doradcy ds. bezpieczeństwa wyruszył dwoma samochodami z Charkowa - drugiego co do wielkości miasta Ukrainy liczącego 1,4 mln mieszkańców i leżącego niecałe 32 km od rosyjskiej granicy.
Rakiety i bomby szybujące uderzały w wyższe budynki Charkowa, więc zespół pozostał pod ziemią w piwnicy klubu ze striptizem, która została zmieniona w hotel.
Miasto jest pełne uchodźców z przyfrontowych wsi. Wiele osób wraca do nich jednak, by spotkać się z bliskimi lub doglądać ogródków warzywnych, więc na drogach prowadzących w kierunku frontu panuje normalny ruch uliczny.

Ołeksandr, 27-letni kierowca, próbuje pocieszyć swoją żonę na dworcu autobusowym, zanim wyruszy w trasę, by przewieźć pasażerów do miejscowości położonych bliżej linii frontuHeidi Levine/The Washington Postmateriał zewnętrzny
Na głównym dworcu autobusowym kierowcy opisują trasy jako prawdziwe pola walki pełne zniszczonych opon, porzuconych ładunków wybuchowych i pędzących pojazdów.
- Wszyscy żyją na krawędzi - mówi 61-letni Wołodymyr, gdy pasażer wsiada do jego 15-osobowego vana, który ma wyruszyć do Słowiańska - nieustannie atakowanego przez drony.
Podobnie jak inni Wołodymyr podaje tylko pierwsze imię z powodu potencjalnego niebezpieczeństwa. Uniknął już kilku nisko latających dronów. W tym roku jeden z nich zrzucił ładunek wybuchowy, który zniszczył klapy wentylacyjne na dachu jego auta.
Wołodymyr i inni kierowcy wożą ze sobą detektory, które jednak trudno jest obsługiwać bez towarzysza. Urządzenie przechwytuje materiał wideo, który dron wysyła z powrotem do operatora. Gdy na ekranie pojawia się twój bus, traktor lub dom, to czas wcisnąć gaz do dechy, uciekać lub przygotować się na uderzenie.
Wołodymyr woli pędzić najszybciej, jak się da. - Jeśli się zatrzymasz, natychmiast cię zniszczą - mówi.
Pasażerowie coraz częściej mają własne detektory - mówi 27-letni kierowca Ołeksandr. To nie zawsze dobrze, ponieważ panikują nawet wtedy, gdy drony są daleko. Mimo to, gdy tylko ktoś krzyknie "dron", natychmiast przyspiesza. Jego rekord to prędkość niemal 150 km/h osiągana na zniszczonych przez wojnę drogach.

Ekipy w obwodzie charkowskim pracują nad montażem siatek ochronnych, które mają za zadanie plątać dronyHeidi Levine/The Washington Postmateriał zewnętrzny
Około 80 km na południowy wschód od Szewczenkowa czujka zespołu "Washington Post" zabrzmiała po raz pierwszy: ostrzegawczy sygnał, przerwa, wreszcie widok z kamery drona na otaczający nas teren.
Zespół zjechał na teren częściowo zniszczonego szpitala. 20-kilku cywilnych lekarzy nadal korzystających z niego jako bazy wpuściło nas do środka. Ich detektor dronów też wysyłał sygnał ostrzegawczy. Rozległy się odgłosy strzałów.
Chwilę później niedaleko doszło do eksplozji. To wbrew pozorom sygnał dla wszystkich, że mogą wyjść na zewnątrz.
- Działają na nas uspokajająco - mówi o detektorze należącym do jej zespołu Ołena, szefowa tutejszych ratowników. - Nie możesz za ich pomocą powstrzymać drona, ale przynajmniej wiesz, gdzie leci - dodaje.
Po miesiącach wyjazdów do 30 pobliskich opuszczonych wiosek, w których zostało tylko kilku mieszkańców zbyt starych lub zbyt biednych, by wyjechać, lekarze na pierwszy rzut oka są w stanie rozpoznać miejsce wyświetlane na ekranie detektora dronów.
Wiedzą też, że są celem. Wcześniej tego roku dron zabił lekarza i kierowcę w wyraźnie oznakowanym ambulansie.
- Detektory pomagają, ale ważniejszy jest sprzęt do zakłócania częstotliwości - mówi Ołena, wskazując na anteny na dachach ambulansów i na opancerzonych ciężarówkach Brink wykorzystywanych na wyjazdy w rejony najbliżej frontu.
Sprzęt ten zalewa fale radiowe hałasem zakłócającym połączenie między dronem a pilotem. Jest on jednak bezsilny wobec coraz częściej wykorzystywanych przez Rosję dronów z łącznością światłowodową, które nie polegają na sygnale radiowym. Sprawia jednak spore kłopoty dronom sterowanym radiowo.
- Dzięki temu żyję - mówi Ołena.
W tym roku dron wylądował przy drodze i czekał. Nagle wystartował ponownie i podleciał do ambulansu Ołeny. Leciał w przednią szybę, ale ponieważ jego sygnał został zakłócony, zboczył z kursu i eksplodował obok pojazdu.
Na ambulansie nadal widać ślady tego zdarzenia. Na Ołenie też - fragment trafił ją w goleń.

Zniszczona stacja benzynowa i samochody po rosyjskim ataku w obwodzie charkowskimHeidi Levine/The Washington Postmateriał zewnętrzny
Z Szewczenkowa do Iziumu
Na południe od Szewczenkowa siatki stają się grubsze.
Ekipy pracują szybko, wbijając słupy, splatając siatkę i tworząc kanały, które wiją się bez końca po stepach wschodniej Ukrainy. Zespoły są w stanie otoczyć nimi nawet ponad 200 km dróg miesięcznie. W sumie dotychczas otoczono nimi już ponad 2 tys. kilometrów - informuje ministerstwo obrony.
Stacje paliwowe, które są częstym celem, również są chronione siatką. Wyłapuje ona nie tylko drony. Leżą na niej opadłe liście, a na przedmieściach Iziumu wisi martwa sowa, która się w nią zaplątała w pobliżu lasu sosnowego, w którym znaleziono masowy grób 447 cywilów zabitych podczas rosyjskiej sześciomiesięcznej okupacji w 2022 roku.
W centrum Iziumu siatki okrywają każdą ulicę, większość chodników i wiele sklepów. Gdy rosyjscy żołnierze weszli do miasta, mieszkańcy żyli w piwnicach. Obecnie linia frontu przebiega ok. 30 km stąd. Ataki mają miejsce codziennie, więc ludzie poruszają się pod siatką osłonową.

Budynek mieszkalny w Iziumie widoczny przy drodze osłoniętej siatkąHeidi Levine/The Washington Postmateriał zewnętrzny
52-letni Serhij siedzi pod niewielkim fragmentem nieba w parku przy kościele. Jest naukowcem zajmującym się środowiskiem. Wraz z grupą kolegów jeździ po okolicy i zbiera próbki, by zbadać wpływ wojny na środowisko.
Ich szef kupił im detektor dronów. Często piszczy. Raczej myli, niż uspokaja - mówi Serhij. Nie są w stanie określić, czy dron jest rosyjski, czy ukraiński, czy należy strzelać, czy uciekać. Na razie trzymają go więc w pudełku na rękawiczki.
- Po prostu na razie nie potrafimy go odpowiednio obsługiwać - twierdzi.
Następnego ranka, po tym, jak dwa ataki odcięły prąd w Iziumu, pracownicy pizzerii ustawili generator kilka metrów od drzwi. Jeden przeszedł przez dziurę w siatce, żeby wynieść śmieci.
Mimo ataków i blackoutów nadal mają otwarte, ponieważ chcą mieć poczucie normalnego życia, ale przede wszystkim dlatego, że chcą zarobić. Śmieją się, gdy słyszą o detektorze dronów za 700 dolarów.
- Ludzi w tej okolicy nie stać na coś takiego - mówi jeden z nich.
Z Iziumu do Czerkaśki
Na południe od Iziumu po obu stronach drogi rozciągają się pola słoneczników zbyt wielkie, by okryć je siatką. Czekają na rolników, którzy będą musieli je zbierać pod ostrzałem. Drony uderzyły już w kilka kombajnów.
Zespół "The Washington Post" spotkał się z kilkoma rolnikami. Rozmawiali niechętnie. Wielu opowiada o kierowcy kombajnu, który został zabity przez drona niedługo po tym, jak porozmawiał z dziennikarzami. W innym ataku zginęło sześciu pracowników sortowni warzyw - mówią.
Niektórzy rolnicy nie wejdą na pole bez strzelby i detektora - mówi anonimowo jeden z dyrektorów firmy rolniczej. - Nikt nie chce o tym rozmawiać - dodaje.
Kilka kilometrów w głąb obwodu donieckiego znajduje się obszar porośnięty lasem, po którym ostrożnie poruszają się dwaj leśnicy posiadający detektor dronów, który kupili za własne pieniądze.
Przy drodze obok stoją zniszczone trzy ukraińskie czołgi. Rosjanie atakują lasy, ponieważ zakładają, że mogą się tam kryć pozycje wojskowe - mówi Czerkasow, jeden z leśników.
Wojna zmieniła charakter ich pracy. Pociski i drony prowadzą do pożarów. Odłamki niszczą więcej drzew niż owady. Co chwilę znajdują miny i rakiety. Praca staje się jeszcze trudniejsza, gdy jesienią opadają liście.
- Uważaj, gdzie idziesz - mówi Matsuj.
Zestrzelili jednego drona, który podlatywał do zespołu strażaków. To był dobry strzał, przyznaje Czerkasow, jednak zestrzeliwanie dronów z nieba to nie jest coś, do czego zostali wyszkoleni lub co chcieliby robić.
Coraz częściej drony radzą sobie ze środkami ochrony stosowanymi przez cywilów. Przez to ich świat się kurczy. Leśnicy twierdzą, że rzadziej podróżują do oddalonego o 15 km Słowiańska, gdzie znajdują się najbliższe sklepy i szpitale.
- Teraz to jest naprawdę rosyjska ruletka - mówi Matsuj.
Tekst przetłumaczony z "The Washington Post".
Autor: Steve Hendrix
Tłumaczenie: Krzysztof Ryncarz
Potężne ataki Rosji na Ukrainę. Bosacki w ''Gościu Wydarzeń'': Wojsko ukraińskie wytrzyma, jeśli będzie dalsze wsparcie ze strony ZachoduPolsat News
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.